Podsumowań nigdy nie robiłam, ale…Właśnie że „nigdy” nie istnieje i w tym roku robię wyjątek. Czyli za co jestem wdzięczna w tym 2018 roku i co się obowiązkowo piecze w wiewiórkowym domu od święta

Zawsze ten przełom roku starego i nowego działał na mnie jak śnieg na Alasce, czyli nijak. Wszędzie w telewizji podsumowania, wybieranie gwiazdy albo żenady roku. Na blogach planowanie i ustalanie nowych celów. Szczerze, to do tej pory śmieszyło mnie to.

Ale w tym roku…

Zatrzymałam się na chwilę, zaczęłam myśleć co przyniósł nam ten 2018 rok i doszłam do wniosku, że chyba zmienił w naszym życiu sporo. Że może nie chcę go jakoś podsumowywać, bo to raczej kojarzy mi się z bilansem zysków i strat, ale bez dwóch zdań powinnam za niego podziękować.

Tak, podziękować, bo to był dobry rok!

Wydarzyły się w nim rzeczy duże i małe. Ważne i te mniej ważne, ale też najważniejsza do tej pory. Kurczę, nie mogę przejść koło tego obojętnie.

Nie da się ukryć, że dzięki temu, że ten rok był wyjątkowy, to aż chce mi się myśleć o następnym. Pierwszy raz nie w kategoriach – oby tylko nie był gorszy. Pierwszy raz zaczynam brać to co jest i cieszę się z tego. W końcu nie wyciągam ręki po więcej, czy jak to kiedyś usłyszałam od pewnego zakonnika – nie staram się już Panu Bogu nic wyszarpać. Czekam pokornie na prezent, ale nie wyczekuję go na każdym kroku. Raczej staram się te kroki kierować innymi drogami, by przy okazji zrealizować inne, małe cele.

Ale o celach innym razem.

Celebrować wdzięczność

Nie wiem czy Wy też macie taki zwyczaj celebrowania wdzięczności, ale jeśli nie, to gorąco polecam. To jeden ze sposobów, który pomógł mi uporać się psychicznie z problemem niepłodności. Najlepiej „uprawiać tą wdzięczność” codzienne, choćby 5 min przed zaśnięciem.Takie szybkie przypomnienie, co dziś dobrego mnie spotkało, kto powiedział mi coś miłego? Komu ja wywołałam uśmiech na twarzy, do kogo skierowałam jakiś drobny gest, a może to było zwyczajne spotkanie, ale tak naprawdę żadne spotkanie nie jest zwyczajne, tylko wyjątkowe.

Ja chciałam uczynić wdzięcznym cały ten 2018 rok. Mimo, iż były w nim momenty trudne i zaskakujące, to jestem wdzięczna, że sobie z nimi poradziliśmy. Dziś widzę płynące z nich dobro.

 

Być wdzięcznym za wszystko

Czyli co przyniósł nam 2018 rok?

A najbardziej cieszę się z tego właśnie …. że nauczyłam się być wdzięczna. Zmieniłam nastawienie do wielu spraw, bo z takim jakie miałam rok temu, nawet 2018 rok oceniłabym zwykłym, szarym, dalej niepłodnym oczywiście, czyli generalnie „rok bliżej śmierci” 😉 Wiem że taki czas był mi potrzebny, ale dziś widzę ile tych miesięcy uciekło mi gdzieś obok…

Najcudowniejsze jest dla mnie to… że mam M. i że nadal jesteśmy RAZEM, że mimo naszej bezdzietności nasz związek się nie zawalił. Mimo iż na początku walki z niepłodnością (2011r) podziwiałam pary, które starały się 5 i więcej lat i w myślach powtarzałam sobie – jeśli musiałabym być na ich miejscu na pewno zwariuję, albo M. mnie rzuci. I co? Życie udowodniło mi, że się myliłam 🙂 Łatwo nie było, to fakt, ale wbrew pozorom nasze problemy scaliły nasz związek. Wiem, że mam u swojego boku kogoś, na kogo mogę zawsze liczyć. I to jest cudowne. Szczególnie, gdy patrzę na naszych znajomych, których małżeństwa już dawno się rozpadły i to nie z braku dzieci..

Te Święta Bożego Narodzenia i inne sytuacje w tym roku, jakoś szczególnie przypomniały mi, jak dobrze mamy oboje, że mamy jeszcze pełne rodziny. Święta, które w tym roku były w rozjazdach, ale minęły nam wyjątkowo miło. Wiele sytuacji rodzinnych radosnych, ale też bardzo trudnych pokazało nam, jak fantastycznie jest mieć rodzeństwo. Jak dobrze jest mieć kogo odwiedzić, albo zaprosić do siebie. Jak fajnie jest móc się naradzić z siostrą i bratem, by pomóc rodzicom. W rodzinie siła! Musimy się cieszyć tymi rodzinami, z których pochodzimy, a nie tylko upominać się o swoją, nową.

