Niepłodność kiedyś i dziś.

Daleka jestem od porównywania kto i kiedy miał gorzej. Niepłodność zawsze była i jest chorobą, która w specyficzny sposób „naznaczała” ludzi. Od biblijnych czasów bezdzietność stawiali na równi z trądem. Szczególnie kobiety obarczane były winą, że nie urodziły dziecka. Nie mam pojęcia jak w czasach Mojżesza radziły sobie z taką tragedią i wytykaniem palcami.

Ja w swojej niepłodności długi czas myślałam, że gorzej już być nie może. Nie mam wśród swoich znajomych nikogo, kto borykał się z problemami bezdzietności choć chwilkę i to też nie ułatwiało mi mojej walki z niepłodnością. Tym bardziej czułam się wybrakowana. Mimo to uważam, że mam luksusową sytuację, bo mogłam się leczyć, robić badania, jeździć na konsultacje do lekarzy po całej Polsce, a w końcu podjąć decyzję o adopcji.

Nie zawsze jednak było tak słodko. Poznałam w swojej pracy kilka kobiet, które zmierzyły się z tematem niepłodności i bezpłodności 50-60 lat temu.

Wszystkie zwierzyły mi się ze swojej sytuacji zupełnie przypadkowo. Żadna nie wiedziała, że słucham jej z otwartymi ustami, bo walczę obecnie z tym samym, co ona kiedyś.

Jak wyglądała ich niepłodność?

Wtedy gdy nie było IVF, gdy lekarze nie chcieli „robić kasy” na leczeniu niepłodności, bo właściwie się jej nie leczyło. Wtedy, gdy jeszcze mniej par było bezdzietnych niż dziś i przez to były jeszcze bardziej wytykane palcami, a nawet uznawane za winne, bo to pewnie kara boża za coś.

Jak teraz sobie z tym radzą, mając 80- kilka lat? Dziś wszystkie trzy są wdowami, a tylko jedna doczekała się dzieci.

tatry

 

PANI KAZIA

Mieszka w komunistycznym bloku w niewielkim mieście na Podhalu. Jej mieszkanie to pokój z kuchnią, obecnie w stanie bardzo kiepskim. I nawet nie chodzi o wystrój, czy potrzebę odświeżenia małej kawalerki, tam wystarczyłoby posprzątać, ale nie ma kto tego zrobić. Pani Kazia została dziś sama, mąż zmarł już dawno, dzieci nie mieli. Gdy byli młodzi, jedyne co usłyszeli od lekarza, to że to „wina” męża. Żadnych metod leczenia nie było, właściwie byli skazani na życie we dwoje.

Mąż próbował uratować sytuację przy pomocy kolegów. „Przysyłał mi swoich zaufanych przyjaciół, żeby go wyręczyli w obowiązku. Wiedział, że bardzo chcę mieć dzieci, ale ja nigdy się na to nie zgodziłam, nie mogłabym” – mówi pani Kazia.

Teraz została sama, wszyscy z rodziny odeszli, zdrowie odmówiło posłuszeństwa. Wyjście do sklepu jest ogromną wyprawą. Pani Kazia mało komu ufa, nawet opiekunki z pomocy społecznej nie chce wpuścić do domu. Tą samotność i strach w jej oczach widać na odległość.

miasto.jpg

 

PANI MARIA

300 km od pani Kazi, w dużo większym mieście, mieszka pani Maria. Poznaję ją tydzień przed Bożym Narodzeniem. Inne moje klientki w tym czasie opowiadają co już wysprzątały, upiekły, co zamroziły i znów rozmroziły, ile nakryć szykują do wigilijnego stołu itp. Codziennie te same świąteczne tematy przewijają się w mojej pracy. Jedyna pani Maria nie wpada w szał prezentów, gotowania i ekscytacji „ile to jeszcze trzeba zrobić”, myślę sobie – jedyna normalna.

Ostatniego dnia zagaduję do niej: „to jak pani Marysiu, pani też szykuje 12 potraw, czy będzie mieć jakąś pomoc na święta”? Odpowiedź najpierw mnie zaskoczyła, a potem zacisnęła mi gardło: „nie, ja nic nie szykuję, ja jadę nad morze. Robię tak już od kilku lat, wykupuję wyjazd dla samotnych seniorów. Tam zawsze jest zorganizowana kolacja wigilijna, a po niej idę na spacer nad morze. Mąż nie żyje już jakiś czas, nie mieliśmy dzieci. Moja siostrzenica zaprasza mnie zawsze do siebie na święta, ale czuje się tam jak piąte koło u wozu. Życie tak się ułożyło, że nauczyłam się już być sama”.

