5 rzeczy, których na pewno nie robilibyśmy podczas bieszczadzkiego urlopu, gdyby nie nasza niepłodność.

Niepłodność czasem jest luksusem…,

choć my, niepłodni nigdy na nią tak nie patrzymy, dla nas zazwyczaj jest złośliwą jędzą.

Spróbujmy jednak popatrzeć przez chwilę z innej perspektywy – ona (dalej ta jędza oczywiście) daje nam … CZAS. Na co i jak go wykorzystamy? A może przepłaczemy?

Jeśli będziemy będziemy mieć z M. już naszą gromadkę dzieci, to na pewno postaramy się zaszczepić w nich zamiłowanie do gór, wędrówek i zwiedzania naszej pięknej Polski. Takie rodzinne wakacje muszą być wspaniałe i mega kształcące, ale póki jesteśmy we dwoje, nasze urlopy spędzamy często w typowo wędrowny sposób i raczej kiepsko sobie taki urlop wyobrazić z małym brzdącem.

Byliśmy kilka razy na urlopie za granicą i to też było fajne, piękna pogoda, ciepłe morze itd, ale najlepiej jednak wypoczywamy w naszych, cudownych górach.

Dopiero ostatnio dotarło do mnie, że te nasze „zwykłe, średnio-zamożne, polskie urlopy” – (tak kiedyś myślałam), to tak naprawdę jest LUKSUS, na który nie mogą pozwolić sobie młodzi rodzice. Dopiero teraz, zaczęłam się ogromnie cieszyć i doceniać nasz kolejny wymarsz w góry, gdy dotarło do mnie, że to może nasz ostatni, albo jeden z ostatnich we dwoje? Kto wie?

Czy to czasami właśnie nie „dzięki” niepłodności mogliśmy sobie pozwolić (już 3 raz) na totalny reset w Bieszczadach? Bezdyskusyjnie TAK! Więc pierwszy raz publicznie za to dziękuję, bo nasza niepłodność ma też plusy 😉

Powiecie, że z dziećmi też można, jak się tylko chce. No pewnie! Ale wtedy, gdy tych dzieci jeszcze nie ma, skupmy się na tym, jak wycisnąć z tego urlopu to, co najlepsze dla naszego małżeństwa, to na co młodzi rodzice nie mają już za wiele czasu, bo wiadomo… poświęcają go dzieciom.


1. Nocna randka pod rozgwieżdżonym niebem.

Zacznijmy od tego, że M. wybrał jako docelowe miejsce naszego pobytu (czytaj spania) – koniec świata. Tak, pewnie już się domyślacie, to miejsce to Wołosate. Dalej jest już .. Ukraina. Pierwszego dnia, zaraz po przyjeździe, a właściwie już w drodze, M. załatwił największą atrakcję – pokaz astronomiczny z prelekcją, nauką rozpoznawania gwiazd i oczywiście podziwianie gwiazdozbioru bieszczadzkiego nieba za pomocą profesjonalnych teleskopów. Gdzie?

Jest takie magiczne miejsce – „Dolistowie” w miejscowości Dwernik, a tam jedyny astronom w całych Bieszczadach, Pan Paweł organizuje takie nocne pokazy. Było cudownie. Noc już trochę zimna, siedzieliśmy całą grupą (ok 30 osób uczestniczyło w pokazie), wykład rozjaśnił mi chociażby, jak ogromne mamy na ziemi „zanieczyszczenie światłem” i miejsc takich jak Bieszczady, z pięknym rozgwieżdżonym niebem już prawie nie ma. Siedzieliśmy do późna i patrzyli w gwiazdy, zrobiliśmy sobie zdjęcie na tle Drogi Mlecznej i słuchaliśmy pięknych historii popijając ciepłą herbatkę. Jakie to cudowne uczucie! Ja dowiedziałam się, że wcześniej nawet gwiazdy polarnej odnaleźć na niebie nie umiałam. Tzn. wydawało mi się, że umiem, no ale tylko mi się wydawało. O „Dolistowiu” dowiedział się kiedyś mój Tato, z jakiegoś programu telewizyjnego i chcieliśmy koniecznie tam zajrzeć. Warto! W drodze powrotnej (późna noc), na czarnych bieszczadzkich drogach, spotkaliśmy sporo zwierzaków, zaliczyliśmy obowiązkową kontrolę straży granicznej w Ustrzykach Górnych – kto był ten wie, przynajmniej 1x przywitać się ze Strażnikami trzeba, no chyba, że Cię nie zapamiętają, to jutro znów… kontrola 😉 I wróciliśmy na nasz nocleg do „Stajni” w Wołosatem.