Być wdzięcznym za wszystko

Kiedyś marzyliśmy o tym, by w końcu zamieszkać na stałe w jednym miejscu i w końcu się to spełniło. Po ślubie 3x przeprowadzaliśmy się, zmieniając mieszkania, pracę, województwa i przewracając życie do góry nogami. Wszystko to za sprawą moich zobowiązań zawodowych. Gdy kupowaliśmy auto, wiadomo było, że musi być combi – tak na wypadek kolejnej przeprowadzki, tak żeby zmieścił nam się materac z wersalki do spania, gdyby trzeba było na szybko wynająć nowe mieszkanie 😉

Teraz od 3 lat mieszkamy w jednym miejscu i myślę, że ruszy nas stąd już tylko .. domek za miastem, ale o tym na razie tylko marzymy. Dopiero w tym 2018 roku zauważyłam tak namacalnie, jak fantastycznie jest mieć stały dom, powoli go remontować (bardzo powoli). Cieszyć się, że każda kupiona do niego rzecz, będzie już tu na stałe, jest nasza. Tym sposobem w tym roku wymieniliśmy kilka podstawowych, ale koniecznych sprzętów i nie śmiejcie się, ale …. kupiliśmy nasz pierwszy telewizor ! (a za chwilę 9 rocznica ślubu).

Jestem ogromnie wdzięczna za zdrowie. W tym roku wyjątkowo nam dopisało! Nie mieliśmy żadnych niemiłych informacji lekarskich o zdrowiu M. i to już wystarczający powód, by ten rok uznać za bardzo udany.

Moja tarczyca nie popisała się żadnym większym wyskokiem, już nie mówiąc o takich przygodach jak rok temu.

Kilka razy wybrałam się też do osteopaty, co gorąco polecam każdemu, ale szczegóły może w innym poście. I w końcu zrealizowałam postanowienie sprzed wielu lat – wybrałam się do dermatologa.

Tak, wiem że brzmi to infantylnie. Dziś sama się dziwię, że zwlekałam tak długo, ale… przecież zawsze czekałam, bo mogę w tym miesiącu być w ciąży … i tak zeszło mi ok 5 lat, albo lepiej. Już dawno chciałam usunąć znamiona i włókniaki, które przeszkadzały mi na szyi i dekolcie. Ale od tego się nie umiera, a może przecież w tym cyklu się uda i tak oto moja „wieczna ciąża” wydłużyła działanie o lata. Koniec z tym, bo to niedorzeczne, a nawet śmieszne.

Być wdzięcznym za wszystko

Myślami wracam często do wakacji i naszych urlopów, których w tym roku było sporo. A właściwie był to urlop nawet nie ilościowy, ale po porostu dobrze zagospodarowany. Pierwszy raz byliśmy w Chorwacji, która bardzo nam się spodobała. Spełniliśmy marzenie i odwiedziliśmy Medugorje, a to wszystko w 8 dni. Postanowienie na następny rok, jeśli się uda – to urlop wydłużamy do 2 tygodni 🙂 Oprócz tego w roku kalendarzowym urządzaliśmy sobie wypady w góry i uzbierało się nam ich aż 6! To nasz najlepszy wynik do tej pory. Oby przyszły rok również pozwolił na takie wędrówki.

Być wdzięcznym za wszystko

W górach odpoczywamy najlepiej. Uwielbiam zmęczyć ciało (a u mnie wiele nie trzeba:) a potem oddać się błogiemu lenistwu na polanie w słoneczku, albo w schronisku z grzanym winem. To dla nas najlepsza forma relaksu. Już powoli obmyślam jakiś wyjazd na naszą rocznicę ślubu w lutym – jak macie jakieś sprawdzone, przytulne miejsca to polećcie w komentarzach proszę.

Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że mamy pracę i zawsze mieliśmy co do garnka włożyć. Że w tym roku sprawy zawodowe się ustabilizowały i nie denerwujemy się tak jak kiedyś, np. składając papiery do OA. Że podjęliśmy na początku roku decyzje, które dziś okazały się słuszne – kamień z serca.

Już nie taki idiopatyczny świat

No i chyba perełka – największy dar w tym 2018 roku – „Lekarz, który wiedział”. Ta lipcowa wizyta rozwaliła cały, nasz idiopatyczny, ale już jakoś poukładany świat. Teraz mogło być tylko lepiej. Niestety mój organizm okazał się być wyjątkowo oporny.. nie wzruszał się na ostateczne możliwe leczenie.

