Małe rzeczy, a cieszą, czyli nasz ostatni tydzień.

Przez wiele lat bywało tak, że moje postanowienia, by nie myśleć o niepłodności miały krótką datę ważności. Tzn. potrafiłam w nich wytrwać 1, 2, czasem 3 dni, a potem stopniowo dopadała mnie melancholia, smutek, a następnie dołek. Taki stan trwał od kilku do kilkunastu dni, potem próbowałam „doła zakopać” i następowały kolejne kilka dni lepszej formy, a potem znów od początku. Szło zwariować – ze mną i mnie samej ze sobą też.

Nienawidziłam tamtego czasu, dziś nie chcę sobie tego nawet przypominać, bo to była zdecydowana większość z naszego 8-letniego małżeństwa. Chodząc na terapię, usłyszałam od pani psycholog ważne słowa – że ten czas jest dany po „coś”, że to jest objaw „czegoś”. Zapytałam wtedy czy to musi być takie nieprzyjemne, przecież ja siebie w takim stanie bardzo nie lubię – usłyszałam, że objawy zazwyczaj są nieprzyjemne 😉

Psycholog miała rację,  objawy każdej choroby są nieprzyjemne, trudno, żeby objawy depresji były inne. Piszę to, bo człowiek będący w takim dołku ma wrażenie, że to nigdy się nie skończy, albo czeka na specjalną receptę co zrobić, by wyjść z tego stanu. Pewne jest, że prawie każda sytuacja ma jakieś wyjście, tylko nie zawsze je widzimy, albo uznajemy, że to nie dla mnie.

TO JEST PROCES..

Ja nawet nie wiem kiedy zmieniłam nastawienie do mojego życia, niepłodności i przyszłego macierzyństwa. Nie ma żadnej konkretnej daty, ani wydarzenia, to wszystko dzieje się powoli, to jest proces. Ale się da!

Dziś coraz mniej czytam i sprawdzam kto już ma dzieci, jest w ciąży, a kto jeszcze nie, a nawet jeśli to nie sprawia mi to żadnego bólu psychicznego. Jasne, że chciałabym być już mamą, ale gdy widzę, że inne blogowiczki z którymi szłyśmy równo w tym wirtualnym, niepłodnym świecie, zostały już mamami, to nie płaczę, czemu to nie ja, tylko myślę sobie – „kurcze, mój czas też się zbliża, bierz się Lidia do roboty, bo za chwilę będziesz chodzić na paluszkach, by nie obudzić maluszka! O rozłożeniu hałasującej maszyny do szycia nie będzie mowy, teraz jest na to jeszcze czas!” Serio, nie zazdroszczę, tylko czuję jeszcze większego kopniaka, by podopinać swoje sprawy.

Wiem, może to naiwne, może jeszcze długo będę czekać, może jeśli doczekamy się dziecka adopcyjnego, a nie biologicznego to cały proces będzie się ślamazarzyć, ale wiem jedno – przynajmniej coś już będę miała zrobione.

Skoro mój plan macierzyński nie zrealizował się u mnie tak jak u wielu innych małżeństw – tak „na HOP – SIUP”, to niech inne sprawy się realizują, nie mogę być ze wszystkim w tyle.

Trochę tak, jak w tym powiedzeniu:

„jak masz problem to rób przysiady, jeśli to nie rozwiąże problemu, to przynajmniej będziesz mieć zgrabny tyłek, a to już coś” !! 😉

Dziękuję Bogu, że od jakiegoś czasu umiem inaczej patrzeć na świat, bo to zdecydowanie jego zasługa. Nie wykłócam się już z nim o „swoje”, tylko biorę, co życie mi szykuje i cieszę się z drobiazgów! A im mniej oczekuję i się nastawiam, tym więcej dostaję.

KTO ODRÓŻNIA HORTENSJĘ OD ORCHIDEI?

A oto i przykład. W ubiegłym tygodniu, zagadnęłam męża, że gdyby, zupełnym przypadkiem robił jakieś kwiatowe zakupy w tym tygodniu :), to mnie najbardziej podobała się taka mała hortensja w Biedronce.

