Życie na biegu czy na hamulcu ręcznym?

Jest niedzielny ranek, choć ktoś inny określiłby, że to już mocne przedpołudnie. M. jeszcze śpi. Ja już nie mogę uleżeć, bolą mnie plecy, już dawno nie ćwiczyłam, właściwie już dawno nie robiłam większości moich rutynowych czynności. Zwlekłam się z łóżka, zagotowałam wodę w kuchni na napój cytrynowo-imbirowy i poszłam zakręcić włosy na wałki. Moje włosy to poranna męczarnia, nie rozumiem czemu ja nie mogłam dostać takiej bujnej fryzury jak M. Przecież on i tak ją ścina 1x w miesiącu. A ja kręcę, tapiruję, lakieruję i …, a szkoda gadać.

Rozłożyłam matę do ćwiczeń w salonie. Jak zazwyczaj w niedzielę, pierwsze pół godziny poświęciłam na aktywność – dziś ćwiczenia na odcinek szyjny i piersiowy. Na przełomie grudnia i stycznia miałam już taką mobilizację, że wstawałam o 6 rano, czyli 20 min wcześniej, by poćwiczyć przed pracą. Potem te wszystkie nieprzyjemne zdarzenia stycznia wywróciły rutynę do góry nogami.

Powoli wracamy już do starego rytmu dnia. Ja, do rytmu o dwóch twarzach. Do rytmu szybkiego, zdecydowanego, gdzie staram się załatwić jak najwięcej spraw i mam poczucie, że czas leci nieubłaganie. Do rytmu, który opisywałam Wam w „planie przedmacierzyńskim” , gdy spieszę się by zdążyć jeszcze to przeczytać, tamto uszyć, a najlepiej nauczyć się tego nowego, bym mogła pracować z domu i nie martwić się zasiłkiem macierzyńskim w wysokości 900zł jak już będę z Maluchem w domu. W końcu mija nam właśnie 20 miesięcy od kwalifikacji w OA, przecież za niedługo mogą zadzwonić.

Wszystko fajnie, tylko co chwilę niepotrzebnie wkracza do mojego życia drugi rytm dnia – rytm totalnej bezsilności. Rytm, który złośliwie mi podpowiada, że to i tak nie ma sensu, że to wszystko się tak dłuży, a straszą, że potrwa kolejne tyle miesięcy. Że w tym tygodniu obchodzimy naszą 9. rocznicę ślubu i zamiast się cieszyć z tylu spędzonych lat razem, to ten cholerny wewnętrzny chochlik tylko irytuje pytaniem „9 lat bez dziecka- jest się z czego cieszyć, serio?”

Rano przed pracą czasem wchodzę do salonu, w oko rzuca mi się co najmniej 3 książki, które z chęcią bym przeczytała, ale teraz. Tylko teraz przecież muszę już wyjść. Wczoraj popołudniu, gdy miałam możliwość czytać, jakaś wewnętrzna niemoc znów trzymała mnie na hamulcu ręcznym i włączyła tryb „trwaj”. Wieczór zleciał, a ja leżąc w łóżku przypominam sobie ile fajnych rzeczy nie zdążyłam zrobić, bo nawet nie zaczęłam. Może jutro zrobię, tylko czy jutro znów będę „na ręcznym” czy „na biegu”….

Potrzebuję złotej recepty jak ten drugi tryb, który nazywam trwaniem raz na zawsze wyrzucić z życia. Piszę o nim, bo zainspirowałyście mnie same do tego. W ostatnim miesiącu dostałam wiele maili ze słowami, że ja tak spokojnie przechodzę przez tą niepłodność, że potrafię tak z zimną krwią o tym napisać. Najpierw zastanawiałam się czy nie pomyliłyście blogów, przecież to nie o mnie, przecież ja jestem furiatka. Potem dotarło do mnie, że większość postów pisałam grubo po fakcie. Odczekiwałam, aż emocje opadną, nie chciałam epatować złą energią, bo każda z nas  w niepłodności i tak ma ją już w pakiecie.

