O niepłodności nie rozmawiam z nikim poza M. Nie umiem…

Na ogół jestem wygadana, w niektórych sprawach nawet określiłabym wyszczekana. Jednak wydaje mi się, że umiem wyczuć sytuację i rozpoznać w rozmowie z kimś, jakiego tematu nie powinnam poruszać.

To, że w kwestii dzieci, ciąży, niepłodności mam wyostrzony radar, to raczej oczywiste. Intuicyjnie jednak staram się wyczuć, co dla mojego rozmówcy jest jego terenem zakazanym. Gdy rozmawiam z koleżanką, która ma ostatnio słabsze relacje z mężem, po prostu nie opowiadam i nie zachwalam mojego M. Bo niby co miałoby to dać, oprócz dowartościowania mojego ego?

Czy jej wtedy będzie lepiej? Raczej staną jej łzy w oczach. Czy ja poprawię sobie humor, że przynajmniej w kwestii małżeństwa mam lepiej? Na mnie samą, takie łechtanie próżności nie działa, czuję się wtedy podle.

Unikam tematów, których nie jestem pewna. Nie chwalę się zdrowiem i kondycją fizyczną, gdy wiem, że drugi walczy o to zawzięcie. Nie pytam znajomej jak idą poszukiwania pracy, skoro ledwo łączy koniec z końcem. Staram się znaleźć temat, dzięki któremu ta druga osoba, choć na chwilę poczuje się lepiej. Trochę ją rozweselić, pochwalić to co robi dobrze, pokazać że ją za coś podziwiam.

Nie wymagam tego samego wobec siebie, ale czasami zachowanie ludzi rozkłada mnie na łopatki. Zastanawiam się, czy pod tą burzą włosów choć jedna szara komórka ma dzisiaj dyżur.

O tym, że nie mam dzieci wiedzą wszyscy (jakoś trudno to ukryć;).

Ale o tym, że nie mam dzieci, bo nie mogę, wie mało kto i to raczej z domysłów.

O tym, że nie jestem pustelnicą, lubię ludzi (kiedyś zdecydowanie bardziej niż teraz), dzieci, spotkania rodzinne, też wiedzą wszyscy, którzy są ze mną blisko.

Ale jakoś te dwie sprawy im się nie łączą. Jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że ciągłe opowiadanie i epatowanie swoim szczęściem rodzinnym, nas załamuje.

Że z każdym rokiem, co raz bardziej nie mamy ochoty spotykać się z innymi.

Że kolejny raz wysłuchiwana opowieść nawet o najukochańszym bobasku w rodzinie nie sprawia mi radości, tylko ból.

Że narzekanie starszego pokolenia, jak to oni mieli ciężko, bo 3 dzieci była, trzeba było zarobić, ogarnąć dom itp. wywołuje u mnie taki w…rw, że mam ochotę prawego sierpowego przysadzić…

Nie dociera do większości, że skoro udało się im te dzieci mieć i to zazwyczaj ledwie po spojrzeniu na męskie gacie (przepraszam za brutalność, ale inaczej tego nie nazwę), to tak samo mogli zadbać by tych dzieci NIE mieć, skoro to był taki ciężar.

O naszej niepłodności bezpośrednio ode mnie dowiedziały się 3 osoby, ale tylko zdawkowo.

Moja mama, której powiedziałam o diagnozie niedrożnych jajowodów, by zatrzymała lawinę pytań taty i swoich domysłów – „kiedy będą wnuki”? Mama na pewno przekazała te szczątkowe informacje tacie, od tamtej pory nigdy nic nie wspomniał.

Moja dawna szefowa, którą musiałam częściowo wtajemniczyć, prosząc o zaświadczenie do ośrodka adopcyjnego.

Moja jedna koleżanka z pracy, która w podobnym czasie starała się o dziecko (ale już drugie), ona zaszła w ciążę po 9 miesiącach, ja przez 8 lat nigdy.

Nikt więcej ode mnie nic nie usłyszał i pewnie nie usłyszy. O tym, że jesteśmy w procesie adopcyjnym wie tylko wspomniana szefowa. Nie umiem o tym mówić i nie wyobrażam sobie jak by to później wyglądało.

Skoro te 3 osoby wiedzą jakąś część, ale nie umieją opanować swojego języka i ciągle słyszę albo zachwyt na punkcie swoich dzieci i że dzięki dzieciom mają cel w życiu, albo narzekanie jak to im ciężko – co by było, gdybym innym powiedziała wprost, że my tyle lat walczymy z niepłodnością?

Każde spotkanie byłoby sztuczne na maksa. Jak ktoś nie umie myśleć i opanować języka, to po moim uzewnętrznieniu się będzie inaczej?

Będzie, ale chyba tylko na moją niekorzyść. Będę się czuła jak ostatnia ofiara losu.

Nie chcę, żeby ktoś się nade mną litował.

Żeby poszło szeptane w świat- „oni nie mogą mieć dzieci, więc nie ruszaj tematu”.

Nie jest mi z tym łatwo, ale czuję, że jeśli wyleję ten żal, będzie jeszcze gorzej. Teraz próbuję innych usprawiedliwiać. Gdy powiem prawdę jak jest, ja nie poczuję się lepiej, a oni pewnie nie będą umieli zareagować.