Tak, nie będę ukrywać, trochę mnie to rozczarowało. Nawet rozżaliło, wróciły stare emocje, wpadłam znów w stary świat. Świat badań, leków, zastrzyków, wizyt lekarskich.

Ale jestem szczęśliwa, że znam przyczynę – czekałam na to 8 lat. Mimo braku cudu, widzę moje złośliwe KIRy w czerwonych, radosnych kolorach. Dziękuję Bogu, że spotkałam tego lekarza, że teraz już wiem, bo należę do tych, co chcą wiedzieć wszystko, nawet gdy to wiadomości złe. I dziękuję też za to, że jakoś się pozbierałam z tego mini – żalu i wróciłam do mojego nadal bezdzietnego, ale mojego świata.

Cieszę się, że jestem w tym miejscu, gdzie jestem. Że zrzuciłam z siebie „odpowiedzialność” że muszę podołać i zajść w ciążę, że umiem siebie zaakceptować taką, jaką jestem. To chyba mój największy cud – kiedyś nie mogłam sobie tego nawet wyobrazić. 

Życie się zmienia, my się zmieniamy. Chyba podchodzimy do wszystkiego z większą pokorą i wtedy dostrzegamy więcej otrzymanych darów..

Jak mogę dostać więcej, gdy nie umiem się cieszyć z tego co mam?

 

2018

 

A Wy, robicie podsumowania? Planujecie działania na kolejny rok?

Pomyślę, może i ja, ustalę  sobie jakieś cele na 2019..

 

Tymczasem życzę Wam udanego wejścia w ten Nowy Rok. Aby Wasza lista wdzięczności za 2018r była możliwie najdłuższa, byście dostrzegali te najmniejsze dary i momenty, które otrzymujemy codziennie – to one przynoszą nam szczęście.

Zdradzę Wam jeszcze przepis na najlepsze na świecie słone paluszki mojej kochanej Babci.

To wypiek obowiązkowy w naszym domu od lat. W święta paluchy rozeszły się ekspresowo, a przepis poleciał w różne zakątki Polski.

Jeśli nie macie pomysłu  na sylwestrową przegryzkę, albo dodatek do czerwonego barszczu zamiast krokietów – to do dzieła!

słone paluszki babci

składniki:

  • 75 dag mąki
  • 8 dag drożdży
  • 30 dag masła
  • 1 szkl. kwaśnej śmietany
  • 1 łyżka cukru (ja pomijam)
  • 1 jajko

dodatkowo do posmarowania:

  • 1 roztrzepane jajko do posmarowania paluchów
  • kostka żółtego sera do starcia
  • sól do posypania

Działamy:

  1. Mąkę posiekać z tłuszczem (ja twarde masło ścieram na tarce, na grubych oczkach 🙂
  2. Drożdże rozmieszać ze śmietaną i cukrem w kubku i wlać do mąki (pominęłam cukier i ciasto i tak ładnie wyrosło)
  3. Dodać jajko i zagnieść ciasto
  4. Ciasto włożyć do lodówki i wyjmować porcjami
  5. Rozwałkować na grubość 0,5 cm, posmarować roztrzepanym jajkiem i mocno posolić
  6. Posypać startym serem i kroić w paski
  7. Piec w dobrze nagrzanym piekarniku do zrumienienia (u mnie na termoobiegu, 180 st C. i po 5-7 min są gotowe)

 

PS. Tak, mają gluten i nawet laktozę mają!  Ale wspominałam już kiedyś, że u nas z okazji świąt obowiązują dyspensy :)?

Reklamy

32 myśli na temat “Podsumowań nigdy nie robiłam, ale…Właśnie że „nigdy” nie istnieje i w tym roku robię wyjątek. Czyli za co jestem wdzięczna w tym 2018 roku i co się obowiązkowo piecze w wiewiórkowym domu od święta

  1. Jestem wdzięczna za całą masę rzeczy. Przede wszystkim za miłość, tą rodziców i mojego męża. Za ludzi którzy są nam przychylni i za to, że nie wszystko da się w życiu zaplanować…
    Wiele małych sytuacji, pozornie nic nie znaczących, gdy wydaje mi się, że pomimo wysiłku nic nie wychodzi nagle się spełnia. Ale inaczej niż planowaliśmy.
    Pozdrawiam Cie serdecznie
    Właśnie ‚oczyszczam ‚ myśli meczach ciało na górskich szlakach.