Czy taka „gwiezdna randka” z mężem byłaby możliwa, gdybym miała małe dzieciątko? Po pierwsze nawet gdyby – to nie byłaby to już randka tylko wypad rodzinny;), a poza tym – pewnie od godziny 19 już byśmy się: kąpali, karmili, śpiewali, usypiali, a nie włóczyli do północy po lesie w Bieszczadach.

2. Plan planem, ale spontan musi być 😉

I tu przechodzimy do kolejnego punktu – jak ruszamy na szlak, to nie ma, że boli. Wycieczki są wielogodzinne, aura nie zawsze sprzyja (choć w tym roku nie mogliśmy  narzekać), z gór schodzimy dopiero późnym popołudniem, padnięci jak pies pluto. Nie, to nie są trasy na wędrówkę z dzieckiem, choćby dlatego, że na Połoninach wieje okropnie, a właściwie duje na 102. Mgła czasami opada, a czasami nie widać własnej wyciągniętej dłoni.

DSC_0335
Trasa na Tarnicę przez Halicz

 

DSC_0355
szlaku nie widać, idziemy na czuja

 

DSC_0363
widok na Rozsypaniec, a my idziemy dalej, cel – Tarnica

Widoki przepiękne, zmęczenie po całej trasie można nazwać nawet „przyjemnym”, jak mamy ochotę to rozkładamy się gdzieś na kocu i „myślimy o niebieskich migdałach” i tak trwamy sobie godzinę, albo dwie – w końcu dzieci nam nie płaczą. A jak nie, to robimy jeszcze kawałek nowego szlaku, „no bo tym jeszcze nie szliśmy” 😉

Czy wyobrażam sobie takie wędrówki z 2-3 letnim brzdącem? Tak, ale na 2-3 godziny. Nigdy nie wzięłabym takiego Malucha na 10-godzinną wyprawę na Połoniny. Raczej musielibyśmy poczekać, aż nam Zuch podrośnie i w wieku 5-6 lat być może, że towarzyszyłby nam już dzielnie i miał również z tego frajdę.

3. Bezpieczna jazda STOPEM? – Tylko w Bieszczadach!

Wyprawy codziennie planowaliśmy tak, że podjeżdżaliśmy gdzieś pod wyjście na szlak, zostawialiśmy auto na parkingu (i trochę pieniędzy dla BdPN – 12zł auto i 12zł bilet na wejście na szlak dla 2os), a gdy trasa kończyła się w innym miejscu wracaliśmy stopem, do początkowego miejsca. O tej porze roku, w Bieszczadach jest sporo turystów, więc można liczyć na podwózkę. Jedziesz gdzieś autem – sprzątnij tylną kanapę, na pewno trafi się jakiś autostopowicz! Tam wszyscy wszystkich podwożą 😉 I to mi się podoba! Codziennie kogoś poznajesz „na dole”, podwozisz, a potem często mówicie sobie cześć gdzieś na szlaku.

Bez wątpienia, nasza obecna, bezdzietna sytuacja dała nam pełną wolność w hasaniu po szlakach. Nie martwiliśmy się, że auto czeka w innym miejscu i że nie mamy fotelika samochodowego dla dziecka, by móc z kimś podjechać kawałek (na pewno nie dźwigałabym go w plecaku na szlakach ;))

4. Schroniskowe wieczory – cały urok górskiego urlopu – piwo, grzaniec i SDM

A co wieczorami robi się w Bieszczadach? Zależy gdzie się nocuje oczywiście, ale my tym razem najczęściej na kolację jeździliśmy do Kremenarosa w Ustrzykach Górnych. Tego schroniska pewnie nie muszę nikomu przedstawiać 😉 Po pysznych plackach po bieszczadzku, albo żurku czy kwaśnicy, tak kusząco spoglądała na nas z lady baru schroniskowa szarlotka, że wszystkie nasze diety (bez – glutenu, mleka, cukru) szły w głęboki las i trochę się zaniedbaliśmy, ale co tam – urlop jest 1-2 x w roku.