Mogę domyślać się klasycznych pocieszajek w stylu: wyluzuj, bo moja koleżanka jak pojechała na urlop to zaszła, jak już jesteście w ośrodku adopcyjnym to pewnie zaraz będzie ciąża. Albo w najlepszym wypadku westchnienia lub milczenia.

Mojemu rozmówcy taka informacja da zaspokojenie ciekawości, to pewne, ale co da to mnie?

Chyba boję się sprawdzić. Nie chcę się tłumaczyć. A niech myślą, że jestem nastawiona na robienie kariery (haahaaha), wolę to, niż litość lub wymowne milczenie albo  pocieszanie.

Wiem, że wielu osobom walczącym z niepłodnością rozmowa z bliskimi, znajomymi pomogła. Ja nie umiem sobie tego wyobrazić. W mojej rodzinie i rodzinie M. nie ma nikogo bezdzietnego, jesteśmy ewenementem.

Jak Wy sobie z tym poradziłyście? Czy po rozmowie o niepłodności z kimś, zrobiło się Wam lepiej? Czy ta osoba zaczęła Was lepiej rozumieć i potrafiła później podarować sobie ciągłe zachwyty nad swoim dzieckiem w Waszym towarzystwie?

Jeśli mam mocno skrzywiony obraz w tej kwestii to proszę naprowadźcie mnie i zachęćcie do działania;)  Choć wyzwanie jest spore, bo dałam radę milczeć 8 lat 😉

 

Reklamy

38 myśli na temat “O niepłodności nie rozmawiam z nikim poza M. Nie umiem…

  1. Witaj 🙂 podczytuję Cię od jakiegoś czasu, ale dzisiejszy post skłonił mnie do napisania komentarza. My zmagamy się z niepłodnością 7 lat , jesteśmy w trakcie 3 procedury invitro. Ja powiedziałam stosunkowo niedawno kilku osobom i bardzo tego żałuję (w tym mojej mamie i teściowej). W większości są ku temu powody opisane przez Ciebie w tekście. Kiedyś byłam raniona niechcący, teraz poraża mnie brak empatii i taktu u bliskich. Jest gorzej.

    Polubienie

    1. Droga K.
      dziękuję, że o tym piszesz. Gdy jestem świadkiem lub tym bardziej odbiorcą w rozmowie, gdzie brakuje wspomnianego taktu i empatii to zawsze zastanawiam się, czy mnie też się to zdarza. Czy ja czasami też walnę komuś taki komentarz, że w ostrogi piętowe idzie i nawet nie jestem tego świadoma?
      Teoretycznie, gdy ktoś jest już wtajemniczony w naszą trudną sytuację powinien sobie darować niektóre tematy, ale wiemy jak jest w praktyce.
      Ściskam najmocniej
      Lidia

      Polubienie

  2. Lidio, pisałam już kiedyś o tym u siebie, że często jest tak, że to nie my, a właśnie otoczenie nie radzi sobie z naszym problemem. Jak to? A no tak. Bo ludzie tak naprawdę nie lubię słyszeć prawdy, bo wprowadza ich w zakłopotanie. Myślą sobie, co tu powiedzieć, że mi przykro? Zaproponować, że pomogę? No, niby jak? (choć słyszałam już o takich przypadkach żartów, że ktoś proponował pożyczenie męża …) Można jeszcze udzielać tych wspaniałych, cennych rad w stylu: wyluzuj się, bo jak ja pojechałam w ciepłe kraje to od razu zaszłam, bo jak adoptujesz, to na pewno zaraz zajdziesz (tak jakby to dziecko ado miało tylko za zadanie Cię odblokować) Masakra. Ja nie rozmawiałam z nikim, bo po prostu nigdy nie spotkałam takiej osoby, która nawet nie tyle zrozumiałaby, co chciała zrozumieć. Na pytania o dziecko odpowiadałam, że nie każdy ma w życiu to co chciałby mieć i kto mądrzejszy to się domyślał. Tak czy siak ludzie nie zadawali pytań. Bo lepiej nie wiedzieć. Po co pytamy co u ciebie? Czy po to, żeby faktycznie ktoś powiedział nam prawdę? Nie sądzę. W większości przypadków to tylko formułka. Ja sobie obiecałam, że jak ktoś wyskoczy na forum coś o dzieciach, to powiem wprost, że ja poroniłam i od 7 lat w ciążę zajść ponownie nie mogę. Niestety nie zdążyłam wprowadzić swojego planu w życie. A szkoda. Chciałabym zobaczyć ich minę.

    Ludzie, którzy nie mogą mieć dzieci nagle przestają pasować do społeczeństwa, czegoś im brakuje. Bo nagle wszystkim się udaje, a Ty czekasz na swoją kolej i co? I nic. Pustka. Tylko, czy to tak trudno być empatycznym? Czy tak trudno zapytać kogoś, czy nie chciałby porozmawiać, dać mu wsparcie? Nie mówię o dalszych koleżankach, ale ludziach, którzy teoretycznie są nam bliscy.

