Procedura adopcyjna – cz. 1

Informacji o procedurach adopcyjnych jest całe mnóstwo. Można powiedzieć – ile ośrodków i kandydatów na rodziców adopcyjnych, tyle różnych opisów. Choć formalnie wszędzie wymogi podstawowe, te uregulowane prawnie są takie same, to wiemy, że każdy ośrodek może mieć      (i często ma) jeszcze swoją wyjątkową „listę życzeń”.

Ja byłam już mniej więcej od 2012r oswojona z tematem adopcji, wymogami, ośrodkami, które brałam pod uwagę, tak gdyby M. rzucił nagle hasło – start. Przeszperałam Bociana i wiele blogów i  muszę Wam się przyznać, że ciągle miałam niedosyt. Tzn. miałam wrażenie, że wiele rzeczy jest niedopowiedzianych, o niektórych autorki blogów nie chciały pisać i zastanawiałam się mocno co jest tego przyczyną? Czy obowiązuje jakaś tajemnica procesu adopcyjnego (nie mówię oczywiście o danych, karcie i historii dziecka), czy też może faktycznie, procedura i kurs na rodziców adopcyjnych są wciąż prowadzone w tonie „udowodnimy wam, że na rodziców się nie nadajecie” i po prostu o tych mało przyjemnych szczegółach nikt nie chce pisać?

Gdy wróciliśmy do Małopolski i myślałam o adopcji, to właściwie tylko 1 OA brałam pod uwagę. Dlaczego? – nie wiem. Przeczytałam o nim kilka dobrych opinii, to fakt, ale nie była to zawrotna ilość wypowiedzi, tak by to przesądziło sprawę. Ja podświadomie czułam, że to ma być to miejsce. Jakoś nawet nie przyszło mi do głowy, by umówić się na wizytę wstępną do innych ośrodków i rozeznać terminy oczekiwania.

Od czego zacząć? – Wstępne spotkanie informacyjne w OA

Gdy zgłosiliśmy się do naszego Ośrodka w czerwcu 2016r, przywitał nas miły pan psycholog, w wieku ok 60 lat, który później okazał się być też naszym opiekunem. Na tym pierwszym spotkaniu, byliśmy pytani o naszą sytuację, czyli:

  • jak długo jesteśmy małżeństwem
  • czemu nie możemy mieć biologicznych dzieci
  • o motywację do adopcji
  • warunki mieszkaniowe i bytowo – zawodowe
  • zdrowie pozwalające na opiekę nad dzieckiem

Pan psycholog dokładnie opowiedział nam jak wygląda kwalifikacja kandydatów do kursu na rodziców adopcyjnych, przedstawił terminy oczekiwania na: składanie dokumentów, potem na kurs, i na samą adopcję dziecka. Wszystko przebiegało w miłej atmosferze, ale miało raczej charakter poglądowy niż zachęcający. Nawet pan, delikatnie zasugerował sprawdzenie terminów oczekiwania w sąsiednich ośrodkach, ale nie ulegliśmy sugestii 😉

To było pierwsze spotkanie, po którym mieliśmy się zastanowić i ewentualnie wrócić do ośrodka z decyzją  oraz w celu uzupełnienia dokumentów zgłoszeniowych.

My uczyniliśmy to od razu, bo decyzja zapadła już wcześniej, wypełniliśmy tabelki z danymi osobowymi, miejscem zatrudnienia, zamieszkania, warunkami mieszkaniowymi oraz pozostawiliśmy wstępną informację na jakie dziecko czekamy.

OA miał się do nas zgłosić końcem roku 2016, by donieść potrzebne dokumenty i ustalić spotkania indywidualne oraz wizytę domową. Po pozytywnej ocenie naszego małżeństwa, mieliśmy przystąpić do kursu na rodziców adopcyjnych, na wiosnę 2017.

Wymagane dokumenty do przysposobienia dziecka

Jak już zdradziłam Wam w poprzednim poście, telefon z ośrodka z informacją o rozpoczęciu procedury dostaliśmy wcześniej – 7.10.2016 – mieliśmy KOMPLETOWAĆ DOKUMENTY!

