Emocjonalne TSUNAMI

z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI- 07.2012

Noszę się z zamiarem napisania tego posta już kilka dni, za każdym razem gdy zabieram się do pracy, po chwili rezygnuję postanawiając, że jeszcze powinnam zebrać myśli.  Dlaczego? Bo wiem, że i tak nie opiszę wszystkiego, tak jak powinnam. Za dużo czasu upłynęło by oddać tamtą atmosferę.

Diagnoza: „ nowotwór złośliwy jądra”  nie brzmi dobrze (jak każdy nowotwór i inne ciężkie choroby). Niesie ze sobą nie tylko wizyty w laboratoriach, siedzenie w przychodniach, „załatwianie” lekarzy przez znajomych znajomych, pobyty w szpitalu i najgorsze – czekanie na wyniki. To nie cierpienie fizyczne jest najgorsze (przynajmniej w takim stadium choroby jak u M.), ale póki trwa, jak ja to określam „ galop z rakiem”, ma się zajętą po części głowę kalendarzem ustalonych medycznych spotkań i terminów.

Gdy galop ustaje, najważniejsze  dzieje się w środku – EMOCJONALNE TSUNAMI…

Gdy słyszysz pierwszy raz, nawet najdelikatniej na świecie wypowiedziane słowa: „Bardzo mi przykro, ma pan 2 guzy, to są zmiany nowotworowe” i choćby lekarz, który jest autorem tego zdania miał największe wyczucie na świecie, ogromne pokłady współczucia, empatii i Bóg wie czego…. to czujesz jak nagle fala cię zalewa i idziesz na dno.  Przed momentem byłeś na bezpiecznym lądzie, a kilka sekund później nic już nie jest takie samo…  Przeszło TSUNAMI.

M. trafił na lekarza z powołania, po przekazaniu wyniku badania USG, nie schował głowy w piasek. Przyniósł szklankę wody i spokojnie tłumaczył co teraz, sam zaproponował, że znajdzie szpital, który najszybciej wykona operację. Nie chciał przyjąć nic w podziękowaniu – „za wcześnie na dziękowanie, teraz musicie działać” powiedział. Dopiero po paru latach, oglądając wywiady z  Ks. Janem Kaczkowskim, zrozumiałam jak wiele nieprzyjemności nas ominęło. Nie wszyscy lekarze onkologiczni prezentują taką etykę.

TSUNAMI ma to do siebie, że pozostawia po sobie pobojowisko. I rak właśnie tak się zachowuje. Najpierw emocje sięgają Zenitu, potem troszkę opadają i zostaje pytanie: co teraz? Co ze mną będzie? A jeśli wyniki będą złe? Wszystkie plany małe i duże stają się jakby przeterminowane, bo jakie one mają niby teraz znaczenie?

Kto poradziłby sobie, tak jak mój M.? …. Ja nie znam nikogo...

Przyznaję, dla mnie RAK  był szokiem, z resztą jak dla nas wszystkich. M. powiedział o chorobie tylko najbliższej rodzinie, czyli jednym i drugim rodzicom oraz rodzeństwu. Wszyscy chcieli pomóc, tylko jak? M. jest bardzo racjonalnym i opanowanym mężczyzną. Oczywiście przeżywał tą sytuację bardzo, ale nie wiem, czy znam kogoś, kto poradziłby sobie lepiej od niego. A właściwie wiem – nie znam takiej osoby!  Przy wizycie u lekarza rodzinnego oprócz wymaganego skierowania do szpitala, M. dostał skierowanie do psychologa. Nasza lekarka stwierdziła, że sytuacje onkologiczne przechodzi się różnie, czasem warto skorzystać z fachowej pomocy. Miała rację, ale pewnie się domyślacie, mój mąż nie miał zamiaru korzystać z porad psychoonkologów.  On zawsze „musi sam”. Owszem miał chwile załamania, kilka dni leżenia pod kocem na kanapie, patrzenia w sufit, ale kto by ich nie miał??? Rozmowy nic tu nie pomagały. M. nie lubi „przegadywać” tematu (to raczej mój sposób na radzenie sobie z problemami), odwiedziny najbliższych wcale nie były dla niego pocieszeniem. Chodziło o to, by jakoś dotrwać do wyników, by tylko przy nim być. To bardziej mnie chciało się płakać i płakałam, ale nigdy przy M.!  Co z resztą z czasem mi wypomniał. Może faktycznie z boku wyglądało to jakbym nie przejęła się jego chorobą,  ale jakoś taką mam naturę- gdy dzieje się coś złego, gdy ktoś ma problemy, moje wewnętrzne ‘ja’ przestawia się na tryb „wsparcie”, a nie dodatkowe „opłakiwanie poszkodowanego”. Nie krytykuję takiej postawy, ale ja wtedy staram się pokazać, że „cokolwiek  jeszcze się stanie, to ja będę przy Tobie i będę Cię wspierać, że Razem damy radę, choćby, jak mówi mój tata… gwoździe z nieba leciały”. Modlę się gorąco, by już nic się nie stało, by leczenie było możliwie najkrótsze, ale wiem, że może być różnie, że to nie ode mnie zależy. Zostawiam wszystko Opatrzności i jedynie Ufam. Wtedy też ufałam, miałam nadzieję, że będzie najlepiej jak to możliwe. I się nie pomyliłam, na szczęście…

Rozsądek rozsądkiem, ale emocje swoje…

Nie będę udawać, bo gdy byłam sama, ogarniała mnie niemoc i bezsilność.  Chciałam jakoś pomóc, czułam się odpowiedzialna teraz za M., winiłam się za to, że jeszcze niedawno tak zależało mi na byciu matką, a może nie doceniałam tak jak powinnam, tego szczęścia, które już dostałam- że jestem przecież żoną. Różne, głupie myśli atakowały mój mózg z zawrotną prędkością. Zdarzało mi się, że ruszałam w  drogę do pracy i ponad godzinę  zalewały mnie łzy. Czasami nie widziałam wyraźnie przedniej szyby swojego auta, a na miejscu poprawiałam makijaż , by jakoś wyglądać. Tylko tych czerwonych oczu nie dało się zamalować…  Mój samochód- to jedyne miejsce, gdzie pozwalałam sobie na płacz, czasami niekontrolowany. Dziś widzę, co robią z człowiekiem takie skrajne emocje. Może to była kwestia „wyładowania”, może kobiecej słabości? Ale  wtedy wiedziałam, że za kilka godzin wracam do domu i tam  nie może być szlochania, muszę być silna i jeszcze tą siłą się dzielić. I tak się starałam robić. Czy mi wyszło nie wiem, ale dziękuję Bogu, że to nie trwało długo. Że M. się nie załamał, że był tak dzielny i jeszcze potrafił trzeźwo myśleć , co okazało się bardzo potrzebne przy kolejnym kroku leczenia.

Ale o tym jak racjonalnie myśleć, gdy rak siedzi ci na ramieniu, jak podejmować decyzje, których nie chcą podjąć lekarze i gdzie szukać wsparcia w Polsce w leczeniu raka jądra, o tym w następnym poście….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s