    I takie jeszcze jedno spostrzeżenie i już kończę 🙂 Moja bliska koleżanka, która była świadkiem tego przez co ja przeszłam, od straconej ciąży po adopcję, stara się o dziecko od 9 lat. Ma teraz 38 lat, więc czasu coraz mniej, tak biologicznie. Czuję, że pomimo tego, że kto jak kto, ale ja ją rozumiem najlepiej, to czuję, że się odsunęła ode mnie. To znaczy jak się widzimy to rozmawiamy, ale te kontakty się jakoś rozeszły. Może dlatego, że ja mam już dzieci, a może po prostu każdy musi poradzić sobie z pewnymi rzeczami sam. Nie naciskam, bo ja też musiałam pewne rzeczy ogarnąć sama ze sobą, tak wewnętrznie. Pragnęłam tylko, by moje serce nie było wciąż wystawiane na cierpienie, którego i tak miałam dużo.

    Buziaki, szkoda, że ja nie prowadziłam bloga przed, bo chyba tu, w tym wirtualnym świecie znalazłabym więcej przyjaciół niż w świecie w którym żyję na co dzień…

    Polubienie

  3. Ojjjj Izzy Kochana,
    pożyczenie męża było mi proponowane już 7 lat temu ( i to przez tą koleżankę, która wie)…. tyle, że to M. trzeba pożyczyć żonę ;( Ale te głupie pocieszenia są tragiczne. Ci co pytają, a potem nie umieją ani krztyny empatii wykrzesać z siebie, to tak, jakby brali pod uwagę tylko jedną naszą odpowiedź – że dzieci nie chcemy mieć i kropka, a oni swoim podpytywaniem chcą nas tylko zawstydzić. Po czym wychodzi odwrotnie, nie umieją zareagować.
    Twoją odpowiedź, której nie zdążyłaś przetestować (całe szczęście) miałam w zanadrzu już wiele razy, ale ugryzłam się w język, choć zdarzyło mi się być na maxa niemiłą, ale jak to zrobiłam zostawię na inny post, bo to długa historia 😉
    Jak czytam o Twojej koleżance, to tylko 1 rzecz mi się nasuwa.
    To wygląda tak, jakby ona też bardzo chciała adopcji, ale ze względów od niej niezależnych to niemożliwe. Może dlatego ściska ją w gardle jak tylko widzi Twoją szczęśliwą rodzinkę. Ale jak jest, wie tylko ona.
    Buziakii
    L.

    Polubienie

    1. Wiesz, ludzie to chyba tak „na żarty” proponują takie rzeczy, bo gdyby tak naprawdę się zastanowili, to nie trudno zgadnąć jak bardzo to może kogoś zranić. Ale ja jestem pewna, że większość ludzi nie analizuje tego tak dogłębnie jak my tu na blogach. Palną coś, często nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Poza tym wydaje mi się, że w dzisiejszym świecie wszechpanujące nakierowanie tylko na siebie robi swoje. Ja ja ja tylko ja jestem najważniejsza. Ludzie są roszczeniowi i uważają, że są pępkiem świata. Tak jak napisała wyżej K. no przecież skoro komuś urodziło się dziecko to MA PRAWO się nim cieszyć tak? No tak, tylko jeśli ja mam super męża, a ktoś nie może znaleźć dobrego partnera to czy opowiadam mu ciągle jaki mój facet jest wspaniały? Ja nie, ale pewnie znajdą się i takie kobiety, które będą to robić, w myśl zasady, dobrze, że ja jestem po tej drugiej stronie…

      Jeszcze jedna myśl taka przyszła mi do głowy, nie wiem, czy się zgodzisz. Dziewczyny niżej piszą, że ludzie im kibicowali, że mogły o tym rozmawiać z innymi. Nie masz wrażenia, że tak jest, ale na początku? Ludzie się pytają, interesują, najlepiej jeśli jest kilka koleżanek, czy ktoś w rodzinie. Problem robi się wtedy, gdy starania się przedłużają, wszyscy inni dorobili się już dzieci a Ty nie. Co powiedzieć? Pytać? Spotykać się? Wtedy wszystko się zmienia, ludzie zaczynają mieć swój świat, pełen dzieci, a Ty zaczynasz nie pasować…No, chyba, że masz naprawdę wspaniałych przyjaciół i rodzinę, to tylko pozazdrościć.

      Co do koleżanki to nie sądzę, że ona myśli o adopcji, bo wie i ja to wiem, że jej mąż nigdy by się na to nie zgodził. Także zapewne nie bierze tego pod uwagę. Mogłaby chociaż częściej zadzwonić, albo napisać…
      Jeśli nie zajdzie w ciążę, nie będzie mieć dziecka.

      Polubienie

      1. Izzy, ja wiem, że te głupie żarty, to tylko żarty nad którymi autor nie zastanowił się nawet 1 sekundy. Ale po usłyszeniu kilkudziesięciu ma się dość.
        Zgadzam się z Tobą, że na początku starań jest łatwiej, zdarza się, że ktoś się interesuje i nam kibicuje – tak jak mi koleżanka z pracy. Skończyło się, jak ona zaszła w drugą ciążę, a ja kolejne 7 lat po jej drugim porodzie zachodzę …. w głowę jak to zrobić by zajść w ciążę 😉 Ludzie nie wiedzą jak reagować.
        Myślę, że jest też inaczej, jeśli nie jest się jedyną bezdzietną parą, podejmującą nieudolne próby zostania rodzicami. Tak, jak niżej napisała Monika – kilka par ma problem w ich środowisku, to zrozumienie tematu tez jest inne.
        A odnośnie tej Twojej znajomej, to właśnie pomyślałam o tym scenariuszu – że jej mąż nie chce adopcji. Sama pamiętam czas, gdy mój M. nie był przekonany do adopcyjnego dziecka. Ja wtedy nie umiałam nawet czytać blogów o adopcji, bo ogarniała mnie zazdrość i beznadzieja, że ostatnie rozwiązanie, dla mnie jest niemożliwe.

