1 wspólna cecha leczenia niepłodności i drogi adopcyjnej.

Wiele z Was, czytając moje posty na pewno wyłapało informacje, które wtrącałam o naszej drodze adopcyjnej.

Drogę do rodzicielstwa adopcyjnego i leczenie niepłodności łączy 1 ogromna, wspólna cecha – CZAS.

Nic w leczeniu niepłodności nie deprymowało mnie tak bardzo, jak czas, który miałam wrażenie, że ciągle uciekał, a my dalej bez dziecka. Jak czas, który musiał upłynąć by dostać się do lekarza, na badania, do szpitala, by poprawiły się wyniki, wszędzie to czekanie i czekanie. Dla nas w nieskończoność.

Na drodze adopcyjnej jest podobnie. Myli się ten, kto myśli, że „oni to już mają fajnie, bo podjęli decyzję o adopcji i teraz mają z górki”.

 

To fakt, pierwszym, najważniejszym i najtrudniejszym momentem jest bezdyskusyjnie sama DECYZJA O ADOPCJI. My podejmowaliśmy ją długo. Była zależna od tego, jak idzie nam leczenie niepłodności, a bywało raz lepiej, raz gorzej. W końcu, przyszedł taki moment, że zdecydowaliśmy się wyjść z tego błędnego koła ciągłych starań, w które wpadliśmy i zacząć nowy rozdział w życiu, albo przynajmniej otworzyć sobie drzwi do niego.

I tu na naszej drodze, znów stanął CZAS.

Nasza droga adopcyjna od początku do dziś.

Czerwiec 2016r. Pierwsza wizyta w OA.

Wybraliśmy ośrodek i choć jest ich kilka w naszym rejonie, wybór był dla nas oczywisty.

Pierwsze spotkanie w ośrodku ostudziło nasze emocje, okazało się, że cała kwalifikacja do kursu na rodziców adopcyjnych trwa i na pewno nie załapiemy się na kurs, rozpoczynający się za 3 miesiące. Plusem za to był fakt, że spełnialiśmy już wszystkie kryteria potencjalnych kandydatów do przysposobienia dziecka. Już na pierwszym, informacyjnym spotkaniu uzupełniliśmy zatem dokumenty zgłoszeniowe i pozostało ….czekać. Ośrodek miał skontaktować się z nami za ok 6 miesięcy, by rozpocząć gromadzenie dokumentów i wstępną analizę nas, na kandydatów do kursu.

Wrzesień 2016r. Dostaliśmy telefon z OA, że za chwilę rozpoczniemy spotkania weryfikujące, czyli było to wcześniej niż się spodziewaliśmy:

  • zgromadziliśmy potrzebne dokumenty, nasz ośrodek podszedł do tematu bardzo ludzko i żadnych zaświadczeń od ginekologa, czy psychiatry nie wymagał  – 10.2016
  • 2 spotkania z psychologiem – 10.2016, na których omówiliśmy naszą sytuację niepłodności, naszego małżeństwa oraz stworzyliśmy drzewa genealogiczne naszych rodzin
  • następnie odbyły się testy psychologiczne, na których mogłam wypaść lepiej, nie ma co udawać, ale ostatecznie zakańczała je jeszcze jedna konsultacja z psychologiem, która wyjaśniła wszystkie nieścisłości testowe – 11-12.2016
  • wizyta pracownika ośrodka w naszym domu – 12.2016, coś czego wszyscy się obawiają, ale to prawda co piszą w internetach – nie ma się czego bać, bo to jeden z najmilszych elementów w całym procesie
  • ostatnie spotkanie z pracownikiem ośrodka – 01.2017 i oczekiwanie na wiadomość o zakwalifikowaniu na kurs

Styczeń 2017r. Ostatecznie otrzymaliśmy informację, że mamy zielone światło i za tydzień ruszamy na kurs dla przyszłych rodziców adopcyjnych! To była radość, a sam pierwszy dzień kursu ogromne zaskoczenie…

01 – 04. 2017r. Kurs dla kandydatów do przysposobienia dziecka.

