Psychoterapia w niepłodności – jakie efekty mi przyniosła i co dzięki niej zyskałam? Bo na wstępie zdradzę, że nic nie straciłam!

Nie ukrywam, że po pomoc do psychologa w walce z niepłodnością poszłam późno, nawet za późno. Ale prawda jest taka, że mój „bohaterski” charakterek nie pozwolił mi się przyznać przed samą sobą, że tego ciężaru już nie udźwignę sama. Długo próbowałam i dopiero gdy straciłam wszystkie zapasy sił, zaczęłam szukać pomocy (po 5 latach starań).

Dziś wiem, że nasza niepłodność była mi potrzebna, choćby po to, by wylądować na chwilę u psychologa. Gdybym miała dziecko, nigdy bym się tam nie wybrała. Dlaczego to piszę? Bo dziś wiem, że ta terapia była mi mega potrzebna do życia, a nie tylko w niepłodności.

Moim celem było wyleczyć się z „chęci bycia mamą” i  zapomnieć o niepłodności, dlatego szukałam psychologa – specjalisty z tej dziedziny, tymczasem efekty okazały się być zupełnie inne, całe szczęście!

CO ZYSKAŁAM DZIĘKI TERAPII U PSYCHOLOGA, DO KTÓREJ SPROWOKOWAŁA MNIE NASZA NIEPŁODNOŚĆ ?

 

Zobaczyłam co robi ze mną mój PERFEKCJONIZM i nauczyłam się z nim walczyć, a nawet unikać.

  • Po kilku początkowych spotkaniach, pani psycholog już miała mój pełny obraz, usłyszałam wtedy: „w pani wypowiedzi w kółko padają słowa: muszę, trzeba, powinnam”

Wtedy dotarło do mnie, że faktycznie sama narzucam sobie tonę obowiązków, trochę by zapchać czas, trochę by się ukarać, że na innym polu nie podołałam. Jestem łagodna dla innych, którym z chęcią idę z pomocą, natomiast siebie próbuję katować nowymi trzebo- powinnościami, których tak naprawdę wcale nie muszę robić. Więc po co to wszystko??

Najciekawsze, gdy zaczynałam sprawdzać, czy faktycznie „nie muszę” – nawet nikt nie zauważył, że czegoś nie zrobiłam, M. chyba nawet odetchnął z ulgą, że domowy SS-man poszedł na emeryturę (stopniowo oczywiście, tego się nie da nauczyć w 1 dzień;)

  • Gdy coś robiłam, to na 200%!! Jak już zrobiłam, to potem sprawdzałam i „wychodziłam z siebie” czy aby nie dało się lepiej. No wariatka! Ładnie to pani psycholog podsumowała: „oddaje pani wszystkie zapasy swojego jedzenia innym, a sama zostaje głodna! Czy nie da się inaczej tego podzielić?”

Czy ja naprawdę nie umiałam sama na to wpaść? No jednak nie.

Zaczęłam powoli uczyć się asertywności, czasami odmawiać innym, czasami stawiać ultimatum, że pomogę, ale wtedy, gdy mam czas. I co się okazało? Nikt, ale to nikt się na mnie za to nie obraził!

Nauczyłam się działać na 80% mocy. Tak, okazało się, że jak raz na czas odkurzę mieszkanie  metodą – tylko „rynek”, a nie wszystkie kąty, pod łóżkiem, za łóżkiem, między łóżkiem, to też będzie! Jak nie zrobię listy na zakupy, to najwyżej o czymś zapomnę, trudno z głodu nie umrzemy, itd. Da się!

Teraz dzielę swoje „jedzenie” czyli czas, siły, pieniądze, itd w taki sposób, by zawsze dla mnie coś zostało. I zaczyna mi być z tym dobrze! Bo na początku czułam się dziwnie. Niby usatysfakcjonowana, że daję z siebie wszystko, ale dla mnie nie zostawało nic (siły, czasu, energii).

Przestałam podporządkowywać życie tylko 1 CELOWI i zaczęłam żyć na KILKU PŁASZCZYZNACH

  • Jak miałam jakieś zadanie, to poświęcałam się mu bez reszty! I to mnie zgubiło w niepłodności! Bo w pewnym momencie w moim życiu ważne było tylko jedno – PROJEKT DZIECKO. I zupełnie nic innego nie miało już znaczenia. Zapomniałam, że żyję nie tylko po to by urodzić, że mam jakieś inne życiowe cele i zadania. Żyjąc tylko na jednej płaszczyźnie, gdy chwilowo zbieramy falę niepowodzeń, czujemy się beznadziejni i niepotrzebni.