Gdy się do Was dłużej nie odzywam to zazwyczaj oznacza, że emocje mi dopiero opadają, a ostatnio potrzebuję coraz więcej czasu na powrót do równowagi. Mam nadzieję, że teraz będzie już z górki.

kawa piórotulipany i kawa

W ubiegłym tygodniu na spotkaniu z 2 koleżankami z pracy (jedynymi wtajemniczonymi w naszą sytuację i adopcję), jedna z nich opowiadała o swojej znajomej, która właśnie zaszła w ciążę – ma 48 lat. I ja wtedy jedyne co sobie pomyślałam, że jeśli dla mnie Bóg ma podobny plan, to chyba się nie wygrzebię z depresji. Choć wiem, że wielu spraw się nie przeskoczy i życie sprawia różne niespodzianki, to po 23 latach czekania, nie wiem czy byłaby to dla mnie nagroda. Poprawcie mnie jeśli mam skrzywione myślenie, bo wiem, że mam swoje „kuku” na punkcie wieku i planowania (bo przecież do 30-stki miałam być matką 2 dzieci), ale takim prezentem chyba nie chciałabym być obdarowana.

Słonko dziś pięknie świeci, siedzę przy oknie i spoglądam co rusz na widoczną w oddali Babią Górę, jakiś ptak za oknem ochoczo śpiewa. Popijam kawę plujkę, bo 2 tyg. temu zepsuł się nasz ekspres- ślubny prezent. Z utęsknieniem czekam aż go naprawią. Nie mam dziś żadnych konkretnych planów, poza tym, by nie siedzieć w internecie, bo ten też przyczynia się do mojego życia na hamulcu, ale o tym kiedy indziej. M. szykuje śniadanie, pójdziemy pewnie na spacer i do Kościoła, a potem dzień z książką, a może z kursem budowania stron internetowych.

Wczoraj mnie wzięło na aktywność w kuchni, więc dziś prawie nie gotuję. Tarta szpinakowa i sałatka z pieczonych buraków czekają jeszcze na dziś. Przy okazji bardzo polecam ten przepis znaleziony u Kingi, dzięki niej zaczęłam jeść buraki!

Miejcie cudowną niedzielę, czyli pełną malutkich, zwyczajnych cudów.

W mojej kawie znalazłam dziś tulipany 🙂

tulipany w kawie2

Reklamy

32 myśli na temat “Życie na biegu czy na hamulcu ręcznym?

  1. Ja tez mam taka niemoc. Wiadomo trochę do tego przyczynia się niepłodność, ale też takie ogólne przemęczenie. Tak mi się wydaje, że mimo chwili wolnego popołudnia mam za dużo pomysłów na siebie że niewiadomo od czego zacząć. Poza tym jak dla mnie pora jesienno-zimowa jest dość ciężka psychicznie do zniesienia. Nie lubię tych ciemności. Wstajesz rano półmrok, wracasz po pracy już zachód.
    Ostatnio przez l4 i ferie zmobilizowałam się do robienia biżuterii bo miałam ten komfort psychiczny ze tyle wolnego przede mną. Muszę się też wziąć za utrwalanie wiedzy z javy i html bo już na tym moim kursie nie wydalam. Byle do wiosny…

    Polubienie

    1. No ja mam taką niemoc, ale nie jest związana z porą roku. Często słyszę od innych, że jak już przychodzi wiosna, słońce to znów dostają skrzydeł. Próbuję u siebie to jakoś zdiagnozować, kurczę, jestem poza normą 😦 Mnie wiosna nie dodawała jakiś szczególnych skrzydeł.
      A czasem trafiają się dni, tygodnie, że energia mnie rozpiera, sprzątam, czytam, gotuję i załatwiam tysiąc spraw. Chyba to związane z moją tarczycą, kiedyś nie wierzyłam, że hormony tyle potrafią.
      Moniko, pochwal się swoimi programistycznymi doświadczeniami, jak Ci idzie nauka, na jakim jesteś etapie?

      Polubienie

      1. No, szczerze mówiąc wiem więcej niż przed rozpoczęciem kursu, ale za mało żeby się chwalić. Może wkrótce znajdę czas dla siebie żeby ta wiedzę usystematyzować. Chyba wreszcie stał się ten upragniony, długo nieosiągalny cud…

        Polubienie

  2. Od jakiegoś czasu Cie podczytuje i powiem Cie ze nie jestes sama wiele kobiet nie pisze ale duzo zmaga sie problemem niepłodnosci zycze Ci szczescia i radosci nie zaleznie jaka to bedzie droga do macierzynstwa.