        Polubienie

  4. Izzy, mi nie zależy na żadnych radach, tym bardziej współczuciu, ale miło by było gdyby ktoś z bliskich powiedział „trzymam kciuki, jakbyś chciała pogadać daj znać”. No ale nasza niepłodność jest tematem tabu, nikt nie pyta, nie okazuje życzliwości. Teściowa po pierwszym szoku przeszła nad tym bez większej refleksji, obecnie zasypuje mnie informacjami o swoich wnukach. Ostatnio nawet pytała czy moja koleżanka z pracy urodziła i co urodziła, pytała się też czy sąsiadka ma bliźniaki , bo stał wózek na klatce. Dzieci – jedyny temat!!! Aż mam ochotę jej powiedzieć, żeby się opamiętała. Mało tego, niedawno szwagierka (o wiele młodsza ode mnie, z dwójką dzieciaków) wyskoczyła przy rodzinie i przy mnie, że ona ma prawo cieszyć się swoim szczęściem i o nim głośno mówić. Ma takie prawo? No ma…

    Polubienie

    1. K. powiem Ci, że ja dokładnie tego samego oczekiwałam, żeby właśnie ktoś się zainteresował i chciał zrozumieć. W zasadzie trudno tu zaradzić, ale gdyby tak jak mówisz, ktoś choć powiedział, że trzyma kciuki, zadzwonił od czasu do czasu… Ja kiedyś też już wspominałam o takiej osobie, może Lidia pamięta, jak usłyszałam, że „nie dzwoniłam, bo … nie wiedziałam co ci powiedzieć” Tia.
      A z moimi teściami było tak: bratowa mojego męża zaszła w ciążę miesiąc po ślubie(!), z drugim dzieckiem książkowo po dwóch latach. I kto miał mnie zrozumieć w tej rodzinie, czy umieć sobie z tym poradzić? Oni? Teściowa? Wtedy kiedy my wydawaliśmy setki złotych na leczenie, oni spłacili sobie wcześniej kredyt na mieszkanie. A my wydawaliśmy wszystko to, co nam zostawało. Teściowie nie podejmowali tematu, też przeszli nad tym do porządku dziennego. Ja akurat jestem już mamą, dzięki adopcji, ale powiem Ci, że gdy podjęliśmy tę decyzję i przekazywaliśmy teściom, w połowie rozmowy moja teściowa wyszła do kuchni. Byłam zaskoczona, więc poszłam za nią, a ona ociera łzy i mówi, że nie mogła sobie z tym poradzić. Ona nie mogła sobie z tym poradzić?!
      Nie miałam żadnego wsparcia w rodzinie mojego męża, w zasadzie o wszystkim wiedzieli tylko moi rodzice.
      I teraz się powtórzę, bo Lidia też już to czytała u mnie, ciągle tylko dzieci, dzieci, żadnych innych tematów masakra a szczytem było to, jak odwiedziliśmy brata a oni pytają, czy chcemy zobaczyć zdjęcia kupy ich córki!! (sorry, ale tak dosłownie to brzmiało) Pewnie chodziło im o to, że kolor o czymś tam świadczy, ale żeby takie rzeczy proponować osobie, która nie ma dzieci? Obojętne dlaczego ich nie ma, czy nie chce, czy nie może. eh

      Ma takie prawo… Tak jak Ty masz prawo tego nie słuchać. Trzeba trochę taktu, wyczucia, empatii i wyobraźni, dla niektórych to zbyt wiele. Pozdrawiam Cię serdecznie i trzymam kciuki 🙂

      Polubienie

  5. Powiem Ci, że ja nawet nie oczekuję życzliwości i zainteresowania w sprawie moich problemów.
    Ale nie da się ukryć, że miło by było nie musieć wysłuchiwać tych wszystkich opowieści o dzieciach w rodzinie, znajomych, wnukach. Tak jak napisałaś- jakby nie było już żadnego innego tematu. Po moim pytaniu co u Ciebie słychać, leci audycja o dzieciach albo wnukach. Czy to oznacza, że u tej mamy / babci nie słychać nic?
    Jasne, że każdy może się cieszyć swoim szczęściem, ale trzeba mieć odrobinę taktu, by zauważyć gdy to epatowanie szczęściem, innym przynosi nieszczęście.
    Brak słów…

    Polubienie

  6. U mnie chyba jednak jest inaczej. Od 3 lat się staramy, sporo par wokół też ma problem i w rodzinie i wśród znajomych, więc dla nas to nie jest temat tabu. Wiele osób wie, ale raczej z empatią pytają o leczenie, postępy, diagnozy. Nie spotkałam się z jakimś negatywnym nastawieniem czy skrępowaniem. Oczywiście pytań i głupich komentarzy raczej nie da się uniknąć, ale to od osób, które nie wiedzą i nie są mi na tyle bliskie, żebym chciała się z nimi dzielić takimi informacjami. Wtedy zawsze odpowiadam ‚Jak przyjdzie czas!’.
    P. S. Robimy krok do przodu w naszym leczeniu, zdecydowaliśmy się na inseminacje, mam nadzieję, że to pomoże nam przybliżyć się do szczęścia.
    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Uffff, przynajmniej Ty!
      Moniko, myślę, że u nas sytuacja byłaby mniej tajemnicza i milcząca, gdyby choć jedna para w okolicy nie miała dzieci. A u nas wszystkie wyszły (za mąż) i zaszły (w ciążę). W takim środowisku jesteśmy odludkami. Skoro wszystkim się udało od pstryknięcia palcem, to myślą, że my ” celowo robimy tak, żeby nie zrobić” 😉
      Trzymam kciuki za postępy w leczeniu
      Pozdrawiam
      L.

