Niedrożne jajowody……. A więc to moja wina….

z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI – 12.2012r

Co czuje kobieta, gdy dowiaduje się, że przyczyna niepłodności leży całkowicie po jej stronie?

Te 5 lat temu przegrzebałam góry Internetu, by znaleźć kobiety w podobnej sytuacji jak ja. By móc odnaleźć choć odrobinę wsparcia, by dowiedzieć się jak one to znoszą i choć nie znalazłam drugiej z taką samą diagnozą jak ja, która napisałaby coś więcej o sobie,  to znalazłam wiele innych zrozpaczonych niepłodnych, które też musiały sobie jakoś z tym poradzić.

Ale zawsze czytając historie innych dziewczyn, głównie na blogach, miałam wrażenie, że radzą sobie dużo lepiej ode mnie. Że mnie wyjątkowo ta  diagnoza tak przytłoczyła, że nie tylko wpadłam w ogromny dół, ale że ja go już emocjonalnie oglądam od spodu.

Na trzeci dzień po wypisie ze szpitala pojechałam do pracy. Wtedy czułam, że muszę, bo przecież zostawiłam cały gabinet i pacjentów na głowie mojej współpracownicy Asi. Wiedziałam, że Asia da sobie radę, ale chyba musiałam zająć czymś moją zamyśloną głowę. Dziś widzę jaka byłam głupia- z lekkimi jeszcze zawrotami głowy  po znieczuleniu, czułam się niczym po drinku, ale wsiadłam w auto i pomknęłam te 80km. Dałam radę. Ja zawsze musiałam dawać radę. Tym bardziej, że kilka dni temu, na Sali operacyjnej- nie dałam rady. Zawaliłam na całej linii, pogrążyłam nasze małżeńskie plany na powiększenie rodziny. Żal i rozpacz mieszała mi się z poczuciem winy i wstrętem do samej siebie. Moja godzinna jazda samochodem to był czas na płacz, lament, a nawet histerię – wtedy mogłam sobie na to pozwolić. Po godzinie musiałam wysiąść z auta i wesoła jak skowronek, z nową energią (nie wiem skąd) mieć siłę wysłuchiwać  teraz moich schorowanych pacjentów.  Zapominałam o sobie na 7 godzin. W tej pracy można zapomnieć  o  wszystkim, o jedzeniu, piciu, o wyjściu do toalety. Gdy zamykałam drzwi gabinetu, wsiadałam do auta, a tsunami czarnych myśli zalewało znowu mnie od środka. Wyłam i krzyczałam sama do siebie- dlaczego ja? Dlaczego akurat taka „choroba”?

Pracująca wtedy w  moim gabinecie Asia, wiedziała, że idę do szpitala, ale nie wiedziała co to za zabieg. Do tej pory nie mówiłam nikomu. Gdy zapytała, czy wszystko poszło dobrze, odpowiedziałam, że tak. W sumie, zgodnie z prawdą – od dwóch lat miałam dosyć leczenia w ciemno i zgadywania co może być przyczyną niepowodzeń, laparoskopia miała postawić diagnozę, no i postawiła. Tylko nie taką jak chciałam. Ale moje chciejstwa nie miały tu znaczenia.

Po jakimś czasie dowiedziały się o moim problemie jeszcze 3 osoby. Jedną z nich była moja szefowa, która chcąc, nie chcąc, wiedziała, że idę do szpitala, więc po powrocie zapytała z troską jak wyniki. Powiedziałam, że sprawa w końcu rozwiązana, ale niekorzystnie dla mnie. Nie dała spokoju, dopytując dalej. Więc skończyłam temat mówiąc, że mam problemy ginekologiczne i pewnie nie będę mogła mieć dzieci. Zasmuciła się, a nawet może bardziej zmieszała, bo nie wiedziała co odpowiedzieć. Padło tylko podtrzymujące na duchu „nie martw się, to nie koniec świata”. Chciałam ryknąć płaczem, naprawdę powstrzymywałam się, gryząc się w wargę aż do krwi. Dla mnie to było gorzej niż koniec świata!

