Pokonaliśmy niepłodność, choć nie zostaliśmy jeszcze rodzicami.

z cyklu: POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI- 07-10.2016

Kochani, mój ostatni „odcinek POWROTU DO PRZESZŁOŚCI”,  czyli cyklu postów, w których opisuję Wam naszą wyboistą drogę przez niepłodność, skończył się na decyzji adopcyjnej i pierwszej wizycie w ośrodku. Ale pewnie domyślacie się, że to nie koniec naszej historii.

Mamy czerwiec 2016, decyzja o adopcji zapadła, jednak wszystko znów było związane z czekaniem. To chyba moje najbardziej znienawidzone słowo. Mój charakter perfekcjonistki i to ciągle aktywnej (nie umiem usiedzieć w miejscu) nie przyjmował do wiadomości stanu: oczekiwanie. A tu znów trzeba było czekać. Na początku mieliśmy zamiar zrobić rozeznanie w innych ośrodkach adopcyjnych, czy tam nie czeka się krócej (chociażby w Częstochowie, która ma całkiem dobre opinie), ale ostatecznie zrezygnowaliśmy i pozostaliśmy w naszym ośrodku. Telefon miał zadzwonić pod koniec roku 2016 z wiadomością, by donieść skompletowane dokumenty i mieliśmy ruszać z procedurą.

  •  Ja ciągle chodziłam na sesje do pani psycholog, które systematycznie rozjaśniały mi moje zagmatwane życie i problemy jakie nawarstwiła niepłodność.  Ciągle jednak czekałam na punkt zwrotny – czyli moment, który sama sobie wyznaczyłam, mianowicie chciałam przeżyć pierwszy raz miesiączkę bez frustracji, płaczu i nerwów. Chciałam by nie zrobiła ona na mnie żadnego wrażenia. Jeszcze na to czekałam.
  • Utrzymywaliśmy z M. ciągle dietę (bezglutenową, bezmleczną, bezcukrową) – wg zaleceń pani Stasi , zażywałam jedynie polecone przez nią suplementy i ostatni lek, jaki mi został z leczenia napro z Lublina, czyli Naltrexon (4,5mg).
  • Cały czas towarzyszyły mi jednak ogromne wahania nastrojów, sama nie wiedziałam czym dokładnie są one spowodowane.  Na ciążę znajomych reagowałam dalej płaczem , widziałam, jak M. zaczyna mocno już doskwierać brak dziecka, ciąża mojej siostry, z którą widywałam się dość często, bo blisko mieszkamy nie działa na mnie kojąco, a dodatkowo termin zbliżającego się porodu paraliżował moje myśli. Z każdym kolejnym miesiącem ciąży Sisi, ja czułam się jeszcze mniej wartościową kobietą.

A żeby tego było mało, nasze prace pozostawiały sporo do życzenia.

  • Ja w swojej pracy, byłam ciągle ‘motywowana’, albo lepiej to nazwać lekko przypierana do muru, bym znów otwierała własną działalność i kuszona promocjami na start, które nie do końca promocją były. M. miał ciągle stres w pracy, a że on o swojej pracy nigdy nic nie mówi, ( bo NIE), to trudno mi było określić jak bardzo ta praca go dręczy i co będzie dalej.

Mówiąc krótko okres zeszłorocznych wakacji nie był dla nas wesoły. M. krótko pracował, więc nie miał urlopu. Ja moje jedyne 5 dni wolnego spędziłam w domu i wykorzystałam na robienie przetworów i skoków na zimę. Ale cały czas z tyłu głowy kotłowały się głupie myśli, sama wynajdywałam sobie nowe problemy, wyobrażałam co inni o mnie myślą i zakręcałam się jak chomik w kołowrotku na punkcie mojej niepłodności :

  • jeszcze takie długie czekanie w ośrodku, zaraz całą moją rodzinę zaleje fala euforii, bo we wrześniu urodzi się mała Ola,
  •  będę pewnie chrzestną, o czym nawet nie chcę myśleć, nie wiem czy dam radę (ale Mała nie jest niczemu winna, muszę zachować się odpowiedzialnie),
  •  powinnam znaleźć nową pracę, a nie tkwić ciągle w tym samym miejscu (ale jak ktoś pracuje 7 lat w jednej firmie i jest to pierwsze i ostatnie miejsce pracy do tej pory, to tak ciężko się zabrać do zmiany, no i co, gdybym jakimś cudem była w ciąży??)
  • Wydaje mi się, że wszyscy dookoła wytykają mnie palcami, bo nie jestem jeszcze matką, gdy idę gdzieś z ciężarną (młodszą) siostrą, to zaraz padają pytania „a ty kiedy”?