      Polubienie

  7. U mnie też raczej pozytywnie. O problemie z zajściem w ciążę wie kilka osób (rodzice, teściowa, najbliżsi znajomi). O adopcji również. Inni nie muszą wiedzieć, choć na pewno się domyślają. Obecnie wokół mnie same ciąże i małe dzieci. Na szczęście bliscy nie mają poczucia, że nie mogą podejmować przy mnie pewnych tematów. I dobrze. Chce cieszyć się ich szczęściem.

    Co do adopcji, to jestem na takim etapie, że oczekuję od osób wtajemniczonych zainteresowania. Czasem lepiej się czuję, jak „przegadam” temat. Gdy teściowa udaje, że tematu nie ma, to jest mi przykro.
    Chyba każdy w tych kwestiach ma trochę inaczej….

    Polubienie

    1. Olala, jakie Ty masz zdrowe, normalne podejście i „atmosferę” wokół całego niepłodnego tematu! Jakbyś mogła to pisz częściej i więcej, choćby w komentarzach, może udzieli mi się trochę Twojego opanowania i dystansu. Dobrze, że przegadujesz temat, ja przez jakiś czas tłamsiłam w sobie, potem psycholog ratowała sytuację.
      Dziękuję, że się podzieliłaś doświadczeniem.

      Polubienie

  8. Witaj! Twojego bloga znalazłam jakieś 2 miesiące temu, jak szukałam informacji, czy wizyty u psychologa pomagają w niepłodności. Za mną już 3 wizyty i faktycznie czuję się lepiej. My staramy się od 6 lat, przyczyny niepłodności nie znamy. Zakończyliśmy kurs dla rodziców adopcyjnych i czekamy na telefon😃 Poruszyłaś ważny temat. Ja jestem osobą dość zamkniętą w sobie, ale jednak sporo osób wie o naszym problemie. Te życzliwe czasem zapytają o nasze sprawy. Większość i tak nie ma dość empatii, by wczuć się w naszą sytuację. Nie chcę, aby obchodzili się ze mną, jak z jajkiem! Ale chcę, aby czasem zastanowili się choć przez chwilę, czy swoimi gadkami nie sprawią mi przykrości… Dziękuję za Twojego bloga. Podnosi mnie na duchu😃
    Pozdrawiam ciepło.

    Polubienie

    1. Agnieszko, miód na moje serce, gdy czytam Twój komentarz.
      Cieszę się ogromnie, że zdecydowałaś się na psychologa, to tak samo ważne jak leczenie ciała.
      Widzę, że te same drogi przeszłyśmy i czekamy na taki sam telefon 😉 I oczekujemy tego samego… ja też nie chcę użalania i obchodzenia jak z jajkiem. Jedynie inni mogliby się zastanowić nad tą kwestią: skoro oni żyją szczęściem dzieci i to nadaje im cel w życiu, to jak my się czujemy, gdy tego nie mamy? Czy naprawdę muszą nam to podkreślać na każdym kroku?
      Ściskam mocno
      L.

      Polubienie

  9. Doskonale Cię rozumiem, nie jesteś ewenementem, uwierz mi, mówi to osoba,która doświadcza tego samego co Ty, która zmaga się z takim samym problemem i wie,jak to wygląda od „kuchni”.
    Też czasem uważam, że ludzie nie mają wyczucia w wielu kwestiach, a już na pewno takich kiedy, co i do kogo powiedzieć i wkurza mnie to, jak daje do zrozumienia,że nie chce na ten temat gadać, a ktoś uparcie dalej go ciągnie….
    Masz zupełną rację, ja tak samo reaguje na to,jak słyszę ciagłe narzekania od rodziców 3, czy 4 dzieci,jak im to ciężko i jak zazdroszczą nam naszej bezdzietności- staram się z nimi nie dyskutować,bo wiem,że oni nie zrozumieją mnie,a ja ich, bo żaden z nas nie jest na chwilę obecną w danej sytuacji….
    Też stwierdziłam, że nie będę z nikim rozmawiać na ten temat,bo to niczego nie zmieni- jeszcze kiedyś dziadek mojego męża przy każdym spotkaniu zagadywał nas o to czy doczeka się prawnuków z naszej strony, później porozmawiałam z mężem na ten temat, że bardzo mnie to męczy i moja teściowa ukróciła temat, mówiąc swojemu tacie, by nie pytał nas więcej o dzieci, bo jest to drażliwy temat…
    My staramy się nie myśleć o naszej bezdzietności, nawet na codzień nie rozmawiamy ze sobą na ten temat; obraliśmy sobie jeden cel- jak najwięcej podróżować , zwiedzać świat i to jest jakieś rozwiązanie – pewnego rodzaju lekarstwo na „niemyślenie” o problemie; często mówię ludzią,którzy pytają mnie o dzieci, że na razie,póki jesteśmy młodzi korzystamy z życia i chcemy,jak najwięcej jeździć po świecie,bo po 1 na starość możemy nie mieć sił, zdrowia i wystarczającej ilości pieniędzy, a po 2, jak już będzie dziecko,to też takie wyjazdy mogą być utrudnione,bo wiadomo,jak wygląda podróży, zwiedzanie z dzieckiem…
    Także kochana nie martw się,
    Buziaczki

