Naprotechnologia w Lublinie, nowe badania, nowe nadzieje. Kiedy ma się udać, jak nie teraz???

z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI – 12.2015 – 02.2016

Wróciliśmy na „stare śmieci” w grudniu 2015. Po powrocie z Poznania, pierwsze kilka dni mieszkaliśmy u moich rodziców. Po świętach, rozpoczęliśmy spalanie dodatkowych kilogramów wnosząc swoje manele, przechowywane chwilowo u rodziny, na  4. piętro naszego mieszkanka i ogarnianie wnętrza. Pierwsze 2 tygodnie urlopowaliśmy się po poznańskich szalonych obrotach. Potem ja poszłam do pracy, prowadzić identyczny gabinet, ale już nie na własny rachunek, tylko  po koleżeńsku, a M. zaczął szukać swojego miejsca na rynku pracy. Teraz wszystko będzie inaczej. Teraz musi być dobrze…

Ciąg dalszy naszego leczenia… przenosimy do Lublina..

Na 29.12.2015 byliśmy umówieni na pierwszą wizytę napro w Lublinie. Jak nasze leczenie napro wyglądało do tej pory, pisałam TU i TU. Ale z racji odległości, pewnym było, że do Poznania, ani Gorzowa Wlkp. jeździć na dalsze konsultacje nie będziemy, a opinie lekarzy napro w naszym mieście średnio nas przekonały, więc padło na Lublin. W końcu „polski Ojciec Naprotechnologii” na pewno nam pomoże.

Kolejne badanie nasienia M. (już czwarte)

Nasza pani instruktor z Poznania uprzedziła nas, że Dr B. głównie polega na swojej metodzie badania nasienia i skoro już tam się wybieramy taki kawał drogi, to warto takie badanie zrobić. Zatem 29.12 umówione mieliśmy dwie godziny konsultacji – jedna na analizę nasienia M., druga dotycząca naszego leczenia. Dodam, że oddawanie nasienia nie odbywa się standardowo w klinice, a w domu (u nas hotel), należy je dostarczyć  najszybciej jak się da do kliniki, a Dr  B. ma zaraz zarezerwowany czas na analizę, oględziny itd.

Za godzinę mieliśmy konsultację i moje badanie ginekologiczne, a na nim:

  • Dr B. podtrzymał większość moich leków zaleconych przez Dr.G z Poznania, a niektórych dawki zwiększył (TSH i PRL).
  • Prolaktyna na lekach spadała u mnie powoli, więc Dr chciał wykluczyć przyczynę gruczolaka – miałam zrobić badanie: PRL na czczo + test  1h metoklopramid (w trakcie mojego przyjmowania Bromergonu).
  • Z racji moich, ciągle nawracających infekcji (przez ponad rok każdy miesiąc to infekcja, upławy itd.) dostałam niestety mocny antybiotyk, gdyż Dr zaczął podejrzewać, czy aby te infekcje nie przeszkadzają w zajściu w ciążę? Ja zgodziłam się na wszystko – dostaliśmy leki oboje z M.

I tak wyszliśmy z listą do zrealizowania w aptece :

  • Letrox 50 (1/2tbl)
  • Encorton (2x 1/2tbl)
  • Bromergon (1/4 tbl)
  • Luteina- od Peak +3 przez 10 dni
  • LDN- Low Dose Naltrexone
  • Tinidazolum, Amoksiklav, Esencja
  • Acesan75 (zamiast zastrzyków Clexane- ufff! )
  • Dodatkowo: ACC600, Flavamed, Wit B12, olej z wiesiołka, Dewikap

Na naszej ścianie w kuchni wisiała kartka z rozpiską – nawet ja- zorganizowana, zapominałam o planie lekowym bez ściągi.