    Polubienie

    1. Dziękuję Ci bardzo, zapraszam częściej. Niestety to prawda, że krąg osób niepłodnych ciągle się rozrasta. Mam nadzieję, że każdy znajdzie jednak swoją drogę do szczęścia. Pozdrawiam
      Lidia

      Polubienie

  3. Jesteś pewna, że niemoc dotyczy niepłodności? Może to faktycznie hormony lub chandra jesienna… Ja ostatnio robię nic choć plany też były wielkie. I do tego bardzo mnie drażni jak ktoś (mąż zazwyczaj) mi zwraca uwagę. Nie rozkminiam skąd mi się to wzięło. Tego też mi się nie chce.

    Polubienie

    1. Droga K, ostatnimi 2 zdaniami mnie rozbawiłaś 🙂 Znam ten stan, taki też mi się zdarza, choć rzadko, ale zdarza. I powiem szczerze, że nawet go lubię, bo to takie świadome przyzwolenie sobie samej na luz… nie powiem gdzie i brak spinki. Mnie wyżej chodziło jednak o inny stan, takiej totalnej bezsilności w której nie chodzi o leniuchowanie. O to że dziś nie robię obiadu i mam to gdzieś. To inny stan, taki w którym nie masz na nic siły i nie widzisz celu, a przy tym jest mi z tym tak źle, ze szkoda gadać.
      Ech, dobrze, że powoli mija i małymi kroczkami idę do przodu.

      Polubienie

  4. Przepraszam Cię Lidio, pewnie nie takiego komentarza oczekiwałaś… Ale myślę, że każda z nas powinna dać sobie prawo , przynajmniej od czasu do czasu, do leżenia na kanapie bez wyrzutów sumienia. Od nieumytej podłogi czy nieprzeczytanej książki świat się nie zawali 😉

    Polubienie

  5. A też mam widok na Babią, tyle, że muszę wyjść z domu kawalek😀 Myślę, że warto czasem odpuścić i poprostu pobyć. Jeśli masz blisko do Suchej B. to polecam jogę u Krystyny Kołacz😀

    Polubienie

    1. Oooo, klub widoków babiogórskich 🙂 ale ja do Suchej mam ze 100km. Ja ten widok na Babią mam dość .. odległy 😉 Ale i tak koi nerwy i wycisza genialnie. Kawa, cisza i piękny widok za oknem 🙂