Pierwsze spotkanie na kursie, które zawsze wypada w nowym otoczeniu lekko sztywno, podziałało na mnie kojąco. Pierwszy raz w życiu siedziałam bowiem tylko wśród ludzi, którzy nie mają dzieci. Pierwszy raz w życiu czułam, że ktoś rozumie mnie tak bardzo, że bardziej się nie da, bo sam przechodzi to samo. Tak właśnie działa GRUPA, czyli społeczność, która boryka się z identycznymi problemami. Wszyscy czekaliśmy na na następne weekendy, by znów się spotkać.

 

Spotkania minęły jednak bardzo szybko. Właściwie okres, gdy zaczęło się „coś dziać” w naszej adopcyjnej sprawie minął ekspresem.

Teraz pozostało …. CZEKAĆ na ostateczną decyzję komisji, kto otrzyma kwalifikację.

Czerwiec 2017r. (czyli równy rok po pierwszej wizycie w ośrodku)

O tym dowiedzieliśmy się na początku czerwca.

TAK, DOSTALIŚMY KWALIFIKACJĘ DO ADOPCJI DZIECKA!

Teraz pozostało …. CZEKAĆ.

Ale nie 2, 4, czy 10 miesięcy, uprzedzono nas, że to będzie ok. 3 lata.

3 lata od uzyskania kwalifikacji ma się rozumieć. Na 3 lata również wydawana jest sama kwalifikacja, więc było by dobrze „wyrobić się” w terminie.

Kiedy nastał najgorszy czas? Wszyscy przyszli i obecni rodzice adopcyjni powiedzą Wam to samo:

największym wyzwaniem jest oczekiwanie na „swoje” adopcyjne dziecko.

Wiemy, że to my (rodzice) jesteśmy dopasowywani do dziecka, bo to jego dobro jest najważniejsze. Wiemy, że dzieci małych, względnie zdrowych i z uregulowaną sytuacją prawną jest mało, a nas rodziców czeka bardzo dużo, ale znów to samo …. czekanie.

Czas nie goni nas, on się ślamazarzy jak ślimak po deszczu.

Teraz nic się nie dzieje, nic nie musimy robić, spełniać, żadnych kolejnych kryteriów, już nic udowadniać. Mamy tylko czekać aż telefon zadzwoni.

To jest najtrudniejsze. Dla niektórych trudne tak bardzo, jak sama decyzja o drodze adopcyjnej. Dla nas decyzja bardzo trudna nie była, ale czekanie mnie męczy. Dlatego postanowiłam i tak w tym roku robię, że odstawiam myślenie o dziecku na bok. Zostawiłam mu 2% moich myśli, a resztę staram się zagospodarować na swoje obecne sprawy.

Ale gdzieś podświadomie czekam, aż będzie odwrotnie.

I wtedy już nie będę myśleć co zrobić z czasem. Pewnie znów będzie płynął ekspresem.

 

PS. Zaglądnęłam dziś na najpopularniejszego bloga o niepłodności ;), a tam …… najcudowniejsza wiadomość – Iza i jej mąż właśnie doczekali się adopcyjnego, malutkiego synka.

Radość ogarnęłam mnie ogromna, choć to nie nasz „Adoptuś”. Iza też ostatnio pisała, o tym jak długo się czeka i można było wywnioskować, że jeszcze przynajmniej rok przed nimi. Ale czas okazał się dla nich i dla Maluszka łaskawy. Dobrze, że są już razem.

 

8 myśli na temat “1 wspólna cecha leczenia niepłodności i drogi adopcyjnej.

  1. Masz rację, czas… Zdałam sobie właśnie sprawę, że to nie niepłodność tylko czas ciągle jest na pierwszym miejscu, kiedy wszystko się odwleka, przeciąga, kiedy trzeba czekać lub coś się nie udaje to on wywiera presję i wywołuje frustrację…

    Polubienie

  2. Dokładnie tak jest 😉 Gdy coś było nie po mojej myśli, zamierałam w tym martwym punkcie i „czekałam” aż coś się zmieni, a wszystko wtedy wiadomo … ciągnęło się jeszcze dłużej.
    Teraz staram się w niepowodzeniach przechodzić do porządku dziennego, naprawić co się da, a potem zająć innymi obowiązkami i nie siedzieć jak na szpilkach w oczekiwaniu na zmianę.
    Jak to mawiał mój wujek: „nie ma co spędzać czasu, on i tak sam zejdzie” 😉

