Bieszczady – tu wszystko jest cudne.

Bieszczady to nie tylko wspaniałe miejsce, to stan umysłu i przyjemnego zmęczenia fizycznego. Tu łąki i lasy są bardziej zielone niż wszędzie indziej i ten zielony kolor naprawdę koi nerwy, zmysły i zmęczone oczy. Nawet ja to odczuwam, która nie lubi za specjalnie zielonego, ale w Bieszczadach to co innego, tutaj go chłonę całą sobą.

Tu nawet mżawka sącząca się z nieba pół dnia mnie nie drażni, choć w mieście się wściekam, bo włosy układane pół godziny przy takiej pogodzie oklapłyby w pół minuty. Mimo zmęczenia w nogach i ramionach wolnym tempem, w szeleszczącej pelerynie posuwam się szlakiem pod górę.

Dokładnie tak- ja nie jestem typem wędrowca sarenki, raczej ślimak winniczek ze mnie. Co drugą górkę potrzebuję odpoczynku, bo mimo najlepszej jakości powietrza w koło, brakuje mi tlenu i mój komputer się odłącza. Teoretycznie przez moją upośledzoną wentylację oskrzelową (od dziecka) powinnam nienawidzić gór. Ale mój uparty charakter ciągle mnie zmusza do pokonywania nowych, malutkich granic, dlatego góry uwielbiam i walczę sama ze sobą wspinając się na kolejne granie.

Połonina WetlińskaBieszczady drzewa przed burzą

Tutaj nie muszę się zatrzymywać przy śpiewie ptaków, on całe szczęście jest wszędzie. To jest właściwie nieustanna, ptasia filharmonia. Nie ma szumu aut. O tej porze roku w górach bywają raczej tylko „prawdziwi” turyści, którzy nie straszą muzyką z byle radia, czy samochodu, większość ludzi mówi stonowanym głosem – czyli jest tak jak lubię. Mało tego, z jednej z książek, zaplanowanej do przeczytania na urlop dowiedziałam się skąd u mnie ta reakcja na hałas, ptaki, głośne rozmowy. Dokończę książkę i o tym też Wam napiszę.

Codzienne spotykamy tych samych turystów, mijamy się na kolejnych szlakach, wymieniamy doświadczeniami. Potem te same twarze spotykamy wieczorem w schronisku, albo restauracji. Z gospodarzami pensjonatu można pogadać, jakbyśmy znali się od dawna, a w sumie ten nocleg wybraliśmy na czuja. Dziś właścicielka namawiała M. by szukał działki i przeprowadzał się w Bieszczady (już chyba wiem czyja to robota, czyli dziwny zbieg okoliczności)  🙂 – oni z mężem tak zrobili i nie żałują.

Bieszczady to jedyne miejsce gdzie uznaję stopa. Tu pierwszy raz kilka lat temu jechałam stopem i wzięłam autostopowiczów. To w maju jedyny środek lokomocji, bo asfaltem nikt wędrować nie lubi i ta końcówka szlaku, gdy trzeba dotrzeć do swojego auta, albo noclegu bywa bardziej męcząca niż strome podejście na szczyt. I tak poznaliśmy fotografa-artystę, dwóch młodych chłopaków wędrujących, gdzie ich podwiozą, flisaków znad Dunajca, którzy szybko chcieli zdobyć Tarnicę, dojrzałe małżeństwo, które uratowało nas od dreptania 1,5 godz asfaltem do Ustrzyk Górnych.

Kuchnia w Starym Siole

Sioło

To tu są pewne miejsca, które zaczarowują swoim klimatem i choć ich reklamować nie trzeba, to chcę tylko potwierdzić. Kuchnia w „Starym Siole” to przepyszna uczta dla ciała, ale też ducha. To nie nasza pierwsza wizyta w Siole. Kilka lat temu właścicielka urzekła nas pyszną kolacją i jeszcze lepszym winem. Tym razem było podobnie, wylądowaliśmy w drugiej stylowej chacie Sioła, gdzie serwują dania z rusztu. Ten zapach przygotowywanych potraw, ciepło bijące ze starej kuchni ustawionej w centrum chaty i cichutko sącząca się muzyka jazzowa- czego chcieć więcej? W trakcie 6 dni bieszczadzkiego urlopu, zasiedzieliśmy się tam trzy razy.

Po innej męczącej wyprawie, przy dosyć wymagającej pogodzie, M. zaproponował kolację w „Chacie Wędrowca”. Myślę, że ta nazwa znana jest każdemu, a naleśnika giganta nie trzeba specjalnie przedstawiać, choć tym razem to nie on był bohaterem kolacji. U Wędrowca spotkaliśmy więcej ludzi niż na szlaku – jak to możliwe? Chata ma klimat, tego nie da się zaprzeczyć, ale to nie wszytko. Tu właściciele zadbali o każdy detal i to się czuje.