      Polubienie

  6. Bardzo dziekuje Ci za Twojego bloga i Twoje wszystkie posty. Dzieki Tobie nie czulam sie samotna ze swoimi emocjami w walce z nieplodnoscia. Niesamowite ze mamy tak samo na imie, jestesmy w podobnym wieku i mamy ten sam problem. Pamietam, ze moim marzeniem tez bylo urodzic 2 dzieci przed 30stka. A tu 33 urodziny w tym roku juz obchodzic bede. Ty tez nie jestes sama w swoim mysleniu, takze odnosnie poznego macierzynstwa! 5 lat temu na pielgrzymce w Medziu dostalismy od Boga slowo, ze „Twoja zona jest nieplodna, ale urodzi Ci syna, niech sie tylko wystrzega wina i sycery” – slowa dotyczace narodzin Samsona. Pamietam jaka ogarnela nas radosc. Bog przeciez zawsze dotrzymuje obietnic. Ludzie na pielgrzymce zaczeli mowic, ze Bog takze nigdy nie zwleka z wypelnieniem obietnicy. Odstawilam wiec alkohol i czekalam na ciaze. Mijal miesiac, dwa, trzy i nic. A ja juz nie wiedzialam co mam ludziom mowic, dlaczego nie pije. Na poczatku mowilam o slowie od Boga, a pozniej zaczelam sie wstydzic ze w to uwierzylam 😦 zdesperowana zdecydowalam o podjeciu przez nas leczenia nieplodnosci. Pamietam jak w maju 2018 jadac na pielgrzymke do Rzymu ze wspolnota powiedzialam ludziom, ze ja w Boza obietnice wierze, ale na pewno to dziecko to on mi da rok przed menopauza. Jak Abrahamowi. Bede juz stara i nie dam rady wstawac do niego w nocy, i to bedzie kara a nie nagroda. Niedlugo potem szwagierka powiedziala, ze jest w ciazy. Tez dlugo sie starali, u meza byla jakas bakteria w nasieniu. Jedni lekarze probowali zabic ja antybiotykami, ale bezskutecznie. Inni twierdzili, ze w Afryce jest wiecej bakterii a problemu nieplodnosci nie ma, wiec niech szukaja przyczyn gdzies indziej. Dopiero dr Radko z Warszawy skierowal ich na kuracje, ktora wytepila te bakterie. Zaraz potem zaszli w ciaze. Zdecydowalismy w sierpniu, ze tez udamy sie do dr Radko. U mojego meza niby wyniki byly nienajgorsze, ale ponizej norm. Lekarze twierdzili, ze wystarczy jeden plemnik i mieli ciaze z gorszymi wynikami. Dr Radko postanowil jednak zawalczyc o jakosc tego nasienia. Dal hormony i suplementy. Po 2 miesiacach kuracji wyniki krwi meza oszalaly, wszystkie hormony „wyrabane w kosmos”. Przerazilam sie, ale lekarz uspokajal, ze wie co robi i by sie tym nie przejmowac. Hormony bral maz jeszcze chwile, potem juz tylko suplementy. Zrobilismy wyniki nasienia – ilosc i ruchliwosc wreszcie przepiekna. Lekarz sam byl troche w szoku, kazal sie starac. Miesiac mija i nic, drugi i tez nic. Zaprosilam nieplodnosc na swieta, chociaz w samo Boze Narodzenie Bog dal mi radosc z przebywania z ciezarna szwagierka. Po swietach zal i niemoc wrocila. Ku mojemu zaskoczeniu w polowie stycznia okazalo sie, ze jestem w ciazy. Tak dlugo czekalam na ten moment, mialam zaplanowany ten dzien, gdy robie test, bo spoznia mi sie okres lub mam jakies objawy, jak juz cos przeczuwam, no i dwie kreski, ja wychodze uradowana z toalety i oznajmiam mezowi, ze bedzie tata. Radosci nie bedzie konca. Praktyka wygladala znow inaczej. Lekarz kazal mi przez 2 tyg po owulacji brac progesteron bo moj byl niski i nie odstawiac go nim nie zrobie testu. Uznalam to, za wyjatkowo glupie zalecenie, bo przeciez testy sa zawsze negatywne i tylko robia mi niepotrzebna nadzieje. Czesto tez dostawalam okresu jeszcze przed uplywem tych 2 tyg wiec nie robilam wtedy testu. Cykl grudniowo/styczniowy niczym sie nie wyroznial, poza tym ze byla pozno owulacja przez swiateczny stres. Objawow nie mialam zadnych. Maz mial kupowac bilety na wakacje. A ja mu powiedzialam aby dzien poczekal, bo musze ten glupi test zrobic, nie wiem po co. Rano robie test, na odwal sie, a tu dwie kreski. Wychodze z toalety z placzem, ze kupilam zlezaly test bo jakas glupote pokazuje, przeciez to niemozliwe. Mialam wrazenie, ze to zart, ale przeokrutny. Zal do Boga, jak on moze tak ze mnie drwic i grac na moich uczuciach. Maz stwierdzil: „nie wiem co Ty kupilas”. Poszlismy wiec do innej apteki, bo najdrozszy test. Z robieniem poczekalam do kolejnego ranka, bo co jak zrobie wieczorem i bedzie negatywny i bede sie zastanawiam co by bylo z porannego moczu. Czekanie bylo dlugie, noc przez nas oboje nieprzespana. Rano cisza. Robie test. Pokazal 2-3 tyg ciazy. Mysle: dalej ktos mnie wkreca. Czytam ulotke: test moze byc falszywie pozytywny przy torbieli. No to na pewno jest moj przypadek. Przypaletala sie jakas torbiel. Oczywiscie zglebilam wszystkie fora na temat falszywie pozytywnych testow. Jeszcze tego samego dnia poszlam do gina – potwierdzil ciaze. My dalej nie wierzymy. Czekamy 2 tyg na badanie z biciem serca. Serce bije, dziecko sie rozwija. Teraz jestem juz w 9tym tyg., mam objawy, ale caly czas nie moge uwierzyc. Mam wrazenie, ze snie i zaraz sie obudze. Czytam poradniki dla ciezarnych, ktore podsuwa mi szwagierka, ale to wszystko takie surrealistyczne. Czytam Twoj blog, i tu wszystko takie bliskie mojemu sercu. Mam nadzieje, ze uda mi sie kiedys wygonic nieplodnosc z mojej glowy. Aby zostala mi tylko empatia do nieplodnych par. I zaczac wreszcie wierzyc, ze Bozych planow nie przewidze, ani nie zrozumiem, ale nie chce on mi dac pierwszego dziecka rok przed menopauza, bo wie, ze sie tego boje. Bede za Was sie modlic!

