Oswajanie niepłodności, plany adopcyjne i kolejna lawina…

z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI – 01-12.2013r

Pisząc te ostatnie posty wracałam mocno do mojej „niepło- przeszłości”, tej w której tylko płakać mi się chciało. Nie poradzę nic, że te kilka lat mojego życia bardzo odbiły się na mojej psychice, właściwie to była nieustająca żałoba, po czymś czego nigdy nie było.

A dziś przeczytałam nowy wpis na „krótkim blogu” (zerwałam się ze smyczy) ,w którym odnajduję 90% siebie! I ja poczułam, że zaczynam obecnie urywać się ze smyczy i chciałabym jak najszybciej,  już  właśnie o tym zacząć pisać. Czuję jednak, że niektóre momenty z mojej walecznej drogi ku płodności nie powinny zostać pominięte, bo może komuś jednak pomogą.  Wtedy, po diagnozie niedrożnych jajowodów, świat mi się zawalił, obwiniałam siebie za wszystko, czułam się totalnie nic nie warta. A już na pewno nie czułam się normalną kobietą.  I mimo, że nigdy się nie ujawniłam, nie napisałam ani pół komentarza, nie „obserwowałam” i nie „lubiłam” Waszych postów/blogów, to bez nich  nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Wtedy potrzebowałam ich jak powietrza. Tylko dzięki nim czułam, że nie jestem sama. W swoim otoczeniu nie miałam nikogo z problemami z poczęciem dziecka, nikogo! Inne historie blogowe były moim jedynym wparciem i informatorem, że my z M. nie jesteśmy jedyni.

Dlatego postaram się przybliżyć jeszcze tych kilka momentów, w naszym leczeniu – przetrwaniu, które mogą mieć dla innych jakieś znaczenie.

Zaczął się nowy, 2013 rok, ja popadłam w wir zawodowych obowiązków  i błędne koło obarczania się ciągle winą za moją niepłodność. Plus był tylko jeden – przez ten rok odpuściliśmy starania, no bo po co? Nie bałam się więc, że dostanę okres, a nawet na niego czekałam i jak za dawnych czasów obliczałam kiedy mogę iść na basen itd. To było jedyne psychiczne odciążenie, nie liczyłam co miesiąc na cud i nie płakałam, że cud się nie zdarzył. Ale ulga! Ale płakałam cały pozostały czas, płakałam nad sobą, nad M. że ma taką żonę, która go tak „urządziła”. W między czasie myślałam o adopcji, czytałam historie rodzin adopcyjnych i oswajałam się z tematem, że może zostaniemy rodzicami inaczej. W między czasie 2 razy musiałam zmienić lokalizację mojej firmy, a za drugim razem wiązało się to z przeprowadzką mieszkaniową o 200km do innego miasta. Było trochę zamieszania:  szukanie nowego lokalu do wynajęcia na firmę, mieszkania,  znalezienie lokatorów na nasze mieszkanie, znalezienie nowego pracownika do mojej firmy, M. szukał nowej pracy, pakowanie dorobku życia i no i wio!  Można powiedzieć, że pierwsze pół roku głowy mieliśmy cały czas zajęte. Ja po cichu liczyłam na to, że nasz pobyt tam, będzie 2-4 letni, a do rodzinnego miasta wrócimy już jako rodzice. Mój M. dopiero po czasie przyznał się, że do mojej mamy na do widzenia, rzucił hasło, że wrócimy we trójkę…

Na jesień, gdy sytuacja zawodowa była już prawie opanowana, zaczynaliśmy znów żyć spokojnie, M. stwierdził, żeby ten rok miał pozytywny akcent, to może rozejrzyjmy się za jakimś ośrodkiem adopcyjnym w okolicy i umówmy się na spotkanie.   Miód na moje serce! Dwa razy powtarzać mi nie trzeba było. Na drugi dzień już miałam zrobione rozeznanie. Okazało się, że 2 z 3 ośrodków w naszym nowym mieście miało całkiem dobre opinie, codziennie wyczytywałam w Internecie jakieś nowe „perełki” na ich temat, M. zaczął podglądać adopcyjne blogi. Wszystko zmierzało ku adopcji. Trzeba było zrobić tylko ten pierwszy krok i umówić się na wizytę w ośrodku.

Pewnego wieczoru, gdy zaczęłam temat, by dopasować nasze zawodowe grafiki, i umówić się na spotkanie w OA, wyczułam, że M. miesza się w zeznaniach. Krótka rozmowa przekształciła się w kilkugodzinną kłótnię trwającą do 1 w nocy. Nie wiedziałam o co chodzi, M. sam zaproponował jakiś miesiąc wcześniej, by zacząć działać, a teraz się wycofywał. Nie był jeszcze gotowy, ale ujął to raczej innymi mocniejszymi słowami. Nogi się pode mną ugięły i czułam się jakbym słyszała drugi raz diagnozę swojej niepłodności. Ledwo zaczęłam układać sobie jakoś wszystko na nowo, a tu cały plan rozpada się na kawałki.

M. chciał In vitro. Wolał „swoje” dziecko. On w końcu był zdrowy….

A ja wtedy  jeszcze bardziej poczułam, że to moja wina.

Na samą myśl o In vitro chciało mi się płakać. A właściwie wyć. No i wyłam…

Może dlatego:

– że za dużo się nasłuchałam,

– że 3 lekarzy do tej pory nie podchodziło do mojego leczenia poważnie, a zazwyczaj na koniec padało: „najwyżej zrobimy In vitro” (z ironicznym akcentem, nie dacie rady sami, to my wam zrobimy)

–  może dlatego, że nie umiałam dać sobie samej prawa, aż tak decydować o poczęciu mojego dziecka, chciałam, żeby to jednak było „tajemnicą nowego życia”

– może dlatego, że nie czułam do końca, żeby to była MOJA DROGA

Co nie zmienia faktu, że nigdy nie oceniam tych, którzy na In vitro się zdecydowali, wiem przecież, przez co przechodzili przed tą decyzją. Nie potrafiłabym w ich kierunku „rzucić kamień”, ale czułam, że to nie dla mnie. Tylko nie wiedziałam, ……. co w takim razie jest dla mnie.

Powtarzałam w kółko: „Boże daj mi jakiś znak, bo zwariuję”.   I dał…

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s