Te wieczory spędzane z grzanym winem, albo Bieszczadowym (piwo), przy cicho pobrzmiewającej muzyce Starego Dobrego Małżeństwa, przy historiach opowiadanych przez kolejnych włóczykijów schodzących za późno ze szlaku, przy mapie, opracowując trasę na jutrzejszy dzień – to są właśnie Bezcenne Bieszczadzkie Chwile!!! Wtedy się czuje, że nic się nie musi, że życie jest piękne, że ludzie są mili, że tu świat się zatrzymał i że chyba właśnie TO jest prawdziwe życie. Zawsze gdy tu jestem, mam ochotę jak w tym kawale – po powrocie do domu, rzucić wszystko i przeprowadzić się w Bieszczady. Kto wie, może kiedyś tak zrobię?

Pewnym jest, że te leniwe, włóczykijskie, wieczory spędzaliśmy często w schronisku, bo … no właśnie! Bo jesteśmy jeszcze tylko we dwójkę.

5. Chwila, w której pomyślałam: „jak dobrze, że nie jesteśmy tu z dzieckiem”.

Jedna z naszych krótszych wędrówek, z Dwernika do Chaty Socjologa – fantastycznej z resztą, przyprawiła nas o szybsze bicie serca. Tego dnia miała być gorsza pogoda, wybraliśmy się więc pozwiedzać bieszczadzkie cerkwie,  odnaleźć Chatę Socjologa, a potem dojść do Schroniska Koliba.

I właśnie schodząc już szlakiem, z Chaty Socjologa, M. zatrzymał się na środku ścieżki i mówi : ” …niedźwiedź!”. Mój M. uwielbia żarty (czasem głupie, więc potem nie biorę go na poważnie), a ja mam słaby wzrok, zatem w pierwszej chwili pomyślałam, że chce mnie nabrać. Podeszłam do niego, a tam na ścieżce w oddali stoi, no … niedźwiadek.

DSC_0254
uwaga nie – dźwiedź ?!

Tak szybko nie wycofywaliśmy się nigdy;) Doszliśmy z powrotem do Chaty Socjologa, by chwilę odczekać, opowiedzieliśmy tamtejszym turystom kogo spotkaliśmy, wszyscy w euforii ruszyli w las- „bo oni też chcą misia zobaczyć”, ale znaleźli jedynie ślady niedźwiedzie w błocie. My po jakiś 20 min zaczęliśmy znowu schodzić w dół, już tym razem bez towarzystwa leśnych mieszkańców. No powiem Wam, że się przestraszyłam mocno.

Tego dnia dopiero wieczorem, gdy ochłonęliśmy i wróciliśmy do domu na nocleg, wyjęłam aparat, by obejrzeć niedźwiedzia i faktycznie z daleka niedźwiedź jak nic. Ale po zbliżeniu, jakiś taki podobny …. do psa ;)))

A jak wyglądał wiewiórkowy plan urlopowy w tym roku? Same BIESZCZADZKIE KLASYKI:

  • Połonina Caryńska – moja ukochana, w tym roku w pięknych promieniach słońca
  • Tarnica, czerwonym szlakiem przez Rozsypaniec, Halicz, do Wołosatego – bardzo widokowa trasa. Wyruszając rano temperatura wynosiła ok 20 stC, u góry wiatr i wielkie chmury sprowadziły ją do parteru – była bliska 0 st.
    DSC_0433
    Ostatni rzut oka na Tarnicę – w drodze do Wołosatego