    Polubienie

    1. Lidio, jesteś wytrwałą dziewczyną! Gratulacje dla Was! Czyli co jest komu pisane / obiecane to i tak nie ucieknie 🙂 Przyznam się szczerze, że ja również tylko boję się, by nie zostać matką w wieku 50-tki, bo to już nie będzie nagroda. No ale skoro u Ciebie wszystko się tak pięknie poskładało, to i my się pewnie doczekamy.
      Pozdrawiam i teraz dużo siły życzę!
      Buziaki
      L.

      Polubienie

  7. Kochana, przede wszystkich cudne zdjęcia! Powinnaś często kupować tulipany, może świata nie naprawią, ale na pewno sprawią, że będzie ciut piękniejszy. 🙂
    Trudno powiedzieć skąd taki okres u Ciebie. Może to faktycznie problem z hormonami? Nie znam się na tym 😦
    Nic mądrego chyba nie wymyślę, ale wiesz co, zgadzam się z przedostatnim komentarzem tu u Ciebie na blogu. Czasem dzisiejszy świat wydaję się być jak chatka z piernika, w którym ludzie zawsze są mili, piękni i nie mają problemów. Mnie to bardzo przytłaczało, nie wiem jak Ciebie, że w zasadzie wydawało mi się, że coś ze mną jest nie halo, bo każdy jako tako sobie radzi, a ja muszę udawać przed całym tym światem, że ja też. Szlag trafia jak słyszysz, że wszystko będzie dobrze… Czasem po prostu ciężko zebrać się do kupy i znaleźć w tym wszystkim sens. A tu nawet człowiek porządnie posmucić się nie może. Trzeba przecież normalnie żyć, funkcjonować. I kurczę jak ten robot wstajesz rano, robisz swoje, wracasz i tak mija kolejny rok, dwa. Nic się nie zmienia…
    Jejku zamiast Cię pocieszać takie rzeczy piszę 😦 Lidio, nie umiem sprawić, żebyś poczuła się lepiej, ale mam nadzieję, że uwierzysz na nowo i znajdziesz w sobie choć odrobinę siły, by jeszcze dać życiu szansę…
    Ściskam mocno!

    Polubienie

    1. Izzy, ja wcale nie chcę pocieszania. Raczej chciałam uczciwie się przyznać, głównie przed tymi co mnie podziwiają, że spokojnie niepłodność znoszę, że ja jej nie znoszę! 🙂 Że czasem bezsilność mnie zabija. A że teraz mi się taki gorszy okres skumulował, to tak wyszło.
      Pamiętam ze studiów, zajęcia z psychologii, gdy prowadząca mówiła: najgorsze co można powiedzieć osobie, w jakiejś trudnej sytuacji, to że wszystko będzie dobrze. I zgadzam się z tym, więc nie tylko Ciebie szlag trafia 🙂 Myślę, że tysiąc razy lepiej nic nie mówić i po prostu pomilczeć z kimś przez chwilę, a nie sztucznie przyklejać plaster „wszystko będzie dobrze”. A może nie będzie, jeszcze długo, a mimo to, trzeba żyć.
      Ściskam Cię mocno :*

      Polubienie

  8. Od jakiegoś czasu czytam Twój blog, bo sama od lat zmagam się z niepłodnością z powodu endometriozy. Bywają takie dni, tygodnie, miesiące ,że czuję się jakby starania i leczenie zawładnęły moim życiem i myślami. Potrafię popłakać się na widok kobiety w ciąży bo tak bardzo chcę być na jej miejscu. Twoje „wiewiórkowo” pozwala mi spojrzeć na moją walkę z innej perspektywy, wyciszyć się. Mam o tyle łatwiej ,że nie jestem tak wierzącą osobą jak Ty i dlatego chcę podejść do in vitro. Co więcej mogę powiedzieć ,że „kupiłam czas” , czyli zamroziłam kilka moich komórek jajowych. Dzięki temu nawet jak własne mi się skończą to i tak będę mogła spróbować podejść do zabiegu z zamrożonej komórki. Jeśli i to się nie uda mimo prób to będę w stanie stwierdzić ,że zrobiliśmy WSZYSTKO co mogliśmy ,żeby mieć nasze upragnione dziecko. Pozdrawiam serdecznie.