Dokumenty wymagane przez nasz OA do przysposobienia dziecka:

  1. Wniosek do Dyrektora Ośrodka
  2. Kwestionariusz (uzupełniliśmy już na I-szym spotkaniu)
  3. Kopia dowodu osobistego
  4. Życiorys ( dostaliśmy wytyczne, co powinno być w nim zawarte)
  5. Aktualne zdjęcie
  6. Zaświadczenia lekarskie wystawione przez lekarza rodzinnego, poświadczające brak przeciwwskazań do przysposobienia dziecka
  7. Odpis zupełny aktu małżeństwa
  8. Zaświadczenie o miesięcznych dochodach
  9. Zaświadczenie o niekaralności z KRK
  10. Oświadczenie o niekorzystaniu z leczenia psychiatrycznego oraz o nieuczestniczeniu jednocześnie w procedurze adopcyjnej w innym ośrodku.

Zgromadzenie dokumentów, jak widzicie po liście, nie było trudne. Nasz Ośrodek należy do tych, który nie mnoży problemów i nie gromadzi niepotrzebnej papierologii. Ucieszyliśmy się bardzo, bo wiedzieliśmy, że niektóre placówki, życzeń mają o wiele więcej, a czasami są to życzenia dziwne – jak np. zaświadczenie od lekarza ginekologa, że na pewno nie możemy mieć dzieci biologicznych – nam nikt by czegoś takiego nie wystawił.

W zasadzie najwięcej czasu zajęło napisanie… życiorysu 😉 Mój, miał ok. 6 stron i gdyby nie to, że obcinałam go 3x to miałby ich z 12. Natomiast mój M. zapytał, czy może życiorys napisać w … punktach (cały M;)), oczywistym było, że nie, więc jakimś cudem zmontował aż 2,5 strony!

Zaświadczenie od lekarza rodzinnego otrzymaliśmy w 15 min, na wspólnej wizycie i nawet epizod onkologiczny eM-a nie przeszkodził. Doktor stwierdziła, że minęło już 4,5 roku bez jakichkolwiek zmian, potrzeb radio, czy chemioterapii, a ten rodzaj nowotworu jeśli występuje, to najczęściej tak jak u M.- w wieku przed 30stką i potem nie daje o sobie znać. Zatem M. jest zdrowy!

Jedynym problemem, była zmiana pracy M. po incydencie z niewypłacalnością jego starej firmy, ale obiecaliśmy, że zaświadczenie o nowym zatrudnieniu doniesiemy na kolejne spotkania i Ośrodek nie robił problemu. Choć my, mieliśmy lekkiego stresika, bo jak na złość pod koniec roku pracy nie zmienia się tak łatwo.

I spotkanie w OA – badanie psychologiczno-pedagogiczne

Dokumenty mieliśmy donieść na kolejne spotkanie, które odbyło się w listopadzie 2016, a na nim badanie psychologiczno- pedagogiczne, z panią psycholog – drugą naszą opiekunką. Wszystko odbyło się w atmosferze miłej rozmowy, wspominaliśmy o naszej historii leczenia, motywacji do adopcji, oraz rysowaliśmy genogramy i omawialiśmy nasze relacje rodzinne.

II spotkanie w OA – testy psychologiczne

Jak o tym myślę, to mi słabo ;( Właściwie, jeśli miałabym podać najmniej miły moment z całej procedury, to dla mnie to były te testy. Mój M. ma zupełnie inne zdanie, na nim testy nie zrobiły, żadnego wrażenia, więc nie sugerujcie się proszę moją opinią. Ale już wyjaśniam:

  • pierwszy arkusz testowy, to było ok 40 pytań otwartych, w postaci niedokończonych zdań, typu: ” Nie lubię u siebie ………..” lub: „Mój tata ………..”, „Moją największą życiową porażką było……….”

To poszło mi nawet sprawnie, pewnie dlatego, że od tego arkusza zaczęłam.

