Czy da się łatwiej przejść przez niepłodność?

Jest późny wieczór, podlałam przed chwilą mój balkonowy ogródek. Osiedle prawie już usnęło. Zaparzyłam melisę, taką świeżutką, moją, wyhodowaną i usiadłam na chwilkę w fotelu na balkonie. Niby jest ciemno, ale pełnia księżyca powoduje, że siedzę jakby na oświetlonej scenie.

Przez głowę zaczyna przebiegać mi tysiąc myśli na sekundę. Sama nie wiem, jak to możliwe, że mój mózg podrzuca mi tyle tematów na raz i co chwilę jakiś usuwa. Zupełnie jak skanowanie i czyszczenie dysku na komputerze.

Na moment zatrzymuje się przy filmie Ani i Zosi z Akademii Płodności z okazji dnia mamy. Pewnie większość z Was widziała go już, a może nawet kilka razy (tak jak ja). Gapię się w rozgwieżdżone niebo i jestem wdzięczna Bogu za Anię i Zosię i za to co robią. Micha sama mi się uśmiecha, bo wiem, że ten film w tej chwili pomaga tysiącom kobiet, które utraciły wiarę w swoją kobiecość, nadzieję na rodzinne szczęście i nie wiedzą co dalej zrobić.

Aniu i Zosiu – róbcie to dalej tak dobrze, jak do tej pory! Bo to jest naprawdę rewelacyjna robota.

Za chwilę wpada myśl o moim dniu mamy, tzn. dniu mojej osobistej mamy. I znów pojawia się wdzięczność, nawet 100x większa. Boże jak dobrze, że ja jeszcze mam mamę! Że mogę z nią porozmawiać, czasem się wyżalić, czasem ją pokrzepić. Tak po prostu wpaść na herbatę i posiedzieć.

Nie buntuję się i nie obchodzę dnia nie-mamy, tak samo jak nie obchodzę dnia nie-babci i dnia nie-strażaka. I nie mam z tym problemu. Raczej w tym dniu przychodzą mi na myśl w pierwszej kolejności dzieci, które nie mają mamy. Które z niewyobrażalnie większą rozpaczą niż my- starający się, nie mogą zrozumieć dlaczego one zostały same. Pamiętam wychowanków mojej mamy z domu dziecka. Dlaczego moje życie ułożyło się tak, że ja mam mamę (cudowną), a oni mają (zazwyczaj) mamy zupełnie nieodpowiedzialne, najczęściej niewydolne społecznie, nieintersujące się swoimi dziećmi?

Kto ma trudniej – ja, że jeszcze czekam i staram się o dziecko ponad 7 lat, czy dziecko, które spędziło prawie całe dzieciństwo w placówce opiekuńczej, gdzie nawet najlepsza ciocia, nigdy nie zastąpiła mamy? No właśnie.

Piękny post w tym temacie napisała ostatnio Izzy – polecam zajrzeć.

Zapach zaparzonej melisy unosi się leciutko znad kubka i miesza mi się z kwiatami, które niedawno podlałam. Noc jest cieplutka, prawie jak w lipcu, w oddali słyszę przejeżdżający co jakiś czas samochód. I nagle do mojej głowy wjeżdża kolejna myśl – miałam 18 lat, przygotowywałam się do matury i co jakiś czas uporządkowywanie wiedzy z biologii mąciła mi myśl o adopcji. Tak, już w tedy (18 lat miałam!) nie wiem skąd mi się to brało, ale myślałam o adopcji. Nie mogłam wtedy wiedzieć co będzie za 15 lat. Nie mogłam wtedy wiedzieć, że będę tyle lat leczyć niepłodność, że zdecydujemy się z mężem na adopcję, że będziemy tyle czekać na nasze ado-dzieciątko. Skąd wtedy te myśli?

To wszystko miało tak być. Jest dla nas jakiś plan z góry. Kiedyś w to wierzyłam, teraz to wiem. Wiele puzzli zaczyna mi się składać we fragmenty układanki.