Pani Maria wychodzi z zabiegów, a mnie lecą łzy. Wiem, że gdybym była na jej miejscu to pewnie też spędziłabym tą wigilię nad morzem. Boże daj mi siłę..

miasto2.jpg

PANI EMILIA

Miesiąc temu, przyszła na konsultację przed zabiegami pani Emilia. Miałam tylko chwilkę z nią porozmawiać, założyć kartę pacjenta. Po godzinie, znam już historię życia i gryzę się w wargę, by się przy niej nie rozpłakać.

Lata ’40ste, okres wojny, mąż pani Emilii brał udział w walce. Na koniec sam jeden został w czołgu, który Niemcy oblali benzyną i podpalili. Siedział w palącej się maszynie 2 doby, w potwornie wysokiej temperaturze, właściwie czekając na śmierć.  Został uratowany przez przypadkowego żołnierza, który wiedział, że ten czołg ma oprócz górnego włazu, również dolny, w podwoziu. Wybawca naraził swoje życie, Niemcy ścigali go potem 3 tygodnie.

Stan zdrowia męża pani Emilii był fatalny. Wysoka temperatura zrobiła swoje, zostawiając spustoszenie w organizmie. Po latach, gdy jako małżeństwo nie doczekali się dzieci, zaczęli chodzić po lekarzach. Pani Emilia okazała się zdrowa, to mąż nie miał ani jednego zdrowego plemnika. Determinacja pani Emilii do walki o dzieci była ogromna. Szukała lekarzy, badań, leków. Dziś potrafiła wyrecytować z pamięci nazwisko każdego lekarza, który im pomógł oraz wyniki męża, z każdego etapu leczenia.

Po 3 latach zaszła w pierwszą  upragnioną ciążę. Radość była ogromna, ale najgorsze dopiero miało się zdarzyć.

Poród córki trwał 3 doby,  pani Emilia była u kresu wytrzymałości i zaraz po porodzie dostała wylewu. Leżała 3 tygodnie w śpiączce, po czym została uznana za przypadek „nie do wybudzenia” co oznaczało dla pracowników szpitala zgon. Pielęgniarki przewiozły ciało pani Emilii do kostnicy. Na drugi dzień, pani Emilia odzyskała przytomność. „Wcale się nie wystraszyłam, widząc, że obok mnie wszyscy tacy sztywni” – mówi.

Nie wiem jak umiała zachować w tej sytuacji spokój. Dwie pielęgniarki, które następnego dnia zastały ją żywą w kostnicy, prawie same umarły na miejscu. Oprócz tak fatalnej pomyłki, stres białego personelu miał drugi powód. Znalazł się już pewien bezdzietny profesor w szpitalu, który postanowił ze swoją małżonką adoptować małą Kasię – córkę pani Emilii, która przyszłą na świat 3 tygodnie wcześniej. Dokumenty adopcyjne były już przygotowane.

Pani Emilia to silna kobieta, wróciła szybko do zdrowia. Oczywiście natychmiast sprzeciwiła się adopcji. Po 2 latach znów zaszła w ciążę, a po kolejnych 2, jej mąż zginął w wypadku. Została sama z dwójką dzieci, po wylewie i bez środków do życia. Dała radę. Dziś jest bardzo wdzięczna Bogu za wszystko co ją spotkało i że jednak została matką.


 

Czy pani Maria i pani Kazimiera miałyby więcej szczęścia, gdyby leczyły niepłodność w naszych czasach? Pewnie miałyby więcej możliwości. Ich dramat bezdzietności się nie skończył, on będzie im towarzyszył każdego dnia. Nie chodzi tu nawet o przysłowiowe podawanie szklanki wody, czy odwiedziny kogoś bliskiego. Raczej chodzi o świadomość zostania zupełnie samej na tym świecie.

