Zostać rodzicami… wracamy do walki

z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI – 08.-09. 2012r

Życie zaczęło wracać do normy. M. skończył zwolnienie lekarskie i wrócił do pracy.

Spokój i rutyna znów zawitały w naszym Wiewiórkowie. W tygodniu jak zawsze widywaliśmy się z M. wieczorami ok. 18. M. pracował w naszym mieście, tyle, że na jego drugim, szarym końcu i dojazd do pracy zajmował mu ponad godzinę, czasami blisko 1,5h. Ja natomiast prowadziłam swoją firmę, tyle, że jedyne 80 km od naszego miejsca zamieszkania, tak więc codziennie pokonywałam góry, doliny i lekkie serpentyny by dotrzeć  w 1h 10min do mojego „New Work City”;) W sumie i tak 4x dłuższą trasę pokonywałam zazwyczaj szybciej niż M.  Pod warunkiem oczywiście, że nie zepsuł mi się akurat samochód (a zepsuł, nie 1 raz), nie było śnieżycy lub rozkraczonego tira na środku drogi, bo to kończyło się przymusowym objazdem jeszcze bardziej podrzędnymi górskimi drogami.

Aleee, ile czasu na przemyślenia w trakcie jazdy, na zjedzenie śniadania i delektowanie poranną kawą, modlitwę, słuchanie ukochanego „Bułecki” (Zakopower), ale też w wielu okresach łzy, bunt i wykłócanie z Panem Bogiem.

Weekendy natomiast spędzaliśmy razem. Albo na wspólnym „domowaniu”, spacerach po rynku, wycieczkach po okolicy, spotkaniach z moimi rodzicami i rodzeństwem. Ale cały czas, ten codzienny spokój zakłócała gdzieś z tyłu głowy siedząca myśl- co jest nadal nie tak, że ciągle jesteśmy we dwójkę?

PLAN na najbliższe tygodnie: badanie nasienia M., moich hormonów i owulacji, URLOP!

Nowotwór spacyfikowany, M. zrobił po jakimś czasie od operacji ponowne badanie nasienia- lepkość wyraźnie się poprawiła, parametry nasienia przy 1 jądrze lekarz ocenił na dużo lepsze niż u większości zdrowych mężczyzn z 2 jądrami! Było się z czego cieszyć, ale właśnie to niepokoiło? Skoro jest tak dobrze, to czemu nadal jest, jak jest?

We wrześniu wybraliśmy się na tygodniowe wakacje. To miał być reset, zasłużony wypoczynek po wielu miesiącach pracy, a najważniejsze, wielu tygodniach stresu M. Wybraliśmy już nie pierwszy raz Grecję, tym razem Kreta. To był chyba nasz najlepszy urlop.

Uwielbiamy Grecję nie tylko za klimat, pewną pogodę, śliczne plaże, ale też pyszne jedzenie i jej gościnnych mieszkańców. To tam, jedyny tydzień w życiu budziliśmy się z widokiem na morze, wędrowaliśmy na plażę tak uroczą nadmorską promenadą, że po drodze zapominałam o samej plaży. Zawsze plażowanie łączymy ze zwiedzaniem, a malutkie wyspiarskie miasteczka mają taką magię, że chciałoby się tam zostać.  M. uwielbia kosztować lokalne specjały, więc pozwoliliśmy sobie parę razy na kolację poza naszym hotelem w przytulnych knajpkach przy karafce domowego greckiego wina.  Wróciliśmy opaleni, wypoczęci i nakręceni do realizacji „misji Rodzina”.

KRETA(2).jpg

Po urlopie, zameldowałam się u mojego Dr Fu, wytłumaczyłam dlaczego tak długo mnie nie było. Przedstawiłam wszystkie wyniki M. i zgodnie ustaliliśmy, że teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie – próbujemy zajść w ciążę dalej.  Dr Fu miał dość obojętne podejście do mojego leczenia – dziś tak to oceniam. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że w ciągu roku zlecił mi jedynie  badania:

TSH – wynik 3,7 (i tak go zostawił, twierdząc, że nie jest aż taki zły! )

Progesteron i Estradiol – które z resztą badane były w złym czasie (w fazie owulacyjnej)- ale na wszelki wypadek miałam brać Luteinę pod język.

No i oczywiście monitoring owulacji- czyli ze 3x w tygodniu powrót do domu z turbo przyspieszeniem, by zdążyć  przed 18 do DrFu i dowiedzieć się, czy jakiś pęcherzyk raczył dojrzewać, a najważniejsze, czy zechciał pęknąć – bo wtedy co 3-4 cykl kończył się u mnie torbielą na jajniku, całe szczęście, że pojedynczą i nie miało to związku z PCOS. I taki sport uprawialiśmy kolejne kilka miesięcy. Nie będę już rozwijać tematu, jak bardzo godzina 5 rano jest niekomfortowa na zbliżenia (dla nas). Ale w końcu chodzę do lekarza, USG kilka razy w tygodniu robię, kasę ogromną już zdążyliśmy do tej pory wydać na ten szczytny cel, więc „zadanie domowe” wypadałoby odrobić. Wiem, że są tacy, którzy potrafią mimo wszystko czerpać z takich zbliżeń ogromną przyjemność, nie powiem, że i u nas jej w ogóle nie było, ale te komendy:  teraz!, jutro!, budzik o 4.45, to nie jest seksowne, o nie! Przynajmniej dla mnie. Łapałam się na tym, że bardzo chciałam tego dziecka, ale na myśl że musimy „to dziś zrobić” rodziła się we mnie złość i rozgoryczenie. Chyba po prostu za długo to już trwało.

A dodatkowo większość znajomych epidemicznie zachodziły w ciążę. Zastanawiałam się, czy któraś z nich musiała się o to postarać, choć trochę dłużej, niż 3 miesiące. Wątpię. U większości ten cholerny schemat: ślub, do roku dziecko i wraz z rodzącym się maluchem rodzące się ogromne wścibstwo .. A wy kiedy??? ……………

 ale o tym kiedy indziej,  muszę nagromadzić pod skórą więcej cierpliwości, bo ten temat podnosi mi ciśnienie niemiłosiernie…