    Polubienie

    1. Anonimko,
      jaki mądry ten komentarz :* W sumie to ja też dziś jestem wdzięczna za to, że nie wszystko da się w życiu zaplanować – ślicznie to ujęłaś. Dopiero po jakimś czasie widzimy, że nie wszystkie nasze plany i postanowienia byłyby dla nas dobre. Są inne drogi, które dostrzegamy dopiero jak zmienimy perspektywę.
      Cudownych chwil w górach życzę i zazdraszam trochę – daj znać jak było i gdzie byliście 🙂

      Polubienie

  2. Obserwuje Cię od niedawna, choć po ‚diagnozie ‚ dotyczącej niepłodności którą usłyszałam na początku sierpnia szukałam wparcia w kimś w internecie to wtedy Cię nie znalazłam. Teraz czuję, że to nie był przypadek, bo musiałam bardzo mocno to przepracować i się z tym pogodzić żeby teraz czytać Twoje wpisy z wielką miłością i poczuciem, że wiem o czym piszesz i wiem, że nie jesteśmy same. Teraz już śmiało mogę powiedzieć, że ja też jestem bardzo wdzięczna za ten rok. 🙂
    Bardzo podziwiam Twoje świadectwo i bardzo za nie dziękuję! 🙂
    Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

    1. Kasiu – Gigantko,
      cieszę się, że do mnie zaglądasz, ale najbardziej to gratuluję Ci tak szybkiego ogarnięcia się po diagnozie. Mnie, jak już pewnie wiesz z początkowych wpisów, zajęło to wiele lat, a nie kilka miesięcy. Choć uważam, że te stare wpisy i tak nie oddają mojego żalu, smutku, uporu i rozpaczy, bo pisałam je po kilku latach. Może i dobrze, bo w teraźniejszości zabiłabym wszystkich moją depresją 🙂 Dlatego ogromnie Cię podziwiam!
      Tak trzymaj, bo bez względu na to,jak toczy się leczenie i ile trwa, szkoda marnować czas na ciągłe zagnębianie się tylko niepłodnością.
      Ściskam gorąco nową czytelniczkę jeszcze w starym roku 🙂
      Lidia

      Polubienie

  3. Jestem Ci przede wszystkim wdzięczna za ten artykuł. Jestem pewna, że podniesiesz na duchu nie jedną z nas. Ja jestem wdzięczna za ludzi, którzy mnie otaczają i wspierają na każdym kroku. Po części jestem nawet wdzięczna za ten trudny czas niepłodności, bo pokazał mi, że nie wszystko da się zaplanować i zrealizować, tak jak tego chcemy. To była solidna lekcja pokory i kubeł zimnej wody na moje poukładane życie. Piszę „była”, choć jeszcze wcale się nie skończyła, ale póki czeka na mnie kolejny krok, a tym razem jest to laparoskopowe usuwanie niedrożnosci jajowodow, nie poddaję się i nieustannie wyczekuję tego szczęśliwego dnia, cały czas ciesząc się tym, co daje mi każdy dzień. Jeszcze raz chciałabym Was wszystkie zachęcić do porozmawiania o niepłodności z Waszymi bliskimi. To Oni są naszą siłą i podporą 😘

    Polubienie

    1. dokładnie tak, nie wszystko da się zrealizować tak, jak tego chcemy. Niestety i stety 🙂
      Trzymam kciuki za laparoskopię i by kolejny rok przyniósł miłe niespodzianki, a nie kubły z zimną wodą.
      Wszystkiego najspokojniejszego :*

      Polubienie

  4. Lidko,
    Ja jestem przede wszystkim wdzięczna podobnie ja Ty za to, że mimo niepłodności jak nas spotkała wciąż jesteśmy razem i na pewno nasz związek mimo wszystko jeszcze bardziej się wzmocnił. Ma też nadzieję,że przyszły rok będzie inny mimo wszystko. W zeszłym z różnych, niezależnych od nas przyczyn bardzo bardzo mało podróżowaliśmy.

    Polubienie

    1. No właśnie, można powiedzieć, że „dzięki” tej niepłodności widać w jak odpowiedzialnych relacjach jesteśmy i to już jest ogromny dar, za który ja też jestem wdzięczna.
      To samych udanych wypraw w nowym roku życzę :*

      Polubienie

  5. c.d:):) dlatego też postanowienie na Nowy Rok- więcej podróży małych i dużych.:):)
    Jesteśmy cały czas w trakcie leczenia i w momencie takim,że nie wiemy co dalej robić….
    Oby przyszłe miesiące ukierunkowały nas na dobrą drogę:):)

    Szczęśliwego roku kochana dla ciebie i dla wszystkich dziewczyn!!!