Dziś już wiem, że takie życie daje frajdę, tylko gdy ten główny cel realizuje się zgodnie z naszym planem. A co jeśli tak nie jest? Co z projektem dziecko, gdy od 7 lat walczymy z niepłodnością i nic innego się nie liczy? No właśnie, dlatego lepiej jest żyć na kilku płaszczyznach i nie wywyższać jednej, szczególnie, tym bardziej jeśli niekoniecznie mamy duży wpływ na jej powodzenie.

Wnioski jakie wyciągnęłam – zaczęłam dostrzegać sens i cel drobnych, monotonnych czynności, które kiedyś nie miały dla mnie znaczenia. Dziś zajmuję się już nie tylko leczeniem (choć nadal dbamy o pewne sprawy i nie zamykamy drogi do biologicznego potomstwa), prowadzę bloga, szyję (właściwie to się uczę), przypominam sobie angielski (opornie mi idzie, ale walczę), wyszukuję nowe przepisy i testuję nowe obiadki, zaczęłam zajmować się kwiatami (kiedyś wszystkie mi usychały, chciałam to zmienić i nawet mi wychodzi) uczę się fotografować, studiuję podyplomowo dzięki czemu albo zmienię pracę, albo uruchomię znów swoją firmę i ciągle wyszukuję nowych pomysłów.

W końcu mi się CHCE! W końcu czuję, że moje życie jest po coś.

Odzyskałam swoją wartość i poczułam się znów KOBIETĄ

  •  Oceniałam siebie zawsze tylko w kategoriach niepłodności. „Niepłodna – nie kobieta”.
  • Nigdy nie patrzyłam na inne kobiety przez pryzmat tego czy mają dzieci, nawet rzadko byłam ciekawa, widziałam ich inne cechy, zdolności, osiągnięcia. Zatem dlaczego tylko sobie tak dogryzałam?
  • Czasami nawet myślałam, ze nie przystoi mi już chodzić w ulubionych spódnicach czy szpilkach, lepiej założę spodnie, to do mnie teraz bardziej pasuje.

Terapia uświadomiła mi, że niepłodność ogarnęła całe moje życie i ukradła moją kobiecość. Całe szczęście, że udało mi się przypomnieć, co lubiłam robić, co mi wychodziło i zacząć realizować nowe plany. Może mniejsze, nie tak ważne jak bycie mamą, ale jednak zapełniły moje życie i pokazały mi, że jestem stworzona nie tylko by urodzić…

Ja też jestem WAŻNA!

  • Gdy niepłodność była numerem 1 w moim życiu, potem dłuuugo nic, czas wolny często poświęcałam innym i ich problemom. Trochę by zająć głowę, trochę znów za karę. Nie dość, że miałam swój mega problem, to analizowałam i zamartwiałam się jeszcze o bliskich. I nie chodzi mi o takie zwyczajne współczucie, czy pomoc w miarę możliwości. Wiedziałam, że czasami nic nie poradzę, ale i tak w kółko głowę miałam pełną problemów innych.

Dziś już wiem, że pomagam tylko wtedy i tam, gdzie się da. Inaczej zostawiam to w bożych rękach, On się tym zajmie lepiej, a ja przestaję przesadnie się zamartwiać. Zaczynam dbać też o siebie i żyć własnym życiem.

  • Dla innych umiałam o wszystko walczyć jak lwica, do końca. Dla siebie, odpuszczałam po pierwszej porażce. Dlaczego? Bo inny byli ważni dla mnie, siebie traktowałam gorzej.

Dostałam kiedyś zadanie od pani psycholog, by przez kilka dni poprzyglądać się sama sobie, ale tak, ja widzę innych, nie jak sama patrzę na siebie.

Wytrzymałam tylko 1 dzień w tym zadaniu. Było mi po prostu siebie żal i to dało mi do myślenia.

 

Zrozumiałam, że mam prawo do bezsilności, do dnia pełnego łez i niemocy.

  • Gdy niepłodność już skrajnie mną pomiatała, chciałam nadal być perfekcyjna, ale często nie umiałam już wstać z łóżka, chciało mi się płakać, ale byłam zła na siebie, że nie umiem się zmobilizować, więc płakałam jeszcze bardziej i błędne koło napędzało się samo.

Ból psychiczny, ta wstrętna niemoc i bezsilność to nie tylko kwestia hormonów, to jest OBJAW czegoś. Tylko czego pytałam?

Może tego, że moje ciało miało dość perfekcjonizmu i życia na komendę.. ??

Może moje ciało nie jest gotowe na ciążę, skoro ciągle robię wszystko na 200%, przecież przy dziecku na pewno nie wystopuję, to będzie droga do samozniszczenia… ??

Tylko skoro ten objaw ma mnie przed czymś „uratować” to dlaczego jest taki nieprzyjemny, czemu tak mi z tym źle? Pani psycholog skwitowała jednym zdaniem: „objaw zazwyczaj jest nieprzyjemny, czy to katar, ból gardła, czy bezsilność”.