W dniu kobiet, rozmawiałam jeszcze z M. przez telefon, pytał o nazwę tego kwiatka, więc przypomniałam – „HORTENSJA”. Po pracy, M. wraca do domu z koszykiem pełnym kwiatów i mówi: „Kupiłem tak jak chciałaś … orchideę…” 😉 Cały M, ale żeby w mieszkaniu było tak wiosennie (bo ja uwielbiam kwiaty) to dostałam w pakiecie z orchideą jeszcze róże i 3 pęki żonkili . Tak na tym dobrze wyszłam i obstawiłam pół mieszkania kwiatami, pachnie żonkilami wszędzie!

dzień kobiet

W tygodniu staram się spędzać trochę czasu przy komputerze i usystematyzować notatki ze studiów podyplomowych. Jest tego naprawdę sporo, dlatego zajmuje mi to dużo czasu, ale jakoś mam ogromną nadzieję, że za niedługo mi się to przyda. W weekendy zaś, jak zrobimy podstawowe „mieszkaniowe ogarnianie” staramy się jakoś oderwać od tego miejskiego szalonego życia i szukamy odskoczni.

KUDŁACZE

Dlatego w niedzielę wybraliśmy się na kilkugodzinną wędrówkę w góry, do schroniska Kudłacze i na szczyt Lubomir. Pogoda była boska, co prawda śniegu na szlaku pełno, ślizgałam się bez raków jak szczeniak na parkiecie, nawet kijki nie pomagały, ale ubaw był po pachy.

Kudłacze

drugie śniadanie na świeżym powietrzu

Gdy jestem w górach, marzę tylko o tym by rzucić wszystko i wyprowadzić się z miasta. Pewnie to tylko zachcianka w stylu wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, ale ja od jakiegoś czasu jestem już bardzo zmęczona życiem w mieście, mimo że dwadzieścia kilka lat byłam jego wielką orędowniczką. Wszystko mi się zmienia z wiekiem.

Na ten tydzień mam zaplanowane trochę pracy dodatkowej i ogarnięcie dalszych notatek ze studiów, wyjazd służbowy w 1 dzień, ale przymierzam się bardzo mocno, by uchylić Wam rąbka tajemnicy z mojej jeszcze nie wymarzonej, tylko otrzymanej w spadku kuchni. Jak mi czas pozwoli to pokarzę Wam jak radzimy sobie z M. z przestrzeganiem naszej diety bez …GlutenuCukruMleka, czyli właściwie bez wszystkiego. Pokarzę kilka przepisów, dzięki którym jakoś udaje mi się ustalić menu na cały tydzień i mamy zawsze domowy obiad, a M.często dwa, bo jeden zabiera do pracy.

Tymczasem na dziś mam jeszcze takie wyzwanie – wór marchewki, pewnie już wiedzie co będę robić..

marchewa

Reklamy

5 myśli na temat “Małe rzeczy, a cieszą, czyli nasz ostatni tydzień.

  1. Ja też kocham góry, właściwie byłam tylko w Tatrach, do których mam jakieś 650 km, ale mimo to jeździmy tam przynajmniej 2 razy w roku, za każdym razem gdy tam jestem nie chcę wracać do domu, tam jest cudowna aura i wspaniałe powietrze i klimat, wypoczywam tam na maxa 🙂 Śmieję się z mężem, że przeprowadzimy się w góry jak będziemy na emeryturze 🙂

    Polubienie

    1. Dokładnie tak! Aż nie chcę pytać gdzie mieszkasz, bo my przez moje zawodowe przeboje pół roku mieszkaliśmy w Poznaniu, a te 650km właśnie z Wielkopolską mi się kojarzy – potwornie tęskniłam za górami. Teraz mamy blisko – 100-200 km więc korzystamy częściej, a ja wciąż marzę, że się przeprowadzimy w góry ale za parę lat. Byłoby cudnie.

      Polubione przez 1 osoba

        1. Wakacje wolę spędzać w górach, to fakt, ale wiele razy zastanawiałam się jak mieszkałoby mi się nad morzem. Z moim zrywem do przeprowadzek pewnie byłabym gotowa to sprawdzić 😉 Jakoś klimat tam wydawał mi się taki pozytywny i smogu chyba mniej, czy się mylę? Masz materiał na post – z chęcią poczytam o nadmorskich klimatach 😉

          Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s