    P.S. Polecam na Luty- Dacza u Turysty i Biegacza- Zakopane- Olcza.
    https://pl-pl.facebook.com/daczazakopane/

    Miejsce niesamowite, stworzone przez moją koleżankę ze studiów i jej męża. Widok od nich z domu na panoramę Tatr, z dala od zapchanych Krupówek, można się naprawdę wyciszyć i odpocząć ….i nie jest to reklama hehe:) Wiem,że Wam się tam po prostu spodoba…:):)

    Polubienie

    1. Kasiu, pamiętam w naszym leczeniu kupę takich momentów „że nie wiadomo co robić”. Dziś z perspektywy czasu widzę, że rozwiązania przychodziły pomału same. Najbardziej wkurzało mnie to, że przychodziły „pomału”. Ale wszystko ma swój czas. Obecny wykorzystajcie dla siebie możliwie najlepiej, a na niepłodność i myślenie o niej poświęcajcie możliwie najmniej. Niech nie zdominuje Wam życia – tego w nowym roku życzę.
      Bardzo dziękuję za polecenie Daczy, już mi się podoba!

      Polubienie

  6. Lidio i wszystkie dziewczyny! Życzę Wam właśnie takich prostych radości na co dzień. Żeby niepłodność nie przesłoniła tego, że świat naprawdę jest piękny i można tyle cudownych rzeczy robić i docenić choćby to, że mamy dobrze funkcjonujących związek, pomimo tego, że tak bardzo wystawiony jest na próbę.

    Powiem Ci szczerze, że ja kiedyś w teorii to wszystko wiedziałam, ale zupełnie nie potrafiłam się ogarnąć i cieszyć tym, co mam., To znaczy cieszyłam się, że kochamy się coraz mocniej, że mam wsparcie, że podróżujemy, że coś tam planujemy, że uprawiamy sport, ale przez cały czas tak zwana „rysa na szkle” nie pozwalała mi na to pełne szczęście. Brak dziecka to jednak zbyt duża pustka, by ją „zapchać”, ale na pewno można nauczyć się z tym normalnie żyć. Dopiero gdy zobaczyliśmy inną drogę dla nas, otworzyły się moje oczy na piękny świat, który do tej pory widziałam przez dziurkę od klucza, niczym Alicja w Krainie Czarów. Ciekawe, czy u Was też tak było.

    Lidio, mam nadzieję, że ten rok będzie dla Was przełomowy. Czekam razem z Tobą i założę się, że pisząc następne życzenia za rok, będą zupełnie inne 😉

    Ściskam mocno i zaciskam kciuki! Wiem, że Nowy Rok co by nie mówić, zawsze daje nadzieję na poprawę.
    Do zobaczenia o rok starsze! (ojej ja już będę miała …. lata!! A nie, czekaj, 10 lat byłam zahibernowana w niepłodności, to w zasadzie tego nie liczę;) )

    Polubienie

    1. Izzy, wiem o czym piszesz – ta „rysa na szkle” skrzywiła mi obraz na kilka ładnych lat. To prawda, że ciężko tą pustkę czymś zapchać, a nawet jak się uda i wypełni czas po brzegi, to często i tak myśli same uciekają wiadomo gdzie..
      Tak sobie myślę, że wszystko ma swój czas. Ja teraz czuję o wiele większy spokój, a czasami nawet pośpiech, bo mam wrażenie, że z kilkoma ważnymi sprawami mogę nie zdążyć zanim zadzwoni ten telefon 😉 Kiedyś ten niepokój chyba wynikał z podświadomości, że to jeszcze może trwać strasznie długo.
      Ja Tobie również życzę cudownego nowego roku, albo nowego roku pełnego małych cudowności :*

      ps. Czyli ten niepłodny czas się odejmuje? To my całkiem młode babki jesteśmy 🙂

      Polubienie

      1. Hehe, nie wiem jak Ty, ale ja czuję, że ten czas, kiedy to wszystko kręciło się wokół jednego, zabrał mi kilka pięknych lat. Ale ja mu nie pozwolę i żądam zwrotu! Także jakby coś to zawsze sobie odejmuję i wiesz? Chyba tak trochę się czuję, te parę lat młodsza. Normalnie jakby mnie ktoś z jakiegoś snu obudził 😉 Dobrze, że to nie Seksmisja, bo jeszcze by się okazało, że chłopów nie ma 😉

        Tak wracając do tematu jeszcze tego wyczekiwania. Wydaje mi się, że decyzja o adopcji daje spokój, bo tak jak piszesz, nie znasz dnia ani godziny. Przy staraniach o ciążę, może się okazać, że minie 10-15 lat i nic. Kiedyś usłyszałam od znajomej (zresztą panienki, więc sama nie miała doświadczenia w tym temacie), może nawet już Ci wspominałam o tym, że „powinnam była zacząć się starać wcześniej” No fajnie, tylko ja zaczęłam wcześniej, nie mając 45 lat, tylko 20 z hakiem… Ludziom czasem nie przyjdzie do głowy, że będąc po 30 masz już za sobą np. 9-letnie starania o dziecko. No bo jak to, że później spada płodność to wiadomo, ale teoretycznie dwudziestoparolatka powinna zajść od razu prawda? A jednak nie zachodzi… Gdybym ja wtedy wiedziała, że to tyle potrwa, może też bym nie uwierzyła, sama nie wiem.