Jednym słowem, czułam, że dłużej mogę już nie wytrzymać. Jeśli za miesiąc, dwa, będzie jeszcze gorzej, to M. mnie rzuci i wszystko się rozpadnie. I wiecie co?

Wtedy nastąpił BOOOM! Zwrot akcji o 180 st!

Wtedy, gdy bardzo bałam się, że wszystko się zawali – właśnie zaczęło się układać!

To, co początkowo spędzało mi sen z powiek, spowodowało, że właśnie zaczynałam spać spokojnie!

Początek był co prawda niemiły, w szczególności dla M. bo nagle, we wrześniu stracił pracę. Nie wypłacili w jego firmie wynagrodzeń i praca tam, stała się wolontariatem z dużą dozą stresu i lekkim mobbingiem.  Było mi bardzo szkoda M. to już kolejny raz, gdy trafił do beznadziejnego miejsca, gdzie zamiast się rozwijać, wszystko szło pod górkę. Wiadome zatem było, że nie będziemy teraz  rozważać otwierania mojej firmy, bo ryzyko finansowe to ostatnia rzecz, potrzebna nam w takiej chwili.

Gdy, we wrześniu urodziła się Ola, mnie również…..  ogarnęła euforia! Owszem, było mi smutno, że to nie nasze dziecko, ale z chęcią brałam ją na ręce, pomagałam Sisi przy kąpielach, usypianiach, to my z M. odbieraliśmy dziewczyny ze szpitala. Chyba dlatego, że miałam w tym czynny udział, a moja siostra wciągała mnie czasem do opieki nad Małą, nie zastanawiałam się, nad tym, że ona nie jest moim dzieckiem, bo trochę jest przecież moja – jest moją siostrzenicą i  chrześnicą! Wcześniej nigdy tego nie doświadczyłam, gdy rodziły się dzieci u bliskich, znajomych – mogłam patrzeć na ich szczęście z boku, oglądać zdjęcia, wysłuchiwać ciągle nowych opowieści i …. zazdrościć i skręcać się z bólu w sercu, bo byłam tylko obserwatorem. Teraz mogłam brać udział w życiu tej małej istotki i choć w odrobinie czerpać trochę radości, że pojawiła się w naszej rodzinie. To jest ogromna różnica.

Tak, zostałam matką chrzestną i nawet cieszyłam się z tego. A dziś cieszę się tym bardziej.

Pod koniec września, moja koleżanka z pracy, wspominana w pierwszych postach Ewa, powiedziała mi o „genialnej” pani doktor, o której opowiedziały jej koleżanki długo starające się o ciążę. Pani Dr przyjmowała, o ironio w Lublinie i podobno była zwolenniczką bardzo szerokiej diagnostyki w niepłodności, dzięki czemu miała bardzo dużą skuteczność zajść w ciążę. Postanowiliśmy z M. że damy sobie  ostatnią szansę, by ktoś spojrzał na nasz przypadek.

Pojechaliśmy do Lublina w październiku, Pani Doktor obejrzała wszystkie nasze wyniki i stwierdziła, że …. „Ona nie wie”. Żadnych badań nie mogła nam już zlecić, bo stwierdziła, że jesteśmy tak dobrze przebadani, że musiałaby wymyślać na siłę.  Jedyne co zasugerowała,  patrząc w wyniki badań z września 2015, robionych na początku leczenia napro, że moje TSH i PRL nie są dobre, a skoro skończyłam już leki to wyniki mogły znów się pogorszyć.

W wynikach z:

  • 08.2015r – TSH  3,1 (zażywałam na to kilka miesięcy Letrox 50),
  • w 12.2015 – TSH – 2,6,
  • PRL  – 21,3, potem spadła do 10,7 (przy zażywaniu ¼ tbl Brobergonu)

Dr kazała zrobić mi badanie TSH , przepisała Euthyrox 75,  a telefonicznie ustaliłyśmy później dawkę (pół tbl.), oraz Norprolac na podwyższoną prolaktynę. Badanie:

  • we 09.2016 wykazało TSH –  2,0,
  • w 10.2016 – 2,4 (czemu poszło w górę, mimo leków?- wtedy jeszcze nie wiedziałam),
  • a w 12.2016 – 1,8!! – najniższy mój wynik do tej pory

Po tej wizycie stwierdziliśmy z M. że zaprzestajemy odwiedzania kolejnych „cud- ginekologów” i szukania jakiegoś lekarza, który a nóż „coś odkryje”. Uznaliśmy, że owszem leki na TSH i PRL będę brać, ale to będzie na tyle.

