Depresja w niepłodności – przestań się oszukiwać

 Z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI 02- 05.2016

Czuję jak znów spadam w dół, zalewa mnie fala rozpaczy i totalnej niemocy. Czekam chyba tylko na to, by „dotknąć  dna” – to jedyny sposób, by móc się odbić, bo o własnych siłach już nie potrafię. Tymczasem spadam dalej, kiedy to wszystko się skończy? Przestało mieć znaczenie gdzie mieszkamy, czy mam blisko siebie rodzinę, czy jesteśmy w sami w obcym mieście. I tak czuję się sama. Jestem ja i moja pieprzona niepłodność. Moja… Bo M. mógłby mieć dzieci. Nie dość, że sama sobie popsułam życie, to jeszcze on cierpi. Mam dość siebie…



 

Nasze leczenie niepłodności to mój ciągły roller coaster – ciągłe wzloty i upadki, naprzemienna nadzieja, wiara, że tym razem się uda i rozczarowanie, które regularnie sprowadzało mnie na emocjonalne dno. M. trzymał się o wiele lepiej, walczył dodatkowo ze mną, próbując mnie czasami „otrzeźwić i terapeutyzować”, choć i jemu zdarzały się chwile podłamania.

Nie umiałam procesu leczenia traktować jako dodatku do życia, od jakiegoś czasu, TO było całym moim życiem, wyczekiwaniem i zarazem często ogromnym rozczarowaniem. Było mnóstwo takich momentów, gdy żal i smutek wylewały mi się już uszami.

 Wiosna 2016 to był moment krytyczny.

Leczyliśmy się z NPR ok. 9 miesięcy i nie było efektów, tzn. nie chodzi stricte o ciążę, ale o to, że lekarze nie umieli określić, co dokładnie może być przyczyną naszych niepowodzeń.

Straciłam już nadzieję, że skoro w Lublinie nie dokonali żadnego  „odkrycia” i nadal „jesteśmy idiopatyczni”, to już nie wiem, kto może nam pomóc.

Niby cały czas brałam leki oraz suplementy i witaminy zasugerowane przez p.Stasie, trzymaliśmy się diety  i jakaś szansa na poczęcie teoretycznie była, ale moje wewnętrzne nastawienie było na maxa nieseksualne. Miałam dość tego starania, próbowania, zmuszania się.

Czułam się wszystkiemu winna, odpowiedzialna za niepłodność, nie umiałam rozmawiać już ze znajomymi, którzy mieli dzieci, unikałam ich jak ognia. Z resztą nie tylko tych „dzieciatych”, ale  starych, dobrych znajomych moich rodziców, również. Na wszelki wypadek, gdyby dawna ciocia ciekawsko zapytała o TE sprawy miałam przygotowanych kilka odpowiedzi –ale  każdą odpowiednio złośliwą – dlaczego tylko mnie musi być przykro?

Kiedyś to musiało nastąpić.

W lutym 2016 moja młodsza siostra poinformowała rodzinę, że jest w ciąży…..

Starałam się nic po sobie nie pokazywać, ale gdy byłam sama – wyłam jak bóbr. Tak, to była jej ciąża, nie moja… I jak się domyślacie, zaszła w ciążę wtedy, gdy nie powinna. Miała spore zakażenie Chlamydią, o którym wiedziała, leczyła się i …. tak wyszło. Choć nigdy z nią o tym nie rozmawiałam, bo nawet o niedrożnych jajowodach wiedziała tylko mama i to był koniec informowania o naszych problemach (miało to cel: „nie pytajcie o wnuki- ja ich raczej wam nie dam”, niż żalenie się i dzielenie naszymi problemami), to moja siostra (zwana dalej Sisi) bała się mi powiedzieć o swojej ciąży. Dowiedziałam się tego  potem, od mamy. Głupio jej było, że ja jestem 6 lat po ślubie, a ona 1,5 roku i to ona pierwsza, miała zostać matką.