Sama wiem jak trudno jest znosić ciągłe ćwierkanie koleżanek o cudowności ich dzieciaków i ich trudach macierzyństwa. Ale obserwuję też moje starsze pacjentki – prawie wszystkie już babcie. Ćwierkanie babć, chwalenie się wnukami, prześcigiwanie się w osiągnięciach wnuczusia i urodzie wnusi może być o wiele trudniejsze do zniesienia, niż dla mnie kolejna koleżanka „zakręcona” na punkcie swojego macierzyństwa.

Czy dziś mamy łatwiej? Chyba tak.

Ja dziś mam więcej książek, materiałów, blogów i internetowej wiedzy na temat mojej niepłodności. Baaa, mamy swoją niepłodną- wciąż walczącą społeczność w internecie, a to daje ogromne wsparcie (przynajmniej mi). One (pani Maria, Kazia i inne samotne, bezdzietne) musiały radzić sobie z tym same. Do dziś muszą, bo założę się, że ich koleżanki – babcie mało rozumieją ich los.

18 myśli na temat “Niepłodność kiedyś i dziś.

  1. Znam taką „p. Kazię”… Różni się tym, że nie wychodzi już poza ogródek, ale ufa kilku osobom i chętnie je do siebie zaprasza. Opowiedział nam o niej znajomy ksiądz i od tej pory ją z mężem odwiedzamy. Pomimo trudnych warunków mieszkaniowych, pomimo podeszłego wieku (90+) i słabego zdrowia, mimo śmierci męża 6 lat temu i bezdzietności (też ponoć „z winy” męża) jest bardzo pogodną osobą. Żal mnie chwyta, kiedy myślę, jak musi być jej trudno. Mam wątpliwości, czy jeśli pozostanę bezdzietna i dożyję podobnego wieku, będę umiała być taka, jak ona. Czy nie będę zgorzkniała, zamknięta w sobie… Samotność jest straszna. Choć trochę chcemy ją od niej uwolnić…

    Dziękuję Ci za ten wpis i za wszystkie poprzednie :*

    Polubienie

    1. Droga Ufająca, jak pięknie, że wspieracie tą panią. Z resztą, problemy często łączą, nawet pokolenia.
      Był taki czas, gdy nie umiałam modlić się już o dziecko. Jedyne prośby jakie miałam do Boga, to żeby „coś” zrobił z moim żalem i zgorzknieniem, żeby mój mąż dał radę ze mną wytrzymać. Wiem, że byłam czasami wyjątkowo nieznośna, bo samej ze sobą było mi ciężko. Dlatego podziwiam, że ta „Wasza pani Kazia” potrafi w tej sytuacji być pokorna i pogodna.
      PS. A ja dziękuję, że do mnie zaglądasz i piśniesz słówko 😉

      Polubienie

  2. Pierwszy raz spotkałam się z problemem niepłodności kiedy byłam bardzo mała, w zasadzie nawet nie rozumiałam do końca jak poważna to była sprawa. Mówię o … moich rodzicach. Pobrali się bardzo młodo, w zasadzie powinni mieć dziecko od razu, ale minęło 9 długich lat zanim się urodziłam. Wiem przez co przeszli i wiem, że cierpieli w milczeniu. Bo skoro teraz tylu ludzi jeszcze nie rozumie, to co dopiero wtedy? „Leczyli się” na Śląsku w jakiejś klinice (celowo napisałam w cudzysłowiu, bo cóż to mogło być za leczenie) Historie, które opisałaś są bardzo smutne :(( Ja też mam taki zawód, w którym mam okazję wysłuchać wielu życiowych opowieści. I u mnie podobnie, nikt nie ma pojęcia przez co ja przeszłam, że mogę rozumieć każde ich słowo. To tylko dowodzi tego o czym piszesz, że ludzie pozostawieni są sami sobie, a za życzliwym uśmiechem może kryć się prawdziwy dramat. Już Ci chyba o tym pisałam, że kiedy urodziła się pierwsza moja córka, większość była zdziwiona, że mamy jakieś problemy z poczęciem. No bo przecież nic nie było po mnie widać…
    Próbuję odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens, ale czytając takie historie jak te Twoje trudno go się doszukać. Bo jakże inaczej ułożyłoby się życie tych kobiet, gdyby szczęśliwie zaszły w upragniona ciążę…

    Polubienie

    1. Izzy, czasami myślę o historii Twoich rodziców. Właśnie w takich kategoriach, że zawsze, nawet po wielu latach może przytrafić się taka „niespodzianka” i że w tamtych czasach leczenie i temat niepłodności był co tu ukrywać „daleko za murzynami”. Skoro Oni dali radę, ja też jakoś muszę.
      Ale to fakt, najczęściej większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie problemy nosimy w środku.
      Ja też nie mam pojęcia, gdzie w tym wszystkim jest sens, ale jakaś dziecinna ufność karze mi wierzyć, że on jednak gdzieś jest. Wiem jedno, teraz moim malutkim móżdżkiem tego nie obejmę, ale kiedyś się dowiemy..