Boże, jak ta lawenda pięknie pachnie… Właśnie, a jak to możliwe, że mi tu w ogóle cokolwiek rośnie? Kiedyś wszystko suszyłam. Paprotkę, bluszcza, kaktusa – wszystko. Dziś zioła wychodzą ze skrzynek, surfinie pięknie zwisają z doniczek, powojnik pnie się i kwitnie jak szalony. To jest chyba moja życiowa szkoła cierpliwości. Rośliny nauczyły mnie cierpliwości i że nic nie powstaje z dnia na dzień, wszystko musi dojrzeć. Ja chyba też dojrzałam i podejrzewam, że tylko o to Ci Boże chodziło – i znów jestem wdzięczna. Wdzięczna, że dziś jestem już inną osobą niż 3, 7, 10 lat temu.

Patrzę w niebo, gwiazdy migoczą, a jedna jakby szczególnie do mnie mrugała. Co raz częściej zaczynam czuć obecność mojego dziecka. Czuję, że ono jest już gdzieś blisko, że już za względnie niedługi czas się poznamy. Boję się o niego, tak jakbyśmy się już znali od dawna i zostawiłabym go na 1 dzień pod czyjąś opieką. Dziwne uczucie, nie wiem czy mam synka, czy córkę, nie wiem ile ma lat i jaki kolor oczu, ale czuję, że gdzieś jest. Boże, nie daj mu zrobić krzywdy.

W domu nic nie jest przygotowane dla dziecka. W końcu to czekanie pewnie potrwa jeszcze rok, może trochę więcej. Ale może też telefon zadzwonić wcześniej i co wtedy? Czy powinnam już coś szykować, kupować, albo przynajmniej przemalować?  Sama nie wiem, ostatnio pomyślałam o wózku. Tylko czy to jest mądre, kupić wózek dla dziecka, którego jeszcze nie znam? To chyba był pomysł chwili i prezent bardziej dla mnie niż już z przeznaczeniem dla dziecka. To może się wstrzymam.

Dziwne to wszystko niesamowicie. Gdy młodzi ludzie podejmują decyzję o dziecku, zaczynają interesować się światem bodziaków, wózków, zabawek, butelek, pieluch i laktatorów i wsiąkają w niego bez reszty. Potem opowiadają na prawo i lewo: ” wiesz jak jest, z dzieckiem to już się nie da …. ” i leci telenowela. My wchodzimy w ten świat ponad 7 lat i nikt nie chce nas wpuścić. Chciałoby się ten wózek kupić, czytać poradniki niemowlęce i co sobotę wracać do domu z 1 torbą więcej (pieluchy;)). Poznajemy ten świat ze słyszenia, czy chcemy czy nie. Cieszymy się, że już w pierwszym czy drugim roku nie habilitowaliśmy się z opieki nad dzieckiem, bo kolejne ponad 5 lat byłoby jeszcze większą męczarnią dla nas.

To jak lizanie lizaka przez papierek, w towarzystwie w którym wszyscy cię pytają czemu go nie odpakowałaś, bo oni już przecież papierek wyrzucili. Czemu wszyscy uwielbiają się wtrącać? Wiedzą zawsze lepiej? 

Ostatnio zajrzałam na profil „królowej internetów” – Janiny Bak, czyli Janiny Daily (jak nie znacie to polecam) i choć chciałam zobaczyć co słychać w świecie marketingowym, a nie niepłodnościowym, to mnie zamurowało na chwilę. Janina, uraczyła nas z okazji Dnia Matki takim wpisem, jakiego bym się nie spodziewała, ale podpisuję się pod nim obiema rękami. A moją podwójną radość wywołała ilość i jakość komentarzy pod tym wpisem. Okazuje się, że do wielu z nas „strzelają” codziennie tymi niewybrednymi ciążowymi komentarzami. Prawie każda kobieta, w „pewnym już wieku”, która po prostu „zapomniała zajść w ciążę” musi hamować wewnętrznie łzy i robić dobrą minę do złej gry. Ale jest sporo takich, które się nie przyznają do tego, w tym ja. 

I kolejna myśl, jak torpeda wpada mi do głowy. A co by było, gdybyśmy wszyscy zrobili akcję społeczną i powiedzieli światu jak jest naprawdę? Wszyscy, którzy się przyznają i nie przyznają, maskują i udają – świat by się zdziwił ile nas jest. Pewnie ja też bym się zdziwiła. Może byłoby wtedy mniej cierpienia z powodu wścibskich komentarzy, może niektórzy zorientowaliby się, że mieli ogromne szczęście, że zostali szybko rodzicami i nie jest to kwestią, że „oni wiedzą jak to się robi”, po prostu im los oszczędził trudności w tej kwestii.