    Polubienie

    1. Ojej, jeszcze nie wiesz, ze to Lidia będąc osobą wierzącą ma prawdziwy skarb, bo wiara jest największym darem. Ale przyjdzie taki momemt, że otworzą Ci się oczy. Ja endometriozę pokonałam dzięki naprotechnologii – najpierw miałam laparo, które przywróciło mi książkową owulację, a potem dostawałam leki na zapobiegnięcie jej nawrotom. Mimo, że lekarze straszyli mnie, że największe szanse zajścia w ciążę będę miała tylko przez pół roku po operacji, to ja zaszłam w ciążę prawie 2 lata po operacji, jak uporaliśmy z problemami po stronie męża. Więc endometriozę da się skutecznie wyleczyć, tylko może Ci od in vitro Ci wmawiają jaka to straszna blokada i że tylko zapłodnienie pozaustrojowe Ci pomoże. Jak chcesz mogę dać Ci namiary na moich lekarzy, może warto spróbować jeszcze ciut powalczyć.

      Polubienie

    2. Serdecznie Cię witam „Czytelniczko”, w moich skromnych progach. Cieszę się, że wiewiórkowo daje Ci trochę wyciszenia. Doskonale Cię rozumiem w kwestii emocji i starań, które potrafią zawładnąć życiem, albo przynajmniej na jakiś czas sobie je podporządkować.
      A odnośnie perspektywy, to każda z nas patrzy pewnie odrobinę z innej, bo ja myślę, że … ja mam łatwiej 🙂 Tzn. zawsze podziwiam osoby niewierzące, że dają radę dzielnie kroczyć przez życie. Myślę, że ja jestem na to za słaba, tak ogólnie oczywiście, bo kwestia in vitro to u mnie nie kwestia wiary.
      Myślę, że każda z nas chce zrobić WSZYSTKO by zostać mamą, ale u każdej z nas to wszystko ma inną pojemność – u mnie się wyczerpała. Mnie żaden lekarz nie przekonał, że zrobił wszystko i dlatego proponuje IVF, każdy je proponował po 3-4 wizytach – tak jako alternatywę dla braku pomysłu. Sama szukałam kolejnych lekarzy, interpretacji wyników w necie i ciągnęłam te sanki. Aż dociągnęłam…. znalazłam odpowiedź „dlaczego”. I dziś cieszę się ogromnie, że nie poszliśmy na IVF, dziś już wiem, że żadne by się nie udało. Dziś wiem, że stracilibyśmy pieniądze, a najgorsze, że jeszcze większe nerwy.

      Polubienie

  9. Lidio,

    Czy mam przyjemność z Lidią z nieistniejącego już bloga naproinfo???;);)byłyśmy swego czasu w kontakcie mailowym:) Ostatnio wchodziłam na Twój blog, ale widziałam, że zniknął:):)i tak sobie myślałam, że chyba się w końcu udało:)bardzo się cieszę;)i serdecznie gratuluję;) masz może jakiegoś innego maila oprócz tego z napro?? chciała podpytać o parę rzeczy:)

    Pozdrawiam Kasia:)

    Polubienie

    1. Hej, tak 🙂 ja mialam strasznego dola na jesieni i uleglam pokusie zamkniecia bloga (ciekawe, ze „Wiewiorka” miala dokladnie to samo, z tym ze ona ma wieksza wiare, przeczekala i nie zamknela bloga). Ostatni lekarz bardzo nam pomogl, w listopadzie wyniki mojego meza byly wreszcie przecudne. Myslalam, ze od razu zajde w ciaze. A tu w listopadzie przyszedl okres, grudzien znow okres. Pomyslalam, ze to wszystko jest bez sensu, bo wyniki wzorowe, ciazy brak, to jak ja moge innym polecac naprotechnologie. Ale w styczniu okres juz nie przyszedl. Mąż kazal mi wznowic bloga i dac teraz swiadectwo zwlaszcza jego leczenia z ostatniego okresu. Tak zrobie, ale czekam na koniec I trymestru, aby sie lepiej troche poczuc. Wciaz nie moge jeszcze w ciaze uwierzyc, tu w wiewiorkowie wszystko caly czas takie bliskie mojemu sercu. W miedzyczasie mozesz do mnie pisac na priva: lidia.tabedzka@gmail kropka com

      Polubienie

      1. Nooo Kochana, to wskazówkę mam jasną – muszę zamknąć bloga :)) Cholera, że ja na to nie wpadłam 🙂
        Gratuluję Ci takiej cierpliwości i wytrwałości w leczeniu, no i oczywiście upragnionego dzieciątka!
        Pozdrawiam
        L.