      Polubienie

  3. Smutne historię:( Tym bardziej doceniam dzisiejszą medycynę która daje więcej możliwości leczenia ale przede wszystkim lepszą diagnostykę! P.s. Dziś przypada wspomnienie św. Lidii i od razu pomyślałam o Tobie, nawet jeśli nie masz dzisiaj imienin to życzę wszystkiego co najlepsze, opieki patronki, Bożego Błogosławieństwa na każdy dzień i cierpliwości w oczekiwaniu na dzieciątko. Pozdrawiam

    Polubienie

    1. Aniu, mnie też zawsze to pociesza, że w obecnych czasach, mamy przynajmniej lepszy dostęp do leczenia.
      Bardzo dziękuję Ci za życzenia i miłe słowa, nawet nie wiedziałam, że dziś wspomnienie św Lidii, ale cierpliwości i błogosławieństwa nigdy dość, więc gromadzę wszelkie dobro jakie do mnie wysłałaś 😉
      Dziękuję serdecznie jeszcze raz. Ściskam mocno.
      L.

      Polubienie

  4. W takich chwilach ogromnie cieszę się, że jestem wierząca, bo mocno wierzę, że na tamtym świecie wszystkie te poranione przez życie kobiety będą w końcu szczęśliwe. Z drugiej jednak strony bardzo boję się, że na stare lata również i ja zostanę sama. Moje koleżanki, które borykały się z problemem niepłodności, mają już dzieci albo są właśnie w ciąży. W mojej rodzinie był jeden taki przypadek, jednak dzięki in vitro doczekali się dwojga dzieci. Jeszcze kiedy ich nie miel, to sąsiedzi bardzo im dokuczali. I teoretycznie powinni rozumieć przez co przechodzimy, jednak nie mogą pojąć, czemu zamiast na in vitro decydujemy się na adopcję. Niestety wiele ludzi myśli o dzieciach adopcyjnych jako o „gorszym sorcie”. Tym bardziej cieszę się, że w tych czasach mogę być choć trochę mniej samotna, właśnie dzięki Wam 🙂

    Polubienie

    1. Kochana, ja myślę bardzo podobnie jak Ty. Swoją wiarę odbieram jak ogromny dar, bo dzięki niej o wiele łatwiej mi się żyje. Choć w niektórych sytuacjach nie umiem dopatrzeć się sensu, ale chyba właśnie o to chodzi, by .. wierzyć, a wiedzieć będziemy później.
      A odnośnie adopcji, rozumiem, że to nie jest droga dla każdego, że są pary, które nie potrafią wyobrazić sobie dziecka „nie ze swojej krwi”, szanuję to i nigdy nie próbuję przekonywać. Nie rozumiem natomiast, gdy artykułują te swoje kwestie i udowadniają że dziecko biologiczne jest lepsze. Każde jest równe.
      Pięknie to kiedyś napisała pewna mama: „mam jedno dziecko biologiczne i jedno adopcyjne, nie pamiętam które jest które” 😉
      Trzymaj się ciepło i podążaj swoją drogą dzielnie. Buziaki
      L.

      Polubienie

  5. Smutne historie – a ta ostatnia wręcz niewiarygodna ! Ale brzmi to wszystko trochę tak, jakby osoby „dzietne” nigdy nie zostawały same na tym świecie – a często dzieje się zupełnie inaczej. Mam znajomą, która pracuje w hospicjum. Bardzo często do przebywających tam staruszków nikt z rodziny nie zagląda przez wiele tygodni, choć ich dzieci i wnuki mieszkają dosłownie kilka ulic dalej .