  • drugi arkusz składał się z 300 pytań testowych, przygotowanych na grupie badawczej rodziców już adopcyjnych (nasz ośrodek podobno pierwszy raz, eksperymentalnie sięgnął po takie arkusze) z odpowiedziami od A-D, odpowiedzi wszędzie były takie same: A- zdecydowanie się zgadzam, B- raczej się zgadzam, C- raczej się nie zgadzam, D- zupełnie się nie zgadzam.

I tutaj poległam. Może dlatego, że to już była druga godzina rozwiązywania testów, po całym zwariowanym dniu w pracy, koncentracja zawaliła, ale też konstrukcja pytań nie ułatwiała zadania. Ja jestem prostym człowieczkiem, tzn. jeśli mam zadać pytanie, robię to w możliwie najprostszy sposób. Tymczasem pytania w testach, skonstruowane były metodą podwójnego zaprzeczenia, a i odpowiedź do tego czasem musiała być przecząca. Zaplątałam się już po pierwszej setce pytań, co było potem widać na omawianiu testów- im dalej, tym głupsze były moje odpowiedzi. Dam Wam przykład dla jasności:

  • Gdy ja chcę kogoś zapytać, robię tak: „Czy lubisz lody?” – odpowiedź -nie, nie lubię
  • W testach, brzmiałoby to tak: ” Czy nie jest pewnym, że nie lubisz lodów?” -odpowiedź (gdy nie lubię)- zdecydowanie się nie zgadzam.

Tak, wiem, że dla niektórych jest to logiczne i nie sprawi problemów, ale mnie 300 takich pytań wypompowało na maksa.

Dodatkowo, testy zawierały najwięcej pytań dotyczących metod wychowywania dzieci, powinniśmy byli się wczuć już w rodziców, ale pytania nie sugerowały z jakim dzieckiem mamy do czynienia. Oczywistym jest dla mnie, że każde dziecko wychowuje się trochę inaczej, a już tym bardziej, inaczej traktuje się 3-latka i 15-latka, inaczej dziecko zupełnie zdrowe, inaczej to z zaburzeniami i często ja, czytając pytanie miałam wyobrażenie malucha, którym muszę się opiekować, a klucz odpowiedzi (tak do tych pytań był klucz, nie indywidualna ocena kandydata) miał na myśli dziecko nastoletnie i wychodziłam na nadopiekuńczą matkę lub odwrotnie.

Całe szczęście, że po przeprowadzonych testach mieliśmy jeszcze 2 indywidualne spotkania w ośrodku.

III i IV spotkanie w OA – omówienie testów i naszej sytuacji

Zaczęło się średnio .. dla mnie. Okazało się, że w niektórych pytaniach pozaznaczałam takie głupoty, że wg klucza mój profil rodzica wyszedłby co najmniej dziwnie. Nasza pani opiekun przepytała mnie na tę okoliczność, czy aby jestem pewna tych odpowiedzi, a ja swoimi słowami wyrecytowałam jej na każde pytanie moją odpowiedź…. zupełnie inną niż zakreśliłam w arkuszu. Wniosek jest jeden ZUPEŁNIE SIĘ NIE ZGADZAM na tak zagmatwaną formę pytań testowych, w tak ważnej procedurze jak adopcyjna. Wtedy pani właśnie przyznała, że pierwszy raz pracują na tych testach i chcieli zobaczyć jak się sprawdzą (no to mi się nie sprawdziły, chciałam dodać;)

Na drugim spotkaniu ostatecznie omówiliśmy jeszcze nasze motywacje do adopcji i pani stwierdziła, że te 2 spotkania zupełnie ją uspokoiły i że najprawdopodobniej możemy wziąć udział w kursie.