        Tak czy siak, cieszmy się z tego co jest. Już wielokrotnie rozmawiałyśmy na ten temat, że lepiej przez to nie przechodzić, wiadomo, ale skoro musimy to z pokorą to przyjmijmy. Na pewno czemuś to służy. Ja już się dowiedziałam po co to było, myślę, że niedługo i Ty też :))

        Polubienie

        1. Wiesz, ja już przestaję się złościć na tą bezmyślność ludzi. Skoro otoczenie przyzwyczaiło ich, że większość par bierze ślub i po 3 miesiącach ona jest już na L4 to nie dziwię się, że nawet dla tych singielek oznacza to jedno – my się nie staramy 😉
          I tylko my wiemy kiedy „zaczęłyśmy” i że nawet gdybyśmy „zaczęły w przedszkolu” to też pewnie nic by z tego się nie urodziło 😉 Widocznie tak miało być.

          Oj masz rację, decyzja o adopcji daje ogromny spokój. Po pierwsze tak jak napisałaś – wiemy, że kiedyś to nastąpi, szybciej lub później, ale nastąpi. A po drugie, u mnie chyba ważniejsze – mi ta decyzja dała ulgę od odpowiedzialności. Po kwalifikacji już wiem, że to nie ode mnie zależy kiedy znajdzie się nasze dziecko. Już nie zastanawiam się czy mój organizm łaskawie przestanie się na mnie obrażać i przyjmie tą ciążę. A niech się obraża, mam inną drogę i nie potrzebuję już zgody mojej macicy (przepraszam za dosadność).

          Żyję życiem, a nie cyklem – jakie to jest cudowneee!
          Buzaki:*

          Polubienie

  7. Jestem czytelniczką Twojego bloga już od ponad roku, ale właśnie dziś postanowiłam zostawić ślad;) O dziecko staraliśmy się od początku małżeństwa (w styczniu przyszłego roku miną 3 lata). Przeszliśmy też przez naprotechnologię, ale nic na siłę…. W czerwcu tego roku zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego. Panie z ośrodka nie kryły swojego zdziwienia (2,5 roku po ślubie, ja 27 lat, bez inseminacji, in vitro i bez kategorycznego stwierdzenia przez lekarzy, że nigdy nie będziemy mieć biologicznych dzieci). Za ten rok i za wszystko co mnie w nim spotkało jestem ogromnie wdzięczna, ale… nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na następny. Dziewczyny podziwiam Was wszystkie, pamiętajcie jesteśmy wyjątkowe i wszystko jest po coś (mam nadzieje, że ja też kolejny raz się o tym przekonam). Owocnego (w spełnianiu marzeń – tych małych i dużych- różnymi drogami) Nowego Roku ! 🙂

    Polubienie

    1. Kingo,
      zdążyłaś w ostatnim momencie zostawić swój ślad w 2018 roku 😉 – ciesze się bardzo.
      W ogóle nie dziwi mnie Wasza decyzja, mimo wieku, mimo braku diagnozy, bez podejścia do IVF – niektóre rzeczy się po prostu czuje, a nie tłumaczy 😉 Ja pamiętam, że my też mieliśmy wybrać się do OA pierwszy raz dokładnie w Waszym wieku, ale jakoś losy potoczyły się inaczej. Choć plan był już zaawansowany i ośrodek wybrany. Widocznie tak miało być.
      Życzę Ci w następnym roku mnóstwo chwil i zdarzeń, które jeszcze bardziej utwierdzą Cię w Waszej decyzji i że „wszystko jest po coś” – bo jest, ja też tak uważam!
      Ściskam :*

      Polubienie

    2. Kingo! Przepraszam, że się wcinam w Waszą konwersację 😉 ale tylko chciałam napisać, że gratuluję Ci decyzji, jeśli tylko jesteście jej pewni to zaoszczędzi Wam wiele lat cierpienia, tak jak piszesz nic na siłę, a dziecko to dziecko 🙂 Czekam teraz z koleżanką na telefon, oni też zgłosili się w podobnym wieku. W ośrodkach może czasem się dziwią, ale to też forma testu, na ile jesteście zdecydowani i na ile jest to przemyślane. Trzymam zatem mocno kciuki za ten Rok, na pewno i dla Was będzie przełomowy i szczęśliwy, bo będzie się działo coś pozytywnego. Wszystkiego dobrego!