        Polubienie

      2. Mąż ma rację z blogiem.Przywróć go koniecznie bo ja sama pamiętam jak dziś, kiedy szukałam info o sHSG w Lublinie Twój i Wiewiórki blog bardzo mi pomogły:):) także dziewczyny jeszcze raz dzięki:) dzięki za mail. Odezwę się na dniach:)

        Polubienie

  10. Dodam jeszcze, ze ja za in vitro nikogo nie potepiam. Wiem co to bol nieplodnosci, co to zazdrosc, zal, placz, bezsilnosc. Ja jestem zla tylko na klamstwa z telewizji, ktore wprowadzaja biedne pary w blad i wykorzystuja nasz bol i cierpnienie dla swoich korzysci ideologicznych czy majatkowych. I to obie strony. Ostatnio ogladam TVN – a tu material o napro, ze to w przypadku endometriozy, niedroznych jajowodow czy problemow z nasieniem nic nie pomoze. A in vitro jest rozwiazaniem na wszystko. Co za bzdura, ja mialam i endometrioze, brak owulacji, niedrozny jajowod, niski progesteron, super wysoka prolaktyne, a moj maz startowal z 5 mln plemnikow z czego 98% martwych – wszystko nam naprawili, ale to trwalo, wymagalo operacji, lekow, kuracji. Maz ma teraz 72 mln plemnikow z czego 42% szybkich!
    Z kolei potem wlaczam TVP, a tam material o napro, ale pokazuja tylko pary, ktorym udalo sie po 2-3 miesiacach i czesto mieli jeden problem do wyeliminowania. To tez troche falszuje obraz. U nas leczenie trwalo 3 lata! Moze bylismy przypadkiem beznadziejnym, ale wydaje sie ze coraz wiecej jest takich zlozonych par. Nie mozna tez ludzi oszukiwac, ze to metoda cud, bo przy pierwszym niepowodzeniu sie zrażą. Nas w sumie leczylo 4 lekarzy, kazdy zauwazyl cos innego i inny aspekt wyleczyl. Jeden by naszego przypadku nie ogarnal.

    Polubienie

  11. Masz sporo racji, ocena in vitro i napro jest mocno skrzywiona. Pomijam już kwestie etyczne i patrząc tylko czysto medycznie, wiele razy spotkałam się z naginaniem rzeczywistości. W moim przypadku propozycje in vitro padały tak często, że moja irytacja sięgała chmur, tak jakby to była witamina C. Niestety o dobrego lekarza napro też jest trudno. Nawet jak się do takiego trafi, to tak jak pisałaś, często trzeba stawać na głowie, by zasięgnąć konsultacji u innych specjalistów, by spiąć wszystkie wyniki razem, a czasem przejechać w tym celu pół Polski. Ale w tamtym czasie miałam przynajmniej poczucie, że coś leczymy, badamy, znajdujemy kolejne przyczyny.
    Żaden lekarz wysyłający mnie na IVF nie zlecił innych badań poza podstawowymi hormonami i drożnością jajowodów. Dziś rozumiem, że taka jest „procedura”, po komplecie dokładnych badań wiadomo by było, że IVF też nie ma sensu.

    Polubienie

  12. Ehh dziewczyny..ciężkie to wszystko! Lidko, rozumiem Twój stan – ja miałam tak cały grudzień i styczeń (tak, na Boże Narodzenie to niepłodność była gościem). Dopiero teraz zaczynam łapać trochę tlenu i widzieć jakieś kolory.A już się bałam czy to w ogóle nadejdzie. Zauważyłam że jestem na najlepszej drodze do rozwalenia mojego małżeństwa i całego życia… Nie umiem wierzyć w cud, nie umiem jeszcze uwierzyć że nam się uda kiedyś mieć dzieci ale wierzę że Bóg ma lepszy plan, że może jest coś od czego chce mnie uchronić? Moja terapeutka mówi że każdy kryzys coś nam przynosi, że z każdego wychodzimy mocniejsi, i bez takich chwil nie rozwijalibyśmy się. Życzę Ci, żebyś i Ty wyszła z tego mocniejsza:*