    Polubienie

  10. Dokładnie- to tylko zaspokaja ciekawość ludzi i potwierdza ich domysły, ale mnie zostawia na lodzie z przygnębieniem i złością, że znów uległam emocjom.
    My też staramy się jeździć, dużo wędrować po górach, zwiedzać. Nawet jutrzejszy dzień, który zazwyczaj spędzaliśmy w gronie rodzinnym, wykorzystamy na wyprawę w góry.
    Z czasem co raz mniej się przejmuję i przywiązuję wagę do tego co trzeba, a co raz więcej do tego co chcę 😉
    Buziaki

    Polubienie

  11. Cześć, pierwszy raz sie udzielam na Twoim blogu chociaz czytam od jakiegos czasu. Po pierwsze chce Ci podziekować. Twoje teksty daja mi do myslenia, dodają otuchy. Sama czekam.na dziecko2,5 roku i chociaz.uwazam sie.za.osobe silną, czasami fatalnie to.znosze. Ty przeszłaś więcej i tak życiowo i mądrze potrafisz.o tym pisać.

    Nawet tera zainspirowałaś mnie do małej rzeczy ale dającej radość w trudnej sytuacji. Wyrywamy sie na wycieczkę nad morze taką nie planowaną, co.w.naszym przypadku raczej sie.nie zdarza.

    Wracając.do tematu sama przeżyłam wiele takich sytuacji gdzie ludzie pytają o dziecko mówią ze juz mam swoje lat. Nawet nie moge odsiedzic babci bo wiem ze rodzina zacznie cisnąć i wróce z traumą. Po.ostatniej wizycie długo.dpchodziłam do siebie. Akurat byly tam kuzynki w ciaży a.oni pokazywali mi je z tejstem patrz jak.one ładnie wygłądają w.ciąży ty też.mogłabyś, pomóc wam itp. Raczej są to ludzie ktorzy sami nie wpadną na to ze wbijaja nóż. Tak samo w pracy ciągle.dopytywanie.insynuowanie ciąży. Czasami strach wyjść z domu a na myśl.o imprezie rodzinnej przechodze katusze. Nauczyło mnie to.też innego.traktowania innych ludzi. Teraz zwracam większa.uwage na to.co sama.mowie innym

    Polubienie

    1. Natalko, mam nadzieję, że nie ostatni raz się udzielasz 😉
      Moje przemyślenia na blogu to efekt walki z niepłodnością już od 8 lat. Nie piszę tego żeby się użalać, albo popisywać ile już wytrzymałam, ale żebyś wiedziała, że po 2-3 latach leczenia byłam na skraju wytrzymałości nerwowej i emocjonalnej. Potrzebowałam aż 8 lat, by nabrać dystansu, choć i dziś ponoszą mnie czasem niepłodne emocje.
      Jeśli mój blog i jego wytwory zainspirują Cię do czegoś, albo dodadzą choć trochę otuchy, to jest balsam na moje serce. Na razie tylko tu widzę sens mojej wieloletniej bezdzietności, więc korzystaj, bierz, inspiruj się, albo krytykuj jeśli masz inne zdanie.
      A wracając do rozmów o niepłodności z bliskimi – rozumiem Cię doskonale. Sama bardzo okroiłam wizyty u rodziny. Jadę tylko tam, gdzie chcę. Długo do tego dochodziłam i na początku robiłam tak, by nikogo nie urazić. Ale dlaczego ja miałam zawsze wracać poraniona? No i skończyło się. Jeśli kiedyś mam być matką, to najlepiej żeby zdrową psychicznie i emocjonalnie. Okrawam wszystkie znajomości, które działają na mnie toksycznie. Nie zawsze się da oczywiście, ale tam gdzie mogę to przewidzieć, to …. mnie nie ma 😉
      Nie bój się robić podobnie, Ty też jesteś ważna, ba… ważniejsza niż wszystkie ciotki!

      Polubienie

  12. O naszej niepłodności wie tylko moja siostra i parę bliskich przyjaciół, którzy mają podobne doświadczenia. Jak ktoś się pytał o dzieci to odpowiadałam, że jak przyjdzie czas to i dziecko będzie. Mam na tyle dobrych znajomych że nie wyskakują z opowiadaniami o swoich dzieciach i możemy porozmawiać na różne tematy 🙂

    Polubienie

    1. Jesteś koleją osobą, która ma neutralne, albo nawet pozytywne doświadczenia z rozmowy o niepłodności z bliskimi osobami. Próbuję wyciągnąć z tego jakiś wyznacznik. Może gdy w środowisku jest więcej niż jedna para borykająca się z niepłodnością jest więcej zrozumienia tematu, wyczucia, taktu?
      Dziękuję za Twój głos w tym temacie 😉