      Polubienie

      1. Izzy, Ty się „wcinaj” ile możesz 🙂
        Nie chcę napisać, że żałuję że nie zgłosiliśmy się wtedy do OA, ale chyba trochę…
        Dlatego popieram Izzy – jeśli jesteście pewni decyzji, to trzeba działać, a nie czekać. Po kwalifikacji i tak się czeka, więc pewnie ze 2-3 wiosny Wam przybędzie.
        U mnie musiało się pewnie zadziać wiele innych spraw, więc wszystko się rozwlekło w czasie.
        Ale.. co nam jest pisane – gdybyśmy pozostali przy pierwszej decyzji o adopcji – poznałybyśmy się Izzy w OA, ale okazało się, że po latach i to przez pół Polski internet i blogi też potrafią połączyć 🙂

        Polubienie

        1. No widzisz, nie udało się tam, to „dopadłam” Cię na Internecie 😀 Ale popatrz, jakie to czasem przeznaczenie, że nie poznajesz kogoś, że nie masz czegoś, że coś się nie uda, ale za kilka lat spotykasz tę samą osobę, na innym już etapie swojego życia, udają się pewne rzeczy i otwierasz oczy, bo wtedy zdajesz sobie sprawę z tego, po co to było. Że gdyby nie te wydarzenia to nie byłabyś tą samą osobą, nie poznałabyś wspaniałych ludzi, miejsc, pomimo tak dotkliwej goryczy porażki. Dziś wiem, że to co przeżyłam to ogromny dar i cieszę się, że w odpowiednim czasie go przyjęłam, choć opakowany był w cierpienie i żal. Jakie to szczęście Lidio, że w pewnym momencie się opamiętałyśmy co? Twój maluch też już stoi w kolejce, pewnie przestępuje z nóżki na nóżkę myśląc, czemu to tyle trwa 😉

          Polubienie

    1. Jaki Nowy Rok, taki cały rok 🙂 Widzę, że Ty rozpoczęłaś go naprawdę żwawo z samego rana. Więc niech Ci się wszystko spełni, co zaplanowałaś, a resztę pewnie sama zrealizujesz 😉 Obfitości!

      Polubienie

  8. Bardzo Wam dziękuję:) Hmmm… z tego co czytam to wśród czytelniczek (przynajmniej tego bloga) dominuje problem niepłodności kobiecej. W naszym przypadku jest odwrotnie. Ja oczywiście tez zostałam gruntownie przebadana (łącznie z niedrożnością jajowodów, podstawową immunologią, genetyką). Przez pewien czas było mi bardzo ciężko- bo nie umiałam poradzić sobie sama ze sobą, a nie chciałam ranić męża – uczuć, które mi towarzyszyły nie da się opisać (Wy wiecie o czym mówie…). Większość wpisów, wątków na blogu odnosiłam do siebie (często pojawiały się w najbardziej odpowiednim dla mnie momencie- dodawały siły i otuchy:)) Odnośnie wsparcia rodziny i najbliższych to bywało z tym różnie. Muszę przyznać, że mnie najbardziej drażniły słowa: „O adopcja… super, ale nie martwcie się jak adoptujecie, to na pewno będziecie mieć jeszcze własne”. Czasem nie miałam siły przekonywać, że to adoptowane będzie nasze :). Hmmm niby 3 lata drogi do bycia rodzicami, a wszystkie wątki, lekarze, miejsca, słowa to dosyć obszerny materiał na książkę.
    Lidio- nawiązując bezpośrednio do Twoich ostatnich wpisów, nawet sobie nie potrafisz wyobrazić jak Cię rozumiem. Najgorsza prawda, ale prawda, jakaś świadomość co jest przyczyną. Na chwile obecną my jej nie znamy i są małe szanse, żeby ją poznać. Ostatnio nawet rozmawialiśmy na ten temat i u nas to nie jest pytanie czy mamy szanse na zostanie biologicznymi rodzicami, tylko co jest przyczyną takich wyników u męża (na dzień dzisiejszy wszystkie przyczyny zostały wyeliminowane). Jak robiliśmy badanie genetyczne i Pani profesor powiedziała wszystko w porządku, to w pierwszym momencie pojawił się zawód (bo to przecież była ostatnia możliwa przyczyna…)
    A nawiązując do adopcji, nie będę ukrywać, że… decyzja o zgłoszeniu się do ośrodka (dosyć szybo, jeszcze w trakcie leczenia naprotechnologią) była również spowodowana opisem Waszej drogi, jak przeczytałam o 2,3 latach to stwierdziłam, ze nie ma na co czekać. My usłyszeliśmy, że od przyjścia do ośrodka, do zastania rodzicami mija ok. 1,5- 2 lat, więc wynika z tego, że wyjątkowo krótko. Jak będzie faktycznie… czas pokaże. Wierzmy, że będzie dobrze i w najlepszym czasie dla każdej z Nas 🙂
    Uściski :*