Lista badań do zrobienia:

  • morfologia, mocz
  • TSH
  • wit D3
  • 2-4 dc: CA125, prolaktyna na czczo + test 1h metoklopramid
  •  w dniu Peak +7: estradiol, progesteron
  • TEST PSYCHOLOGICZNY – robiłam zaraz po wizycie i zostawiałam do oceny psychologa w Lbl.
  • BADANIA SPECJALISTYCZNE-  przeciwciała blokujące MLR, cytotoksyczne- dla mnie i M., KIR
  • test POST COITALNY

Wizyta trwała długo, nawet za, bo przez nas zrobiło się opóźnienie. Wyszliśmy zadowoleni, z nową nadzieją (wiecie o czym piszę ;). Korzystając z okazji, odwiedziliśmy lubelską aptekę, w której można kupić małe dawki Naltrexone (na ZNP) i wróciliśmy do swojej „małej Polski”.  Zalecone badania starałam się zrobić możliwie najszybciej.

Nasze wyniki:

  • badanie nasienia M. – super ( nawet przy 1 jądrze!!)
  • progesteron  20,4ng/ml – OK!    estradiol – 125,8 pq/ml –OK!
  • morfologia, witD, CA125- OK
  • prolaktyna 13,43 ng/ml  ŹLE (oczekujemy poniżej 10!), po MCP – 90,46 –OK.! czyli gruczolaka nie ma;)
  • TSH- 2,65 uIU/ml  ŹLE! (oczekujemy min. poniżej 2,0)=> po mailowej konsultacji DrB. zwiększył Letrox50
  • MLR i cytotoksyczne wyszły- OK.  KIR- do konsultacji u innego lekarza, Dr nie chciał sam oceniać (finalnie na tą konsultację nie dotarłam)
  • Test Postkoitalny wyszedł średnio- ale okazało się, że nie był zrobiony w dobrych warunkach, tzn. : za długi czas po stosunku (14h), ilość śluzu płodnego była już śladowa, ale Dr B. uznał, że skoro w takim środowisku i po tylu godzinach znalazły się 2 ruchome plemniki, to nie ma co się czepiać 😉
  • po 2 tygodniach dostałam ocenę psychologiczną:  nie wyszła ona źle, ale ostatnie zdanie pamiętam dobrze – „zalecany kontakt z psychologiem…” hmm…. A tak pilnowałam się zakreślając odpowiedzi…

Więc mieliśmy walczyć z TSH, prolaktyną, poprawiać jakość śluzu, i … czekać.

II wizyta w Lublinie

Na drugą wizytę kontrolną, pojechaliśmy 24.02.2016. Do tego czasu, właściwie  niewiele się zmieniło. Dr B. mógł jedynie „na  żywo” obejrzeć nasze, a głównie moje wyniki badań. Cieszyło nas to, że testy: cytotoksyczny, przeciwko plemnikom, Postkoitalny wskazywały, że „nie zwalczam” plemników M.- a tego się obawiałam. Teoretycznie wszystko u nas powinno być OK. Ale dalej nie było.

  • Na tej wizycie Dr B. podtrzymał dotychczasowe leki, dostałam dodatkowo Aromek – na owulację (którą w zasadzie miałam)- ale tak, na wszelki wypadek.

Teraz mieliśmy tylko czekać…, utrzymywać „dobre cykle”, badać progesteron i estradiol w dniu Peak+7 i „radośnie i spontanicznie kochać się w dni Peakowe” – czyli to, co niepłodne tygryski lubią najbardziej…

I tu pojawił się problem..

to mój 70-ty, któryś tam cykl…, współżyj tu radośnie, ochoczo i z nadzieją…..,

ja chyba już sfiksowałam…., ale niestety

dla mnie robiło się to, tak samo wymuszone, jak codzienne zastrzyki w brzuch.

Nie potrafiłam wyluzować się już, czerpać radości i wykrzesać z siebie minimum chęci. To głównie M. pilnował „tych dni”. O ironio losu, kilka lat wcześniej to ja go „nękałam”, teraz on pilnował mnie.

Wewnętrznie cały czas czułam, że dalej coś nie gra. Że choćbyśmy się „starali 2x dziennie” to w tym cyklu i tak nie wyjdzie. I nie wychodziło. Ile w tym winy było mojego nastawienia, a na ile podświadomość podpowiadała, że to jeszcze nie teraz?- nigdy się nie dowiem. Dziś pewne jest jedno- to jeszcze nie był nasz czas.  Ale dopiero dziś, potrafię napisać to spokojnie, bez emocji, łez w oczach i nerwów. Wtedy nie umiałam. Wtedy każdy kolejny cykl niepowodzeń i świadomość, że przecież się leczymy, że lekarz już więcej nie wie, co można nam jeszcze zalecić, doprowadzały mnie do skrajnej rozpaczy. Gdy byłam sama, łzy wylewały się ze mnie strumieniami, wpadałam w furię, histerię i skrajnie depresyjne stany.