Nie mogłam na siebie patrzeć w lustrze –  tylko ja nie potrafiłam zajść w ciążę. A to przecież takie proste – zachodzisz, gdy nie chcesz. Znienawidziłam siebie totalnie, po pracy wracałam jak najszybciej do domu, nie miałam ochoty nikogo widzieć i z nikim rozmawiać. Czasami wpadałam w taką histerię, że ukojenie przynosił jedynie sen. Ale na krótko.  M. wiele razy przy kłótniach krzyczał, że powinnam się leczyć, że jemu też jest przecież ciężko, a jednak daje radę, że to nie tylko mój problem, że jestem egoistką. A ja z żalu rozpadałam się na kawałki, było mi już wszystko jedno. W rodzinie starali się nie rozmawiać przy mnie o ciąży Sisi, ja czasami o coś zapytałam, trochę z ciekawości, trochę z kultury. Z jednej strony cieszyłam się, że siostra  jest w ciąży – rodzice w końcu zostaną dziadkami. Czy byłoby lepiej, gdyby moja młodsza siostra też miała problem z zajściem w ciążę? Oczywiście, że nie. Nie jestem zawistna, cieszyłam się, że przynajmniej ona będzie szczęśliwa. Ale w mojej głowie (i M. trochę też) krążyły pytania – dlaczego?? Dlaczego my?? Przeszliśmy już nowotwór M., zrezygnowaliśmy z wygody spokojnego życia w jednym miejscu i próbowaliśmy do czegoś dojść własnymi siłami, leczyliśmy się już  szósty rok, więc dlaczego my mamy jeszcze pod górkę? Dlaczego oni, wszystko dostawali od razu i bez większego wysiłku?? – Kiedyś się dowiem.

Najważniejsze, że dziś jestem już na innym etapie. Nawet odpowiedź na pytanie – dlaczego- już mnie nie interesuje. Tak widocznie  miało być.

Ale wtedy spadałam już poniżej dna. Tak, da się spaść na dno i się nie odbić, da się spaść jeszcze niżej i nawet to dno obejrzeć od spodu. Mogę wam nawet powiedzieć jak to wygląda od spodu,  ale pewnie się domyślacie. Do d…y.

Pamiętam, jak pewnego dnia mama zadzwoniła z pytaniem, czy nie pojechałabym z nią do centrum handlowego,- dobrze- powiedziałam. Przyjechałam po nią pod blok, ruszyłyśmy i pytam, -to gdzie jedziemy? „- właściwie nigdzie, chciałam pogadać, z tobą sama. – Widzę co się dzieje, nie umiem ci pomóc, powinnaś córciu poszukać wsparcia, powinnaś umówić się do psychologa”. Siedziałyśmy w moim aucie, czułam jak moje, zawsze niskie ciśnienie gwałtownie się podnosi, by za chwilę, krew nagła mnie zalała! Nawet moja mama przeciwko mnie! Ona zawsze mnie wspierała, a teraz? Pokłóciłyśmy się, popłakały i każda wróciła do domu. Żadna kobieta- matka  nie będzie mnie pouczać, co powinnam robić ! – pomyślałam. Wszystkim dookoła łatwo się mówi, tylko co oni wiedzą? WSZYSCY mają dzieci, WSZYSCY! A ci co nie mają, będą je mieć za 8 miesięcy.

Minęło trochę czasu, sama nie pamiętam ile, gdy już miałam tak serdecznie dość samej siebie, a najbardziej tego, że inni mają mnie dość i postanowiłam, że chyba muszę coś zrobić. Jeśli nie dla siebie, to chociażby dla M. On zasłużył na to, by mieć normalną rodzinę. Skoro nie mamy dzieci, to wypadałoby, żeby przynajmniej żona była jakimkolwiek, ale jednak wsparciem, a nie ciężarem.

Podjęłam decyzję – sama już nie dam rady

Po namowach M. i sprzeczce z mamą, umówiłam się do psychologa.  Psychologa związanego z tematem niepłodności. Pierwsza pani psycholog nie była trafnym wyborem,  byłam na 2 wizytach, i choć już po nich wiedziałam, że moja psychika faktycznie potrzebuje wsparcia, to jednak kolejki na wizyty i ilość dzieciaków w klinice przestraszyły mnie. Zrezygnowałam. Może jednak dam sobie radę sama … pomyślałam , ale nie dałam.