    Polubienie

    1. Aniu Kochana, obecny stan u mnie to takie mini-kryzysiątko, z resztą już powoli z niego wychodzę. Przyczyniła się do tego na pewno terapia na której byłam 3 lata temu- teraz łatwiej ogarnąć każdy kryzys, bo nie ukrywajmy, one czasami wracają.
      Jeśli masz mocno kiepski czas, to napiszę Ci tekst, który przeczytałam kiedyś u Alicji na blogu (słynna „poszukująca” mama adopcyjna), choć nie powtórzę go w 100%:

      Bóg odpowiada na nasze modlitwy na 3 sposoby:
      -mówi TAK i daje to, o co prosisz
      – mówi NIE i daje ci coś lepszego
      – karze ci CZEKAĆ i daje ci coś o co nawet nie śniłeś prosić
      czyli Twoja terapeutka ma rację 🙂
      Ściskam

      Polubienie

  13. Witajcie i dziękuję za odzew. To ciekawe i jednocześnie wspaniałe ,że mamy tak różne podejścia. Ważne ,żeby każda znalazła swoją drogę. Trzeba trafić na dobrego lekarza, to też istotne. W moim przypadku to nie jest tak ,że na dzień dobry proponowali mi in vitro. Na początku były starania naturalne z obserwacją – nic. Później – monitoring cyklu – nic. Potem – monitoring z jednoczesną stymulacją owulacji – też nic. W międzyczasie oczywiście badania krwi, hormonów itp. Dopiero jak te wszystkie działania nic nie dały to zaczęłam myśleć o in vitro, tym bardziej ,że lata lecą. Mam juz 30 lat a w tym wieku zostaje około 12 % komórek jajowych. Nawet najlepszy naprotechnolog nic nie poradzi jeśli u kobiety wyczerpie się ich zapas. Na szczęście „kupiliśmy czas” i teraz mogę przystąpić do in vitro z komórki własnej bądź zamrożonej. Wbrew temu co się słyszy zarodki nie są „zabijane” tylko mrożone by para je mogła wykorzystać w przyszłości bądź przekazać innej niepłodnej parze. Tak sobie myślę ,ze kto wie być może Bóg natchnął lekarzy by w tych trudnych dla płodności czasach wynaleźli technologię , która jest pomocna. Tak naprawdę pewność ,że in vitro się nie uda zyskujemy dopiero po kilkukrotnych próbach. Życzę powodzenia we własnych wyborach i pozdrawiam serdecznie 🙂

    Polubienie

  14. -=
    Kochana Lidio! To „-=” powyżej, to wita się mój kot, chodząc po klawiaturze. Rzadko komentuję, ale ostatnio jakoś częściej myślę o Tobie i o dziewczynach, które piszą komentarze na forum (pozdrawiam wszystkie! :)) i postanowiłam napisać. Jesteśmy właśnie w trakcie kursów w OA. I trochę Ci zazdroszczę, że już tyle czasu za Tobą, bo to zawsze bliżej, jak dalej 🙂 Przed nami jeszcze długa droga zapewne. Za nami z resztą też, jak pewnie u większości z Was. Ostatnio myślę o sobie trochę inaczej niż kiedyś. Zaczynam czuć się wyjątkowa – w ten pozytywny sposób. W końcu nie dla każdego przeznaczona jest właśnie taka droga. Poznając pozostałe pary w trakcie kursów widzę w nich niesamowity bagaż doświadczeń, który ich ubogacił. W Tobie Lidio również to widzę. Ściskam i czekam razem z Tobą na spełnienie naszych marzeń 🙂
    Pozdrawiam,
    Sobowtórka od okularów –
    Tyśka

    Polubienie

    1. Tysiu droga, ale masz fajny czas obecnie, skoro jesteście w trakcie kursu. Przynajmniej ja wspominam nasz kurs naprawdę fajnie. To taki moment, gdy czujesz, że coś się dzieje, że idziecie do przodu. Czerp z tego ile się da, bo przed Wami potem okres czekania… Nie wiem jaki masz charakter, ale mnie „nosi już” 🙂 cierpliwość była u mnie zawsze wartością deficytową.
      Masz rację, że droga adopcyjna jest wyjątkowa i pełna bagażu doświadczeń. Piękne jest to, że na końcu mimo naszych niepowodzeń w niepłodności, czeka ten adopcyjny cud.
      Napisz czasem co U Was słychać na tej adopcyjnej drodze, moja okularowa bliźniaczko 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s