    Generalnie dzieci dorastają, wyfruwają z gniazda i zajmują się swoimi sprawami. Bycie rodzicem nie daje żadnej gwarancji, że na starość dostaniemy od kogoś tę przysłowiową „szklankę wody”- i że w ogóle ktokolwiek przy nas będzie u schyłku naszego życia. Trochę to straszne i dołujące – ale nigdy nie nastawiałam się na to, że moje dziecko będzie miało wobec mnie jakiś „dług wdzięczności” i szczególne zobowiązania na starość. To moim zdaniem błędne założenie.

    Polubienie

    1. Masz rację Karolino. Mam sporo pacjentów, którzy opowiadają odmienne historie – o dzieciach i wnukach żyjących swoim życiem, albo tylko czerpiących „korzyści” z dziadków.
      Broń Boże nie chodziło mi o zapewnienie sobie komfortu na jesień życia mając dzieci. Raczej przeraziło mnie to, że w oczach tych kobiet zmagających się z niepłodnością, widać ten smutek nawet po kilkudziesięciu latach. Ten żal, za niespełnionym rodzicielstwem nie minął. A w tamtych czasach musiały czuć się jeszcze bardziej osamotnione w tym problemie, niż my dziś.

      Polubienie

  6. Niestety znam taką kobietę. Kilkanaście lat temu zmarł jej mąż, nie wiem czemu nie mieli dzieci- pewnie nie mogli. Odkąd pamiętam była złośliwa, zła, mściwa, żądna pieniędzy, dokuczliwa- dla samego faktu dokuczenia, bo interesu w tym nie miała żadnego. Miała dwa psy i zawsze twierdziła, że są czyściejsze niż dzieci. Bardzo dobrze się trzyma, niejeden mógłby jej pozazdrościć zdrowia, ma koło 90 lat. Nie wiem czy zawsze taka była czy się taka stała, bo np. nie mogła mieć dzieci. Jeśli to drugie, to boję się, żebym ja kiedyś taka nie była:( Dalszy znajomy mojego taty zostawił żonę, bo nie mogła mieć dzieci (nie wiem jaki był dokłądny powód niepłodności), a zwiazał się z inną kobietą, z którą je ma.
    Jest jeszcze optymistyczna wersja. W mojej dalszej rodzinie pojawił się problem już nawet nie niepłodności, a bezpłodności. Po tym, jak się tak okazało, kobieta chciała odejść od męża, żeby ułożył sobie życie ze zdrową kobietą, jednak on się nie zgodził. Adoptowali dziewczynkę, dzisiaj ma około 25 lat. Ojciec jest wpatrzony w córkę jak w obrazek:)

    Myślę, że mamy łatwiej, ale tylko pod względem leczenia, diagnostyki i dostępu do informacji. Ze wsparciem podczas bezpośredniego kontaktu z człowiekiem różnie bywa. Na pewno możemy być dumne ze wsparcia znalezionego na forach i blogach:) Najważniejsze jednak jest wsparcie od osoby, którą najbardziej kochamy. Bez tego nic nie zrobimy.

    Polubienie

    1. Myślę, że każdy kto walczył z niepłodności przechodził ten moment „chęci odejścia od partnera”, by druga osoba mogła mieć dzieci z kimś innym. Ten moment właśnie w niepłodności jest jednym z niewielu pięknych – gdy wiemy, że mamy takiego partnera, który nie odejdzie, bo jest naprawdę na dobre i na złe. Wtedy można góry przenosić i otwierają się nowe drzwi. To najcenniejszy dar, który dostałam.

      Polubienie

  7. Smutne te historie, niestety prawdziwe. Piętnowanie, o którym wspomniałaś było kiedyś ogromne. Niedawno poznałam kobietę, która nigdy nie doczekała się dzieci, chociaż marzyła o nich bardzo. Mimo, że dzisiaj ma ponad 50 lat, opowiadając o tym, ma łzy w oczach.
    Widzę, jak wielu lekarzy dzisiaj podchodzi do niepłodności, domyślam się, że leczenie 50 lat temu było prawie niemożliwe…

    Polubienie

  8. Serce się kroi. Faktycznie jest nam łatwiej, dostęp do wiedzy jest spory. Samotność ta sama. Może jest większa świadomość społeczeństwa w tym temacie ale z drugiej strony jestesmy bombardowane macierzyństwem nietylko w realu, ale i w internecie, czasopismach etc

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s