Kiedy ma się udać, jak nie teraz? No chyba jednak – nie teraz ;(

Miało być tak pięknie… Mieliśmy wrócić do rodzinnego miasta, miały skończyć się nerwy i ciągły galop. Odpuściliśmy biznes, a ja zrezygnowałam z firmy, bo teraz już „musi się udać”. Stawiałam sobie ciągle nowe granice i poprzeczki. O każdą się potykałam i leżałam jak długa. Mój stan psychiczny bardzo się pogarszał, na zmianę z pojedynczymi momentami mobilizacji „bo może jednak się uda”. M. miał mnie już dość.  Wraz z Poznaniem miały skończyć się nasze problemy, a one się powiększały…

W lutym byliśmy ostatni raz na konsultacji w Lublinie, kilka jeszcze odbyło się drogą mailową ( to kolejna zaleta leczenia napro w Lublinie). Do wakacji 2016 zażywałam leki przepisane przez Dr B.

Nikogo nie zniechęcam do leczenia naprotechnologią, wręcz odwrotnie – zachęcam!! Jeśli ktokolwiek nam pomógł, naprowadził, znalazł jakieś nieprawidłowości, ale też wykluczył możliwe przyczyny – to właśnie to byli lekarze naprotechnolodzy! Dr G. z Poznania/ Gorzowa oraz Dr B. z Lublina. Jestem im wdzięczna za to, co dla nas zrobili. Że byli jedynymi lekarzami, którzy nas… leczyli.

Koszt leczenia naprotechnologią nie był mały. Ale porównując do wcześniejszych  4 lat biegania po lekarzach – bardzo podobny. Tyle, że  lwią część pieniędzy w napro wydaliśmy na badania. Badania, z których korzystam do dziś.  Same konsultacje wypadały 1x na 2 m-ce i były tak długie (min 45min) i treściwe, że ceny nie można uznać za wygórowaną.

Mnie zabrakło cierpliwości, albo może to był etap, który miał nas naprowadzić na jeszcze inne rozwiązania ? – czas pokarze. W każdym razie, wiele wskazówek wdrożyliśmy w nasze życie , obserwacje modelem Creightona prowadzę do dziś i śmieję się sama z siebie, jak można było tego kiedyś nie umieć.  Wszystko co natura stworzyła ma jakiś wyższy sens, okazało się, że muszę to tylko poznać i nauczyć się.

Ale na tym nie koniec naszych perypetii „staraniowych”.

Zaczęliśmy inaczej patrzeć na naszą  płodność i stosować naturalne metody.

Spotkaliśmy na swojej drodze  absolutnie wyjątkową osobę, która przewróciła nam myślenie do góry nogami, ale też wprowadziła niesamowity spokój. Podjęliśmy kilka ważnych i dziś wiem, że najlepszych dla nas decyzji. Już nie mogę się doczekać, aż Wam o tym napiszę.  Następnym razem…

 

4 myśli na temat “Naprotechnologia w Lublinie, nowe badania, nowe nadzieje. Kiedy ma się udać, jak nie teraz???

  1. cześć Lidio, tu znowu Ola 🙂
    U mnie teraz trochę się dzieje, ale cały czas mam w myślach ogromną chęć napisania do Ciebie i w końcu usiądę i napiszę tak więcej ! 🙂 , ale dziś chciałam Ci tu powiedzieć, że zaglądam na wiewiórkowo i jestem Ci wdzięczna za wszystko co piszesz, jak piszesz, za nowe wpisy i pozdrowić Cię najserdeczniej! 🤗
    Dziękuję Ci za Twojego bloga bardzo!
    Ola

    Polubienie

  2. Hej Olu,
    cieszę się, że zaglądasz do mnie i dziękuję Ci za takie miłe słowa. Jak znajdziesz czas, to napisz więcej, co słychać u Ciebie. Ściskam serdecznie, buziaki
    L.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s