      Polubienie

  13. Ja nie mam z kim porozmawiać o mojej niepłodności, a czasem bardzo bym chciała to z siebie wyrzucić, przepracować temat. Mąż się złości, że się nakręcam, więc przestałam mu opowiadać. Inni (w tym moja mama!) szybko wykazywali zniecierpliwienie, albo zmieniali temat przy pierwszej możliwej okazji. Więc już nie mówię. W moim towarzystwie i w rodzinie nikt nie miał problemów z zajściem w ciążę, mało tego – moja szwagierka jak pomyślała , że chce być w ciąży to już w niej była (o czym chętnie przypomina przy każdej okazji). A w związku z tym, że w rodzinie i wśród znajomych jest wysyp maluszków, to (jak już wcześniej wspominałam), jest to jedyny temat. Czuję się przez to taka gorsza, niepasująca. Chciałabym nad tym zapanować, bo przecież niepłodność nie może mnie definiować. I do tego zbliżają się święta – dla mnie najgorszy czas w roku (urabiam męża, by gdzieś wyjechać, jak co roku z resztą i znów nie chce się zgodzić).

    Polubienie

    1. Droga K. tak bardzo Cię rozumiem, że nawet sobie nie wyobrażasz!
      Czytam Twój komentarz i jakbym własne myśli sprzed 3-4 lat czytała. Każda z nas starających się o dziecko ma taki czas, że chciałaby o tym porozmawiać, ale nie na zasadzie odpowiadania na pytania ciekawskich, tylko wyrzucenia tego z siebie. To ogromnie pomaga uspokoić emocje, nabrać dystansu.
      Mnie dopiero pomogła terapia u psychologa, ale dziś wiem dlaczego. To była jedyna osoba, z którą mogłam szczerze porozmawiać o moim problemie, która nie zrobiła przerażonej miny, nie pocieszała sztucznie, pomogła spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.
      Polecam Ci gorąco rozmowę z psychologiem, szczególnie gdy Twój mąż nie jest za bardzo wylewny w tych sprawach (tak jak mój).
      Albo pisz pamiętnik, bloga, więcej komentarzy na stronach w temacie niepłodności – nie trzymaj tego w sobie, bo tak możesz wpaść w podobny dołek jak ja kiedyś – wygrzebanie się z niego zajęło mi kupę czasu.
      Pozdrawiam gorąco
      L.

      Polubienie

  14. Podziwiam Cię Lidio, że 8 lat milczysz, ja nie dałabym sobie chyba rady z takim ciężarem, którego nie miałabym z kim unieść, oczywiście był mąż, ale to facet, a ja czułam potrzebę, aby powiedzieć o tym komuś jeszcze. W rodzinie nikt nie wiedział, bo też myślę że by nie zrozumieli, nikt nie jest tam bezdzietny i raczej z zajściem w ciążę też nikt nie miał problemów (a to dziwne, bo w dzisiejszych czasach chociażby statystyka powinna wskazać kogoś z nich jako tego niepłodnego…) Powiedziałam natomiast o swoim problemie siostrze, mamie i kilku koleżankom. Teściowie siłą rzeczy też wiedzieli. Komuś powiedzieć musiałam, bo potrzebowałam, aby zrozumieli mnie kiedy będę miała gorszy czas, lub kiedy zwyczajnie zadzwonię zapłakana z potrzebą wygadania się. Ale czy rzeczywiście pomogło mi to, że o tym mówiłam? Sama nie wiem, miałam taki okres kiedy odcinałam się od wszystkich i wtedy to zrozumienie było potrzebne. Nie duś w sobie wszystkiego, pozwól czasem emocjom wypłynąć na wierzch, tak dla zdrowotności, jesteś tylko człowiekiem i jak każdy potrzebujesz się uzewnętrznić 😊

    Polubienie

  15. Oj zgadzam się z Tobą w 100%, emocje muszą mieć jakiś wentyl bezpieczeństwa, więc raz na czas je upuszczam 😉 Poza tym ostatnio już naprawdę rzadko muszę to robić.
    Wiem jedno, powiedziałam o swoich problemach 1 koleżance na samym początku starań (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tyle mi zejdzie). Dziś ona ma 2 dzieci i nie widzi powodu, żeby na każdym spotkaniu o tych dzieciach mi nie opowiadać. Jakoś nie szczególnie moja sytuacja daje jej do myślenia. Więc czy coś tym zyskałam? Akurat w tym przypadku nie, dlatego boję się kolejnych.
    Trzymaj się cieplutko :*

    Polubienie

  16. Dziewczyny. Czy któraś z Was odważyła się i wprost powiedziała „Nie możemy mieć dzieci. Czy to chciałeś/łaś usłyszeć”?
    Zastanawiam się czy kiedyś nabiorę tyle odwagi, siły w sobie.

    Polubienie

  17. Ja kiedys podobnie odpowiedzialam mamie, czy nie przyszlo jej do glowy ze po prostu nie mozemy. A ona mi na to, ze
    nie:-p
    A uslyszalyscie kiedys: co ty mozesz wiedziec skoro nie masz dzieci? Jak mozesz byc zmeczona skoro nie masz dzieci? Albo moje ulubione jak bedziesz miec swoje dzieci to zobaczysz?