Dziś tacy ludzie mnie już śmieszą i potrafię sobie z nimi radzić, wtedy miałam zbyt świeżą ranę. Chciałoby się powiedzieć – nie zadawaj pytania człowieku, jeśli nie jesteś pewien czy udźwigniesz odpowiedź!!! Jeśli nie jesteś na siłach, by w razie potrzeby wesprzeć , to nie pytaj, bo właśnie teraz możesz spychać kogoś w największą, psychiczną przepaść.  Takie sytuacje dopiero zaczynały się pojawiać, większość była jeszcze przede mną.

Jedynymi osobami, którym chciałam powiedzieć sama z siebie były: mama i Ewa- przyjaciółka z pracy. W domu rodzinnym często czułam, że rodzice czekają na wnuki, szczególnie tata prawił aluzje, że się chyba nie doczeka. Mama jest taktowną osobą i nigdy nie weszła na ten temat, ale wiedziałam, że domyśla się jakiś moich kłopotów. Chciałam uciąć wszelkie sugestie, ewentualne serdeczne życzenia i nieświadome dogryzanie taty. Pewnej soboty odwiedziłam rodziców i opowiedziałam mamie w skrócie moją ginekologiczną historię. Płakałam przy tym jak bóbr, ona też miała łzy w oczach. Nie pocieszała sztucznie, ale mama jest też taką osobą, która nigdy nie traci nadziei. Mnie wtedy też nie pozwoliła tak myśleć, że nigdy nie zostanę matką.  Dziś wiem, że serce bolało ją chyba bardziej niż mnie- jakby mogła, wzięłaby na siebie mój ciężar. Poprosiłam tylko, by powiedziała tacie, żeby darował sobie swoje apele o wnuki. Od tej pory temat nigdy nie wrócił.

Jedyną prawdziwą ulgę dawały i do dziś dają rozmowy z Ewą. Na czym polega jej fenomen – nie wiem. Sama jest już dawno matką dwójki dzieci, powinnam ją za to co najmniej nie lubić, albo przynajmniej nie poruszać z nią tematów macierzyńskich. Ale z Ewą jest inaczej niż ze wszystkimi. Nie, nie jest mistrzynią taktu i wyczucia, raczej bliżej jej do męskiego podejścia i klepania po ramieniu niż subtelnej babskiej przyjaciółki. I może to w niej lubię? Przy Ewie wiem, że nie ściemnia, nie robi dobrej miny do złej gry, jak jest d.pa to jest d.pa, to nie słodzi, że będzie dobrze. I chyba dlatego, ona jedna dokładnie wie, co się działo na mojej niepłodnej drodze. Zupełnie nie rozumie przez co przechodzę, bo pierwsza jej ciąża nie była planowana, zdarzyło się, druga już tak. Ale Ewa wszystkim dobrze życzy, a swoją bezpośredniością i prostym podejściem do życia łamie wszystkie bariery. To ona pierwsza do mnie zadzwoniła po powrocie ze szpitala, nie pocieszała, ona zawsze wysłuchuje i po prostu „jest”. Nie lukruje i nie udaje, że nic się nie stało, raczej przeżywa, tak jakby to ona usłyszała tą diagnozę, nie mówi „nie martw się”, raczej „k… mać, to niemożliwe!”, z właściwym sobie akcentem 😉 W  takich sytuacjach, my niepłodni najczęściej nie potrzebujemy dobrych rad, 1000 nowych poleconych doktorów, historyjek „bo moja koleżanka, też tak miała, ale….” . Często właśnie chodzi o to, by nie mówić zbędnych słów i nie pocieszać, bo skąd wiesz, że będzie lepiej? Lepiej dla kogo? To najtrudniejsze – wysłuchać tylko tego co chcą powiedzieć, nie dopytywać, ale być – po prostu nie uciec. I chyba dlatego nie rozmawiam do dziś o mojej niepłodności z nikim, oprócz M. i Ewy.

 M.in. dzięki Niej – Ewie, jestem dziś tu, gdzie jestem, cała i zdrowa. Jedynie niepłodna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s