  • Wielka Rawka Mała Rawka- Bacówka PTTK – uwielbiam tę trasę
  • Chata Socjologa na Otrycie – i historia z nie – dźwiedziem ;), tego samego dnia, w wielkiej ulewie doszliśmy do Schroniska Koliba – Warszawskiej Politechniki (gdy dowiedzieliśmy się kto zarządza kolibą, M. zaraz stwierdził, że nie wiadomo czy tam coś zjemy, ale piwo mają na 100% (w końcu Politechnika). Nie uwierzycie – nad bufetem w Kolibie wisi kartka A4 – napojów alkoholowych nie sprzedajemy -> zasługa rektora – no to się przeliczyliśmy;)
  • zwiedziliśmy cerkwie w Smolniku i Chmielu – uwielbiam takie drewniane urokliwe świątynie. Obecnie Cerkwie są zagospodarowane na kościoły rzymskokatolickie. Zajrzeliśmy do zagrody żubrów, a jednemu nawet cyknęliśmy prawie profilowe zdjęcie 😉


Urlop był absolutnie udany, pogoda spisała się na medal. Wypoczęliśmy, zresetowaliśmy się i naprawdę nie myśleliśmy o pracy, kłopotach, leczeniu i długim czekaniu na nasze adopcyjne Szczęście, które jeszcze przed nami. Mam nadzieję, że będzie nam dane jeszcze nie raz tam wrócić.

Powinnam uczciwie się przyznać, że jeszcze rok temu taki urlop opisałabym inaczej – melancholijnie, tylko licząc na to, by w czasie wolnego wypadły „odpowiednie” dni, by się „odpowiednio” zrelaksować i by były „owoce” tego urlopu. Tak wyglądały 2 poprzednie wyjazdy w Bieszczady.

Po co to piszę? Bo jeszcze rok temu nie wierzyłam, że kiedyś spojrzę na niepłodność inaczej, że to JA BĘDĘ JĄ MIEĆ, do tej pory to ONA MNIE MIAŁA.

 

 

 

Reklamy

2 myśli na temat “5 rzeczy, których na pewno nie robilibyśmy podczas bieszczadzkiego urlopu, gdyby nie nasza niepłodność.

  1. Odnośnie podróżowania z dzieckiem i bez dziecka – jest między nimi sporo różnic, ale i kilka punktów wspólnych. W każdym razie pomimo tego, że już od trzech lat odbywamy większość wycieczek z Bąblem – to jednak czasami lubimy też wyrwać się gdzieś sami i spędzić kilka dni dokładnie tak, jak w czasach bez dziecka 🙂 Także – doskonale rozumiem Twoje refleksje – bo z dzieckiem te podróże już nigdy nie będą takie same 🙂

    A co do niepłodności – też potrafię spojrzeć na nią z zupełnie innej perspektywy, niż kiedyś. W końcu gdyby nie ona – to nie byłoby z nami naszego adoptowanego synka – a ja pewnie nie odkryłabym w sobie wszystkich tych rzeczy, które odgrzebałam we własnym wnętrzu w trakcie kursu adopcyjnego i naszego wielkiego oczekiwania 🙂 Także, reasumując i rozumując nieco pokrętnie (a dla niektórych kompletnie nielogicznie) – jestem jej poniekąd wdzięczna.

    Polubienie

  2. Gdy dołączy do naszej Wiewiórkowej rodziny biologiczna czy adoptowana mała Wiewióreczka, to założę się, że też będziemy podróżować, ale pewnie trochę inaczej. Dobrze, że umiecie z mężem znaleźć chwilkę tylko dla siebie i nadal chcecie celebrować te momenty we dwoje, choć podejrzewam, ze wtedy jako mama, gdzieś z tyłu głowy czasem myślisz co teraz Bąbel porabia 😉 (Nawet, gdy został pod najlepszą opieką.)

    A co do wdzięczności niepłodności – to chyba potrafi się to zrozumieć po odpowiednio długich staraniach, wielu medycznych dylematach, znalezieniu swojej drogi, czasem przy wsparciu kursu adopcyjnego – ja miałam podobnie. Więc chyba jest nas – wdzięcznych już 2 😉 Pozdrawiam L.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s