Tylko dlaczego trzeba to powiedzieć, by zrozumieli? Dlaczego trzeba się publicznie przyznać, by dali spokój? To jest przykre. 

Doceniajmy to co mamy i nigdy nie traktujmy tego jak normę i coś co się nam należy. Gdybyśmy w ten sposób patrzyli na wszystko co mamy, człowiek byłby niesłychanie wdzięczny i nie przyszłoby nikomu do głowy zaglądać do czyjegoś brzucha. Nie porównywalibyśmy się z innymi i nie czuli gorsi.

Wdzięczność – tak niewiele, a wszystko zmienia.

Gdyby wszyscy kierowali się wdzięcznością – to ja byłabym najszczęśliwszą osobą pod słońcem, bo dostrzegałabym codziennie jak wiele mam.

Gdyby inni kierowali się wdzięcznością, to nigdy nie wytykaliby niepłodnym, że „zapomnieli zajść w ciążę”.

Nie byłoby porównywania się do dzieciatych, poczucia wstydu i utraty własnej wartości.

Bądźmy wdzięczni.

DSC_0318cd

11 myśli na temat “Czy da się łatwiej przejść przez niepłodność?

  1. Powiem Ci, że też wierzę w przeznaczenie.. Od zawsze czułam, że będę miała jakieś zadanie „specjalne” w życiu. Jeszcze przed ślubem rozmawialiśmy o adopcji, ot tak co by było gdyby. Na studiach zupełnie nieplanowanie dostałam pracę w domu dziecka, co myślę miało mnie przygotować do tego co teraz dzieje się w moim życiu. Jestem mamą cudownego maluszka, który od miesiąca jest z nami w domu. Po prostu czuję, że właśnie tak miało być, że to on miał być naszym synkiem. Jestem szczęśliwa…tak po prostu. 🙂 Wszystkiego dobrego Kochana ! Warto czekać na swój prywatny cud, bo gdy patrzę na moje dziecko to wiem, że adopcja to dla mnie cud, prawdziwy cud. I nic więcej się już nie liczy. Już niczego się nie boję. Strach zniknął w momencie, gdy spojrzałam w jego oczy. Co do kupowanie rzeczy dla malucha to ja nic nie kupowałam. Dopiero gdy zadzwonił telefon w biegu szukałam wszystkiego. Dopóki tel nie zadzwonił to nie wierzyłam do końca, że się uda 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję Ci bardzo, że się podzieliłaś swoją historią. My w danej chwili widzimy tylko wycinek życia i wiele spraw wydaje się niezrozumiałych. Stawiasz mi kolejną kropkę nad „i” i robię się coraz spokojniejsza. Wszystkiego dobrego dla Ciebie, męża i Waszego miesięcznego Cudu 😉
      Ps. ja z zakupami pewnie też się wstrzymam, choć potem będzie szaleństwo, albo zlecanie zadań rodzinie;), ale takie uroki rodzicielstwa adopcyjnego.

      Polubienie

  2. Ja jestem wdzięczna że trafiłam na Twój blog Lidio, dajesz piękne świadectwo. Czasem wydaje mi się, że razem z Tobą czekam na TEN telefon i choć nie zawsze mam czas na czytanie postów to pamiętam w modlitwie. Pozdrawiam ciepło i życzę dobrego tygodnia. P.s. pięknie „zakwiecilas” swój balkon, sama z chęcią wypilabym na nim jakaś herbatkę albo kawkę:)

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję Ci Aniu, że mimo braku czasu i maminych obowiązków zaglądasz do mnie i skrobniesz słówko! To prawda, czasami też mam wrażenie, że nie sama czekam na ten telefon i przyznam Ci się, że z Wami, Waszym wsparciem i modlitwą dużo łatwiej mi się czeka 😉
      Ja na herbatkę lub kawkę zapraszam na swój balkon zawsze – gdybyś była w Krakowie – dawaj znać – już grzeję ekspres do kawy;)

      Polubienie

      1. Kto wie czy nie zajrzę:) Kraków jest mi bliski bo tam studiowałam i mam tam Rodzinę więc od czasu do czasu odwiedzam. Pozdrawiam i życzę Ci wszystkiego dobrego.