Dziś już wiem, że mam prawo czuć się gorzej. To też jest mój dzień, pomimo, że gorszy. On mi daje o czymś znać, może powinnam coś zmienić? Już nie biegnę do przodu jak koń wyścigowy, słucham swojego ciała, nie katuję go i nie zmuszam do niczego.

W końcu to tutaj miałby zamieszkać mały człowiek. Dobrze by było, żeby mama też siebie kochała, a nie katowała. Nawet wtedy, gdy przychodzi kolejna miesiączka, a ja i tak ulegnę emocjom i żalom – już się nie złoszczę, że znów mnie poniosło.

Nie muszę robić nic na siłę, mam prawo czasami być słaba. Zrozumiałam, że chwile słabości też mają wartość, że mam je zaakceptować, to też jest część mnie. Nie muszę zawsze na wszytko mieć lekarstwa.

I jest mi teraz lepiej. Dużo lepiej.

Zawsze wiedziałam, że wychowana zostałam w cudownej, dbającej rodzinie. Ale nie byłam świadoma pewnych minusów.

  • Mój dom rodzinny to jedna wielka symbioza, tak można określić to w skrócie. Zawsze wszyscy o siebie dbali nawzajem i w sumie nikt nie troszczył się sam o siebie, robił to zawsze ktoś inny. Ja siostrze, mama mnie, tata mamie itd. Nigdy nie mówiłam co chciałabym dostać w prezencie, a zawsze to dostawałam, nie prosiłam by ktoś po mnie gdzieś przyjechał, a podwózka zawsze była, zanim wykrztusiłam z siebie słowa prośby o pomoc, ona dawno już była – same duszki Kacperki 😉

W dorosłym życiu, poza domem rodzinnym to się nie sprawdziło. Myślałam, że jak ja zadbam o kogoś, nie muszę myśleć o sobie, ktoś zadba o mnie. A tu zaskoczenie…

Myślałam, że skoro ja jestem miła, nie wchodzę z butami w czyjeś życie, nie pytam wścibsko,  inni będą tak samo traktować mnie. I znowu zonk.

Teraz wiem – symbioza udawała się tylko w domu rodzinnym. Muszę nauczyć się wchodzić z ludźmi w RELACJE, a nie w SYMBIOZĘ. Niektórym muszę jasno wyznaczyć moje granice i mam prawo zareagować, gdy je przekraczają. Tak, to jest asertywność, której nie miałam. Ale uczę się powoli 😉


 

Jeśli zastanawiasz się nad spotkaniem z psychologiem, terapią albo potrzebujesz pomocy nie tylko w problemie niepłodności, to …. już dłużej się nie zastanawiaj. Sam fakt, że przychodzi Ci to do głowy jest wystarczający, by dać sobie szansę poprawić swoje życie.

Terapia brzmi poważnie, ale to często jest po prostu spojrzenie na swoje życie i problemy z boku, z pomocą wykwalifikowanej osoby, która szybko wytłumaczy pewne mechanizmy zachowań i pomoże radzić sobie z cięższymi doświadczeniami.

Mnie terapia pomogła w zrozumieniu nie tylko niepłodności, ale też swoich innych zachowań (które często były automatyczne, bezmyślne i szkodliwe), relacji z najbliższymi, rodziną i moim kochanym M.

Było warto!

 

2 myśli na temat “Psychoterapia w niepłodności – jakie efekty mi przyniosła i co dzięki niej zyskałam? Bo na wstępie zdradzę, że nic nie straciłam!

  1. Tak właśnie jest, że sami nie dostrzegamy pewnych rzeczy. Ja zawsze używałam zwrotów „będę to miała”, „zrobię to” czy „osiągnę to”. Wszystko opierało się na tym, że przez całe życie osiągałam to co chciałam, zawsze realizowałam swój plan, a jak coś nie wyszło to miałam plan awaryjny, który zawsze ratował sytuację. Można pomyśleć „ok, kobieta sukcesu”, ale tak naprawdę w tej kwestii poniosłam porażkę, bo pragnę dziecka a plany awaryjne aby zajść w ciążę nie działają. Psycholog pomógł mi zrozumieć, że moja depresja wynika z mojego usposobienia.

    Polubienie

  2. Chyba mamy podobne usposobienie 😉
    Nie żebym była roszczeniowa i uważała, że wszystko mi się od życia należy, raczej podchodziłam do wszystkiego tak, że jeśli włożę czas, pracę i będę się bardzo starać, to osiągnę cel jak zawsze. A tu .. nic.
    Niepłodność uczy pokory i cierpliwości. Nie wszystko można zaplanować i wypracować. Czasami życie decyduje inaczej i nam pozostaje się dostosować.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s