W kwietniu trafiłam na 1 konsultację psychologiczną w ramach stowarzyszenia leczenia niepłodności i zostałam. Tzn. nie w stowarzyszeniu, a na terapii. Wspólnie z panią psycholog wybrałyśmy terapię behawioralną. Powoli zaczęło układać mi się wszystko w głowie. Zobaczyłam zależność między dzieciństwem, a moimi dorosłymi wyborami. Zaczęłam rozumieć, dlaczego nie rozumiem M. ;), dlaczego dostaję takiej histerii na myśl, że nie będę matką.

Odzyskałam siebie, zobaczyłam, że ja też mam jakąś wartość, że moje życie też czemuś służy, że widocznie nie tylko do macierzyństwa jestem stworzona, ale moje życie jest darem i cudem samym w sobie. Dostałam je w prezencie, którym nie mogę gardzić tylko dlatego, że aktualnie brakuje mu „aplikacji rozrodczej”. Może uda się ją „zainstalować”, a może też nie – ale mam pamiętać – prezent nie tylko temu, jednemu miał służyć. Jestem też żoną.

Pani psycholog pomogła ułożyć mi wiele rzeczy, a właściwie to prowokowała mnie odpowiednimi pytaniami i uwagami, bym sama dostrzegła kilka aspektów swojego życia i zaczęła je inaczej interpretować. Nagle wiele spraw okazało się banalnie prostych, dotarły do mnie dawno przeczytane słowa Reginy Brett:

„Rośnie wszystko, na co spoglądam przez szkło powiększające. Muszę sama zdecydować, gdzie je skieruję”

 

Kiedyś widziałam tylko swoją niepłodność, siebie jako kobietę nieudolną i żyłam naszą „bezdzietną tragedią”. Dopiero po jakimś czasie znów otworzyły mi oczy, z uśmiechem spojrzałam na świat, zdziwiona, że on dalej „jest”, czekał na mnie, podczas, gdy ja zakopywałam się w swojej niepłodności.

Przez 5 lat wizyta u psychologa wydawała mi się czymś zupełnie zbytecznym, tymczasem okazało się, że to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć dla siebie. Bo czasami w tej walce o dziecko, gubimy siebie. Ja tak siebie gdzieś zgubiłam.

Leczyłam ciało, zapominając o duszy.  Zapomniałam o sobie samej.

Dobrze, że mam to już za sobą.

 

Reklamy

11 myśli na temat “Depresja w niepłodności – przestań się oszukiwać

  1. Faktycznie to była świetna decyzja z tą terapią! Te opisane uczucia są mi bardzo znane, choć nie są aż tak spotęgowane jak miałaś dawniej – może dlatego że staramy się „dopiero” od 2 lat i wszystko przede mną… Nie wiem…
    Wczoraj miałam kryzys – mąż zaczął mnie przygotowywać psychicznie że wkrótce możemy zostać zaproszeni na chrzciny dziecka jego kuzynki. Nie wiedział że ja o tym myślę kilkakrotnie częścięj od niego i „czekam” na ten moment, więc jego przygotowanie nic nie da. I tu nagle Ona do niego dzwoni. Po prostu kosmos!! Nie odebrał bo nie ustaliliśmy jak na takie coś zareagować a później powiedział że jak zadzwoni następnym razem to powie że akurat wtedy jedziemy na wakacje (które musielibyśmy dopiero zaplanować). I że on by chciał pójść bo to jego rodzina ale robi to dla mnie. Nie wiem czy taka ucieczka jest dobra ale ta sytuacja mnie przerasta… 😦