    Polubienie

  3. Ten czas, oczekiwanie są trudne. Ciągle trzeba ćwiczyć się w cierpliwości. My z mężem decyzję podjęliśmy. Niedługo chcę umówić nas na pierwsze spotkanie, ale tak się stresuję przed tym telefonem, że szok…

    Polubienie

  4. Agnieszko, serdecznie gratuluję podjęcia decyzji. Osobiście uważam, że jeszcze trudniejsze od czekania, jest czekanie na rozdrożu, a to już macie za sobą. Nie stresuj się telefonem, od niego i tak minie trochę czasu do pierwszego spotkania, potem do rozpoczęcia procedury, kursu, itd. Jedyna metoda na stres w tej sytuacji to zadzwonić i mieć to za sobą 😉 Zobaczysz, potem rozpoczyna się może i długa droga, ale w porównaniu do leczenia niepłodności to jest droga, która z każdym kolejnym etapem procedury przybliża nas do celu. Ja poczułam ulgę po zgłoszeniu do OA, czułam że idziemy do przodu, w staraniach to było często tkwienie w miejscu, a nawet cofanie.
    Trzymam kciuki!
    Lidia

    Polubienie

  5. Zgadzam się w 100% – czekanie jest najgorsze ze wszystkich etapów leczenia oraz adopcyjnej drogi. Zawsze wolałam intensywność lekarskich wizyt albo warsztatów w ośrodku – niż dryfowanie i zawieszenie w próżni, kiedy absolutnie nic się nie działo i odnosiłam wrażenie, ze ani trochę nie zbliżamy się do naszego dziecka.

    Polubienie

  6. Dokładnie tak jest, jak mówisz Karolino. Wierzę, że ten czas jest „po coś”, że to nie tylko element procedury. Czasami przychodzi mi takie religijne zdanie – porównanie – „Maryja rozważała to tylko w swoim sercu” – gdy dowiedziała się, że jest w ciąży. Wiem, trochę kosmiczne porównanie, ale w momentach, gdy mam ochotę krzyczeć z bezsilności, niemocy i ciągłego czekania z niewiadomą w tle, to zastanawiam się jak Ona w swojej sytuacji, umiała TAKĄ niewiadomą przyjąć z pokorą i cierpliwie czekać 😉

    Polubienie

  7. Czas… też ostatnio chciałabym go przyspieszyć, a już najlepiej żeby były jakieś 2 dni pomiędzy owulacją i terminem spodziewanej miesiączki. Nienawidzę tego oczekiwania, a następnie rozczarowania i znów czekania do następnej owulacji z nadzieją że tym razem się uda…Widzę, że w temacie adopcji też pojawia się ten wredny czas. Szkoda, że nie możemy przewinąć czasu do określonej daty. Jedyne co widzę pozytywnego w pojęciu „czasu” to przynajmniej fakt, że nie może stanąć, zatrzymać się. Że obojętnie jak bardzo się ślimaczy to i tak upłynie. Także nie pozostaje nam nic innego jak czekać ( i żyć z nadzieją, że mamy na co i dla kogo czekać). Pozdrawiam.

    Polubienie

  8. Masz rację, ja też zawsze chciałam przyspieszyć czas, a w szczególności wiedzieć, co stanie się za miesiąc, rok itd, kiedy to upragnione dzieciątko się pojawi. Ale dziś chyba się cieszę, że nie da się czasu przyspieszyć, bo nie spodziewałam się wtedy, że czas przerzuciłby mnie do „dziś” czyli o 7 lat, a tu dalej nic ;(
    Czas niech sobie płynie, my musimy robić swoje i wykorzystać go też do innych spraw niż starania, ale nie rezygnując z naszego celu.
    „Nigdy nie rezygnuj z celu, którego osiągnięcie wymaga czasu. Czas i tak upłynie” H.J. Brown

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s