M. wybrał się jeszcze sam na spotkanie do pani Stasi, do Tarnowa. Właśnie wtedy, w październiku usłyszał od niej, że ma „nieco powiększone węzły chłonne, pachwinowe”, ale że to chwilowe. Opowiedział o wizycie w OA, że zdecydowaliśmy mieć dzieci inną drogą, na co usłyszał: (zaznaczam, że mnie na tej rozmowie nie było) „będziecie mieć swoje dzieci jeszcze, zobaczycie, nie spieszcie się z ta adopcją, pana żona miała bardzo niedotlenowany organizm i bardzo zaciśniętą macicę, nawet gdyby wcześniej zaszła w ciążę, pewnie by poroniła. Więc dobrze, że nie zaszła, bo ona ma słabą psychikę, mogłaby się zupełnie załamać”. – M. powiedział mi to dużo później, a TK (tomografia) miednicy i jamy brzusznej, którą M. musiał zrobić w listopadzie, kontrolnie, z racji, że w 2012r przeszedł nowotwór jądra, wykazała….. „nieznacznie (2mm) powiększone węzły chłonne pachwinowe”. Zamurowało nas. Ale też utwierdziło w przekonaniu, że ta prosta kobieta ma tak ogromny dar od Boga, którego my rozumem nie obejmiemy.

Po około 2 tygodniach, ja zauważyłam, że czuję się zupełnie inaczej.

  • Nie jestem zmęczona,  wstaję rano z energią, nie jestem nerwowa, mam o wiele więcej cierpliwości. Leki na tarczycę działały!
  • Wizyty u małej Oli sprawiały mi radość, a nie strach i zazdrość jak podejrzewałam.
  • Pierwszy raz w życiu udało mi się skończyć odmawiać nowennę pompejańską w intencji naszego dziecka. Wcześniej wiele razy ją odmawiałam w innych intencjach, ale w naszej, rodzicielskiej, zawsze nie dokańczałam. Nie wiem dlaczego, zawsze „wymiękałam”.
  • Spotkania z panią psycholog przyniosły bardzo dużą poprawę, właściwie zaczęły kończyć się problemy do omawiania i zajmowałyśmy się już tylko tym, co spowodowało poprawę, jak ją utrzymać i radzić sobie w przyszłości w ewentualnych kryzysach.

M. wtedy dopiero przekazał mi, co powiedziała o mnie p.Stasia i przyznałam jej rację. Pan Bóg wie co robi. Może lepiej, że nigdy nie byłam w ciąży, jeśli mój organizm jest tak słaby, że mógłby ją zaraz stracić.

W październiku, 3 dni przed moimi 31. urodzinami zadzwonił telefon z OA. Mieliśmy złożyć dokumenty, procedura rozpocznie się już jesienią, a kurs w styczniu! To był najlepszy prezent na urodziny!

Te urodziny, były zupełnie inne niż 30-ste.  Niby byłam o kolejny rok starsza, to moja siostra urodziła córkę, nie ja, kolejny lekarz rozłożył ręce z bezradności nad nami, ale ja CZUŁAM SIĘ JUŻ LEPIEJ. Zaczęłam dostrzegać pozytywne momenty w moim życiu, przestałam czekać na spełnienie tego jedynego marzenia. Zauważyłam, że poza „misją zostańmy rodzicami”, życie ma dla nas wiele innych cudownych chwil, które po prostu przegapialiśmy koncentrując się tylko na jednym.

Co zadziałało? Pewnie wszystko razem: leki, terapia u psychologa, słowa pani Stasi, narodziny małej Oli, których tak się bałam, a okazało się, że największy strach wtedy właśnie zniknął, decyzja o końcu leczenia i szukania możliwych przyczyn, zaufanie Bogu, że On ma dla nas wyjątkowy plan. Plan na pewno lepszy od tego, który sami sobie ułożyliśmy.

Czułam, że zaczynami iść do przodu, a nie trwać. Październik 2016 był dla nas najłaskawszym miesiącem w tym ciężkim roku, ale też początkiem zmian na lepsze w naszym małżeństwie.

Zaufaliśmy, że jeśli dzieci biologiczne są nam pisane, to na pewno będziemy je mieć. Staramy się odżywiać zdrowo, wspomagać płodność, choć moglibyśmy wprowadzić jeszcze troszkę więcej aktywności ruchowej i byłoby już super.

W listopadzie 2016 rozpoczęliśmy procedurę adopcyjną i tym samym otworzyliśmy sobie „okno” do zostania rodzicami. Ta pewność, jaka pojawiła się wraz z drogą adopcyjną, że dzieci będziemy mieć na pewno – bo jak nie biologiczne, to adopcyjne, albo jedne i drugie wprowadziła ogromny spokój w nasz związek.

Dziś patrzymy w przyszłość już nie ze strachem, ale z ciekawością, jaką niespodziankę przygotuje dla nas życie. Które rozwiązanie jest dla nas? Czas pokarze.

 

2 myśli na temat “Pokonaliśmy niepłodność, choć nie zostaliśmy jeszcze rodzicami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s