    Polubione przez 1 osoba

  2. To fakt, dobrze, że podjęłam odpowiednie kroki i dziś jest zupełnie inaczej.
    Ale mimo wszystko nie zapomniałam tego uczucia, gdy wszyscy inni organizują pępkówki, chrzciny, a ty powinnaś się cieszyć razem z nimi, tymczasem koncentrujesz się jedynie, na tym by odpowiednio mocno zagryźć zęby i nie wybuchnąć płaczem. Pamiętam, gdy moja siostra będąc w ciąży dała mi do zrozumienia, że chciałaby, bym ja była chrzestną. Skłamałam, że źle się czuję i muszę iść do domu, nie chciałam ciągnąć rozmowy. Nie chciałam też robić przykrości siostrze i zachować się nieładnie wobec malutkiej siostrzenicy. Matką chrzestną zostałam, nawet z uśmiechem, ale dziś jestem przekonana, że udało mi się to również, dzięki „przepracowaniu tematu” z psycholog.
    Kochana SomedayMummy, podejmij decyzję, którą w tej chwili będziesz mogła spokojnie udźwignąć. Masz kochanego męża, który widzę, że Cię bardzo wspiera – to wielki dar. Trudno mi coś radzić, choć wiem co przechodzisz, bo w każdym czasie starań, mamy inne pokłady cierpliwości, wyczulenia na noworodki i przede wszystkim odporności na komentarze Serdecznych – Troskliwych, którzy uważają, że „teraz nasza kolej i co ja na to?”
    Moja metoda była mało chwalebna- po prostu po takim komentarzu, jego autor mógł się spodziewać niewybrednej riposty, a nawet docinki z mojej strony. Drugi raz, nie zapytał 😉 Dziś, wiem że nawet bez dziecka mam swoją wartość i nikt nie będzie mnie oceniał po wynikach rozrodczych. Ale to przyszło mi z czasem (długim niestety). buziaki

    Polubione przez 1 osoba

      1. Droga Nieszczęśliwa, chodzi Ci o ripostę na wścibskie pytania pt: „kiedy wy będziecie mieć dzieci”?
        To wszystko zależy od kondycji emocjonalnej w jakiej danego dnia byłam i od osoby, która mnie pytała. Były dni, że żal i rozpacz stawała mi w gardle i nie umiałam wykrztusić słowa i kończyło się tylko hasłem „w swoim czasie”. Gdy byłam bardziej pewna siebie i miałam więcej siły wewnętrznej, to zdarzało mi się odpowiedzieć: „nasza kołdra jest za mała, żeby ktoś się jeszcze pod nią wciskał i sprawdzał co tam robimy”, albo „dziękuję za zainteresowanie moją macicą, ale kto w niej mieszka albo kiedy będzie mieszkał, to tylko nasza sprawa”.
        Wypatrzone w internetach, nawet nie pamiętam gdzie, to na pytanie troskliwej cioci „teraz wasza kolej, kiedy dzidziuś?” ktoś odważnie odpowiedział: „a kiedy pogrzeb ciociu?”;)
        Chyba muszę stworzyć post o tym jak spławiać troskliwych pytających…

        Polubienie

  3. A ja właśnie napisałam u siebie o depresji w macierzyństwie…Niby dwie zupełnie różne sytuacje – a skutek ten sam. I w obu przypadkach czasami trzeba poszukać pomocy zewnętrznej – bo samodzielnie nie zawsze jesteśmy w stanie sobie poradzić. Dobrze, że zdecydowałaś się na taki krok – i że wszystko poszło w dobrym kierunku :*

    Polubione przez 1 osoba

  4. Gdyby nie moj perfekcjonizm i poczucie ze ze wszystkim dam sobie rade sama pewnie poszlabym po pomoc wczesniej i nie psula zycia sobie i M. Madra „silaczka” po szkodzie, czasem trzeba przyznac sie do swojej slabosci.
    Zaraz z przyjemnoscia zagladne do Ciebie. Pozdrawiam. Lidia

    Polubione przez 1 osoba

  5. Droga Serendypio, poczytaj inne posty. W tym faktycznie nie ma nic o adopcji, bo tu poruszałam kwestię depresji i potrzeby fachowego wsparcia w niepłodności.
    O adopcji już nie myślimy, bo od 2 lat czekamy w kolejce na dziecko adopcyjne;) Tak, to my czekamy, a nie dzieci czekają, bo tych z uregulowaną sytuacją prawną, gotowych do adopcji jest o wiele mniej niż chętnych rodziców adopcyjnych.
    Bez wątpienia terapia była potrzebna do każdego rodzicielstwa, czy będę mamą adopcyjną czy biologiczną nie żałuję tej decyzji.
    Pozdrawiam ciepło.
    Lidia

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s