    Polubienie

    1. No te zdania to klasyki 😉
      Przecież wiadomo, że zmęczone mogą być tylko mamy, że one wiedzą wszystko, a Ty skoro nie masz dzieci to nic nie widziałaś, zobaczysz dopiero jak będziesz mieć 😉 Helołłł!
      Ja już na to nie reaguje, staram się unikać relacji z takimi osobami. Dla mnie to wampiry energetyczne, którym osobiście trochę … współczuję.
      I nie o to chodzi, że brak im taktu i wyczucia, ale o to, że takie kobiety szacują swoją własną wartość tym, że są matkami i urodziły dzieci. Od tego momentu wiedzą wszystko, jest im najciężej i moje ulubione- piją zawsze zimną kawę, bidulki 😉 Więc co Ty możesz wiedzieć o życiu skoro zawsze pijesz ciepłą? 😉

      Dobra, koniec ironii, ale jestem po 4-ro godzinnym spotkaniu pseudo-biznesowym z 4 koleżankami. Wszystkie wiedzą, że nie mam dzieci, ale to nie przeszkodziło, by 3 godz. naszego spotkania, każda z nich opowiadała o swoim porodzie, cesarce i zarobieniu, bo mają dzieci. A najlepsze momenty z dyskusji brzmiały tak: „wiesz jak jest, leżysz na sali po cesarce, boli cię tu.. i tam” – a ja kiwałam głową, bo przecież wiem jak jest 😉

      Polubienie

  18. Nasza nieplodnosc to żaden temat tabu. Rozmawiam o tym otwarcie i uswiadamiam wszystkich dookoła, że nie jestem żadnym ewenementem. Takie rzeczy się dzieją. Nie tylko nam. Staramy się prawie 1,5 roku, ale ja zdążyłam już przejść przez wszystkie możliwe stany: nadzieja, optymizm, objawy ciąży, smutek, wstyd, unikanie tematu, złość na inne ciezarne, rozczarowanie, psychiczne doły, stany depresyjne, poczucie beznadziei, obojętność, zdanie się na los, aż w końcu nastała akceptacja. Póki co jesteśmy na etapie poszukiwań przyczyn, ale przez cały czas moi najbliżsi o wszystkim wiedzą. Otwarcie mówię, że zdarza mi się płakać przy każdej miesiaczce, że to doświadczenie jest najtrudniejszym w moim życiu, że jest to tak ciężkie, że miałam wrażenie, że nie będę w stanie wyjść z dołka. Moje przyjaciółki cały czas nas wspierają, rodzina też dodaje nam otuchy. Wszyscy są zainteresowani tematem. Gdy na początku próbowali omijać temat, ja sama mówiłam o postępach w leczeniu. Mimo że jesteśmy na początku badań, już teraz zdarza mi się mówić otwarcie o adopcji i wiem, że będę miała u nich pełne wsparcie, bo tego od nich oczekuje i za co często im dziękuję. Kiedy ktoś, kto nas nie zna zbyt dobrze, i pyta, dlaczego nie mamy jeszcze dzieci, ani nie owijamy w bawełnę, ani nie ucinamy rozmowy. Mówimy, że jesteśmy na etapie badan. Oczywiście zdarzają się głupie teksty w stylu „musicie się odblokować”, ale wydaje mi się, że już każdemu zdążyłam wytłumaczyć, że jest w błędzie. Już mnie to nie boli. Wiem, że oni chcą dobrze, ale nie mają wiedzy na ten temat. Ja chętnie pokazuje im, że ten ból jest podobny do traumy po stracie bliskiej osoby. I uwierzcie mi, że oni są wdzięczni za taką szczerą rozmowę. Wtedy zaczynają naprawdę wspierać. Tak, jak w Waszej sytuacji, większość ludzi wokół nas ma już dzieci. I co z tego? Cieszę się ich szczęściem. Jestem fajną ciocią i chętnie pytam ile ważą, ile ząbków mają, jak się zmienia pampersa i jak najszybciej położyć dziecko do spania. Regularnie dostaje ich zdjęcia i filmiki i wcale tego nie unikam. Traktuję nieplodnosc jako czas, który jest tylko przejściowym etapem. Czasem, który zaprowadzi mnie albo do ciąży albo do adopcji. Dziewczyny, otworzcie się. Chcecie unikać ludzi przez kolejne miesiące? Same chcecie skazywac się na samotność? Ona w niczym Wam nie pomoże, a wręcz sprawi, że rozczarowanie i złość będą rosły. Chcecie się wkurzać na każdą ciężarna, każdy wózek i każde pytanie? Pobudka! Zmiana nastawienia pomoże Wam zrzucić ogromny ciężar. Wyrzuccie to z siebie. Oczekujcie wsparcia, bo od tego są najbliżsi. I uswiadamiajcie ich. Nieplodnosc to często problem, który wymaga ich uwagi i zainteresowania.

    Polubienie

    1. Droga Szczęśliwa, dzięki za Twój głos w dyskusji i ogromne gratulacje za Twoje podejście.
      Nie da się ukryć, że z Twojego komentarza bije energia, entuzjazm i Twoja postawa względem niepłodności tylko ułatwia Ci życie. Mam nadzieję, że nigdy nie przerobisz na sobie długich starań o dziecko i walki z niepłodnością, która trwa latami…. wtedy nie tak łatwo się „obudzić”.
      Pozdrawiam
      L.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s