        Polubione przez 1 osoba

  3. Nie wiem , czy da się łatwo przejść przez niepłodność, ale da się. Mnie/nam chyba „dość ” łatwo przeleciały te prawie 6 lat badań, wizyt, hospitalizacji, zabiegów, inseminacji, bo w tyle głowy zawsze miałam myśl o adopcji, że będę mamą, będziemy rodzicami. Były łzy w ukryciu, oczywiście a jakże ! Ale to tez był czas kiedy postawiłam na tzw. „karierę”, awanse, studia podyplomowe, kursy, szkolenia, życie towarzyskie i na naszego psa;-) Jeździliśmy, zwiedzaliśmy i cieszyliśmy się sobą i ciszą;-0 Modliłam się też o mb naszej córeczki, aby dała jej szansę, aby była dla niej dobra..
    Pracę ostatecznie rzuciłam rok przed tym telefonem i kiedy miałam zacząć nową zadzwonił TEN telefon – 2 i pół roku CZEKANIA!!!!!!
    My tez nie mieliśmy nic dla naszego dziecka, bo nie wiedzieliśmy, czy będzie małe czy trochę większe. Odkładaliśmy pieniądze i kiedy zadzwonili z oa wszystko kupiliśmy w tydzień;-)
    Teraz ciszy już nie ma;-)Nie ma nudy, ani spokojnych wieczorów na tarasie – wolę spać;-0
    Cierpliwości i wiary, że czekanie przyniesie Wam spełnienie;-)

    Polubione przez 1 osoba

  4. Tyśko Kochana, ale mi prezent zrobiłaś tym komentarzem! Dziękuję! jak miło przeczytać takie słowa, od osoby, która przeszła podobną drogę. Ja też staram się realizować obecnie mój „plan przedmacierzyński” czyli skupiać na wszystkim innym, co później pójdzie w odstawkę, gdy pojawi się maluch ale nie ukrywam, że są momenty zwątpienia. Ponad 8 lat małżeństwa, ponad 7 starań, 2 lata czekania na ado-bejbika – wszędzie ten czas, który dłuży się niesamowicie. Ale wiem, że warto czekać, że potem już to czekanie nie będzie miało znaczenia. Jeśli chciałabyś się podzielić jeszcze wiadomością – 2,5 roku czekaliście po kwalifikacji, czy od pierwszej wizyty w ośrodku?

    Po Waszych komentarzach jestem już prawie pewna, że wyprawkę załatwimy w kilka dni, więc odkładam tylko pieniądze;)
    Wszystkiego dobrego dla całej Waszej rodzinki!

    Polubienie

    1. A bardzo proszę!!!!;-) Sama pamięta jak ważne były dla nas doświadczenia, relacje innych par.
      Pierwszy telefon do oa to czerwiec 2010 rok i zapisanie się na kurs. We wrześniu telefon z oa, że jedna para zrezygnowała i wskakujemy na ich miejsce i dzięki temu kurs zaczęliśmy w styczniu 2011 roku, a nie później. Kwalifikacje otrzymaliśmy 18 czerwca 2011;-) I potem czekaliśmy aż do 02 grudnia 2013 roku. Czyli od pierwszej wizyty w oa minęło, aż 3 i pół roku, a nam w tym czasie stuknęła prawie 11. rocznica małżeństwa!
      W między czasie dwa telefony a oa. To były telefony z serii „pali się!”, gdzie szukano rodziców dla dzieci (rodzeństwa – 3 chłopców i 2 dziewczynek) na „wczoraj” i niby do wszystkich z listy dzwoniono, bo chciano jak najszybciej zapewnić im dom. Bardzo trudne doświadczenie…Nieprzespane noce, bo odmowa to przegrana dla dzieci i dla nas…Ale z drugiej strony nic na siłę. To my mamy być pewni, to my będziemy tworzyć rodzinę – to nam za każdym razem powtarzano na kursie. Dodam jeszcze, że musieliśmy jeszcze dwa bite miesiące czekać na zgodę sądu na to aby móc cieszyć się z bycia razem już w naszym domu. I te dwa miesiące to dopiero był trudny czas, oj bardzo trudny psychicznie dla mnie!. Trzy razy w tygodniu przyjeżdżaliśmy do Hani do pr. I z każdym razem coraz trudniej było się nam z Nią rozstać. Nie raz było tak, że w samochodzie łykałam łzy.. Przez te dwa miesiące więcej łez popłynęło niż kiedykolwiek.Mieliśmy 3 rozprawy, badanie więzi, kuratora na wizycie domowej, rozmowę z przewodniczącym wydziału w sądzie i w końcu, ostatecznie 20 czerwca 2013 cały proces adopcyjny zakończył się;-)
      Dziękuję za życzenia!
      Wszystkiego dobrego i dla Was!