V spotkanie – wizyta pracownika OA w domu

Miało ono miejsce pierwszego dnia po Świętach Bożego Narodzenia. Pomyślałam – super! Będziemy mieć wysprzątane, mieszkanie świątecznie ozdobione, ciasto upieczone, idealny termin. Odwiedził nas akurat, nasz pan psycholog, nie chciał ani poczęstunku, ani nawet kawy. Rzucił okiem na mieszkanie – czy faktycznie 3 pokoje, zapytał o pracę – M. już miał podpisaną umowę w nowym miejscu i zaczynał od 2.01.2017, zapytał o nasze hobby i co lubimy robić w wolnym czasie, czy mamy samochód i po 30 min było już po wizytacji, bardzo miłej i serdecznej! I po co ten stress??? – powiedziałby M. 😉

Nadmienię Wam jeszcze, bo sama wcześniej przebierałam nogami i grzebałam na forach czego się spodziewać po takiej wizycie – nie róbcie niczego na pokaz. Oczywiście, dobrze gdy mamy porządek w mieszkaniu i możemy w razie czego zaproponować kawę i choćby ciacho. Ale sprzątanie, urządzanie i meblowanie pokoju dla dziecka, specjalnie z okazji wizyty pracownika OA, jest mocno na wyrost, a czasami nawet oceniane, jako „znoszenie jajka na punkcie dziecka”. Nasz trzeci pokój, zwany przez M. pieszczotliwie „szwalnią” jeszcze nie przypomina pokoju dziecięcego, ale nasz opiekun nawet o to nie zapytał! Zauważył natomiast, że stoi w nim maszyna do szycia i bardziej go to zaciekawiło – że lubię szyć. Na koniec całej naszej drogi (już po kursie), gdy czytaliśmy podsumowanie naszego małżeństwa w oczach pracowników ośrodka, znalazła się wzmianka o mojej maszynie i pasji do szycia, a nie o tym, że jeszcze nie mamy urządzonego pokoju dla dziecka 😉 Pamiętajcie, że patrzą na nas jak na zwykłych, dorosłych ludzi, którzy muszą mieć coś do zaoferowania przyszłemu dziecku adopcyjnemu. I nie chodzi tu o powierzchnię mieszkania, albo piękne mebelki, raczej chodzi o to jakimi my jesteśmy ludźmi, co lubimy robić, czym będziemy „zarażać” nasze dzieci i w jakim duchu je wychowamy. Pan psycholog patrząc na nasz pokoik, czekający na dziecko, powiedział – macie państwo warunki do starania się spokojnie nie tylko o jedno dziecko. Kolor ścian, różowy tapczan (odziedziczony po poprzednich właścicielach mieszkania), ogromne biurko z moją maszyną do szycia, w ogóle nie miały znaczenia.

W styczniu miała odbyć się ostateczna narada pracowników ośrodka i zapaść decyzja o kwalifikacji par na kurs do przysposobienia dziecka. Znaleźliśmy się wśród grupy szczęśliwców! Mogliśmy wybrać termin szkoleń ( wiele ośrodków narzuca terminy z góry) – u nas był wariant ” wieczornych piątków” lub „sobotnich poranków”, wybraliśmy soboty, ze względu na godziny nowej pracy M.

W ostatni styczniowy weekend 2017r rozpoczęło się nasze szkolenie na rodziców, ale o tym już następnym razem.

Gdybym na tym etapie procedury miała określić jak spisał się nasz ośrodek, to odpowiedź byłaby jedna – NA MEDAL! Żadne z opisywanych na forach „prób zniechęcania kandydatów do adopcji” lub „udowadniania, że się nie nadajemy” – NIE MIAŁO ABSOLUTNIE MIEJSCA!

Idąc na pierwsze spotkanie do Ośrodka, weszliśmy złym wejściem. Na sali zgromadzonych już było kilka par oraz prowadzący, który zaraz do nas podszedł. Gdy okazało się, że to jest już spotkanie kursowe, a my dopiero idziemy na  kwalifikację, pan powitał nas zdaniem: „No to witamy  da drodze, do nowego, lepszego jutra, pewnie spotkamy się za niedługo”

Niby nic, ale zapadło w pamięć. Mógł tylko wskazać właściwą salę, ale zdecydował się jeszcze dać „nowym” nadzieję, nadzieję na lepsze jutro…

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s