    Polubienie

    1. Tak, te hasła o dzieciach „własnych” i adoptowanych pozostawię bez komentarza 🙂 bo myślę dokładnie jak Ty.
      Kingo, nie chcę być ciocią-dobrą radą, bo ja wiem jak to brzmi, ale.. wiem też że przy niepłodności człowiek łapie się wszystkiego. Czasami brak konkretnej diagnozy i informacji co mamy „popsute” może świadczyć dobrze. Może organizm męża potrzebuje tylko (albo aż) dużego wspomagania. Wiem, że ogromna szansa, że od tego zaczęliście, ale jeśli nie, to polecam gorąco – dietą i porządnym odżywieniem można w kilka miesięcy poprawić nawet najgorsze wyniki u panów, jeśli nie ma innej, wyraźnej przyczyny. Jeśli nawet to nie pomoże, to wyjdzie na zdrowie. Ja widzę u siebie i męża zmianę ogromną dzięki diecie i suplementom, choć niestety na moją genetykę to nie zadziała.

      Cieszę się też że nasza historia zmotywowała Was do adopcyjnej drogi, choć nie ukrywam, że trafiliście na superaśny OA. Nawet nie pytam który to tak szybko działa, bo najchętniej przepisałabym się do Waszego i jeszcze wepchnęła w kolejkę przed Was 😉
      My od zgłoszenia do OA czekamy już 2,5 roku, a od kwalifikacji 1,5. Z naszej grupy jeszcze nikt nie dostał telefonu.

      Polubienie

  9. Jestem wdzieczna na zdrowie, milosc , jedzenie , prace, za to ze jestesmy razem, ze mamy siebie pomiomo nieplodnosci duzo sily dla wszystkich starajacych sie.

    Polubienie

  10. Droga Lidio,
    jestem tu zupełnie nowa, odkryłam Twój blog przed świętami – to chyba taki prezent na Boże Narodzenie:).
    Chciałam na razie powiedzieć tylko jedno – dziękuję! Dziękuję za te wszystkie wpisy i opisy, za ten czas i cząstkę siebie jaką nam dajesz! Przez ten krótki czas zdążyłam już przewertować większość Twoich postów i nawet podać dalej:).
    Zapisałam się również na wizytę do Pani Stasi:)

    Pewnie nie wytrzymam i wkrótce się jeszcze odezwę:D

    Pozdrawiam ciepło!

    Polubienie

  11. ” Mimo iż na początku walki z niepłodnością (2011r) podziwiałam pary, które starały się 5 i więcej lat i w myślach powtarzałam sobie – jeśli musiałabym być na ich miejscu na pewno zwariuję, albo M. mnie rzuci. I co? Życie udowodniło mi, że się myliłam 🙂” O tak… ja też się myliłam. Ja jestem poprostu wdzięczna za to co mam, a jeśli dostanę kiedyś więcej to będzie taki bonusik 🙂

    Polubienie

    1. No ja chyba przez te 5-6 lat byłam „niewdzięczna”, albo zupełnie nie umiałam się cieszyć z tego co miałam. To między innymi dała mi niepłodność – zaczęłam doceniać dziś i to co mam. Niektórzy długo uczą się pokory 🙂

      Polubienie

  12. Trafiłam tu przez przypadek. Czytam wpisy. Chciałabym już być na tym etapie – na etapie wewnętrznego spokoju. Daleko mi do tego. Bliżej jeszcze do łez, buntu przez brak odpowiedzi na zadawane sobie pytania. Będę tu wracać.

    Polubienie

    1. Spokój przychodzi z czasem. U mnie przychodził bardzo powoli, bo sama mu w tym skutecznie przeszkadzałam. Daj sobie czas na wszystko: na łzy, na bunt, na krzyk i na bezsilność. To są emocje, które zawsze towarzyszą niepłodności, to normalne.
      Zapraszam zawsze, gdy będziesz tego potrzebować 🙂
      pozdrawiam
      Lidia

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s