      Polubione przez 1 osoba

  5. Lidio, cieszę się, że spodobał Ci się mój post. Widzę, że mamy wiele wspólnego jeśli chodzi o poglądy 🙂
    W wolnej chwili, jeśli oczywiście zechcesz, przeczytaj takiego starego, króciutkiego posta http://www.naszmalyswiatek.pl/2017/03/o-tym-dlaczego-wiosna-jest-tak-ciezko.html
    Coś mi się zdaje, że dokładnie tak samo się czułam jak Ty teraz. Wprawdzie pisałam już to z perspektywy mamy, ale to nie zmienia faktu, że doskonale pamiętam każde uczucie, jakie mi wtedy towarzyszyło.

    Jeśli chodzi o przygotowania, to my akurat kupiliśmy parę rzeczy, bo to sprawiało, że to dziecko stawało się bardziej realne, mogłam się cieszyć niczym z ciąży (choć fizycznie nie potrafiłam sobie wyobrazić dziecka w naszym domu) Jeśli jesteś przygotowana na czekanie, bo różnie może być, i nie będziesz cierpiała z powodu tego, że to tak długo trwa to czemu nie. Każda rzecz, nawet na wyrost, kiedyś się przyda :))
    A ludzie jak to ludzie, syty głodnego nie zrozumie, a jak pokazuje życie to często i ten głodny, który już się nasycił szybko zapomina jak to było…

    Buziaki!
    P.S. Zakupiłam wczoraj zioła od ogrodnika 🙂 Wyobraź sobie, że oregano wygląda jak mały krzewik! Założyłam jakiś czas temu instagram na konto „naszmalyswiatek” na takie drobne zdjęcia, jak będziesz chciała to zobacz, wrzucę dziś. Ciekawe czy Ci się spodoba, bo jesteś dla mnie ekspertką od pięknego balkonu :))

    Polubienie

  6. Izzy, przeczytałam zaraz post o wiośnie- tak maja chyba wszystkie „nie mamy” – alergia na wiosnę 😉 Bo nagle ciąż i wózków widać ogrom. Ale z wykładu z psychologii pamiętam, że każdy z nas tak ma, tzn że nasz mózg robi nas tak na szaro i wyłapuje charakterystyczne cechy z otoczenia. Tzn jak jesteś w ciąży (albo czekasz na nią z utęsknieniem) to wszędzie widzisz kobiety w ciąży, jak jeździsz VW Golfem, to twoje oko wyłapuje głównie tą markę na ulicy, a nie zwraca uwagi na Fordy, Ople i inne. Jak masz tatuaż to dostrzegasz łatwo ludzi, którzy też mają taką ozdobę itp. – selektywna percepcja 😉
    A co to tego, że „ten co się nasycił, szybko zapomina jak było” – to jest dla mnie chyba najbardziej przykre. Ćwiczę się w znieczulicy, by nie zwracać na takich uwagi, bo to boli strasznie.

    Pochwaliłaś mnie chyba za wcześnie z tymi kwiatami, bo coś ten rok jest u mnie obfity w szkodniki na balkonie. Właśnie wyrzuciłam poziomki i słonecznika – oblazły je jakieś małe robale. Już atakują moja kochaną hortensję. Musze się doszkolić zaraz co z tą szarańczą zrobić. Ale Twoje zdjęcia obejrzę z przyjemnością, nawet dla Ciebie założę Insta, bo jestem aż tak do tyłu 😉 Najważniejsze, że roślinki sprawiają Ci radość, to jest największa frajda – patrzeć jak rosną.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s