Chata Wędrowca

kawa w Chacie wędrowca

Wnętrze chaty jest tak przytulne i dopracowane w każdym szczególe, że skoro nie mogę tam zostać na zawsze, to może mogłabym chociaż pracować? Od progu słychać Marka Grechutę i skrzypiące deski podłogi. Ciepło czuć już na wejściu, a cichutkie rozmowy przy każdym stoliku potwierdzają, że nie tylko ja czuję się tu komfortowo. Przyznaję, że kiedyś uznawałam Wędrowca, za przereklamowanego. Każdy przewodnik o nim wspomina, ale dziś wspominam i ja.

Domowy majonez curry,  tajemniczy sos do pomidorków koktajlowych z nutka pomarańczy (chyba), specjalna receptura na szpinak, który smakuje bosko, no i ta marchewka w burgerze baranim, która jest tak chrupiąca, niczym frytki – ktoś ewidentnie się postarał. Za co jeszcze ich polubiłam? Za promowanie lokalnych produktów, win, piw i soków bio regionalnych. Czyli nawet na końcu świata da się stworzyć wspaniałą, regionalną kuchnię.

Nie, nie wszystko było niestety przeurocze. Np. pogoda była całkiem znośna, ale do uroczej jej daleko. Marzyłam o drzemce na połoninach, albo poczytaniu książki, no i dalej marzę 🙂 Połonina Wetlińska i ta Bukowego Berda przywitały nas wiatrem dującym na 102, lekką mżawką, Tarniczka nawet deszczem i mgłą.

Bukowe

Na koniec zaplanowaliśmy całodniową wycieczkę do źródeł Sanu, nastawiliśmy się na 8 godzin marszu i śliczne widoki. Ale nie było nam dane. Byliśmy już całkiem blisko celu, a tak dosłownie to końca świata, kto widział na mapie, ten wie, że Tarnawa Wyżna jest dosłownie na „zielonej Ukrainie”, a nasz dzielny samochodzik zaczął się dusić. Gdyby nie to bezludzie i kolejne tabliczki „uwaga niedźwiedzie” pewnie byśmy zaryzykowali wędrówkę. Ale w popłochu, że wieczorem zostaniemy tu sami z naszym zdyszanym h’oplem w towarzystwie misia albo wilka, zawróciliśmy do Wetliny.

Cóż, znów mamy pretekst, by wrócić w Bieszczady.

Dzięki temu, że pogoda nie była iście grecka zdążyłam poczytać wieczorami książę na hamaku, a czasem nawet w bacówce ogrzewając się przed kolejnym wyjściem na szlak. Pochłonęłam dokładnie 1,5 książki, liczę że kolejną część doczytam w podróży, bo właśnie powoli odkrywam swoją tajemnicę. Zaczynam rozumieć, dlaczego czasem jest mi tak trudno pojąć niektóre sprawy, albo dlaczego jestem jakby inna. Nie da się ukryć, że to nie ułatwiało mi życia z niepłodnością. To chyba kolejny zbieg okoliczności, że akurat kupiłam tą książkę 🙂 Ale o tym innym razem.

czytanie w hamaku

owieczki

 

Reklamy

18 myśli na temat “Bieszczady – tu wszystko jest cudne.

  1. 🙂 cudowne Bieszczady. Cieszę się że tak dobrze spędziłaś czas.
    Ta koronka bieszczadzka nie powala widokami, wiec nie jest to wg mnie priorytet, bardziej wyzwanie jak się już inne rzeczy odchaczyło.

    Polubienie

  2. Wiewiórkowo jak sie pogodzic z tym faktem gdy juz myslisz ze jest lepiej ze akceptujesz los to znowu przychodzi nieplodnosc jak to zrobic ?? I czuje wtedy taka pustke w srodku taka beznadziejnosc gdy dookola tyle dzieci nawet Panstwo traktuje gorzej te osoby ktorych dzieci nie maja. Moze jakies rady zeby w koncu do mnie dotarlo ze juz nic nie moge ze nie moge wiecznie walczyc naprawde juz nie mam sily walczyc.

    Polubienie

    1. W tym roku w kwietniu koleżanka wyciągnęła mnie na warsztaty „Obudź w sobie życie”. Szłam nastawiona sceptycznie, a spotykałam 50 wartościowych, ciepłych, pełnych pasji, choć niepłodnych dziewczyn… Zobaczyłam wtedy, że nie tylko ja i koleżanka mamy problem, że jest nas więcej. Warsztaty odbyły się w Krakowie, są organizowane w większych miastach, dziewczyny nawet pół Polski na nie jadą. Warto było iść na nie, żeby zadbać o siebie i swoją kondycję psychiczną. Wiecie z czego się najbardziej ucieszyłam? Na sali było mnóstwo balonów napompowanych helem i panie mówiły, że można je zabrać. Te balony dały mi mnóstwo radości 🙂.

      Polubienie

    2. Kochana, postaram się w najbliższym czasie coś napisać na ten temat, może inne dziewczyny też się dołączą do tego wątku, ale to, co mogę Ci teraz podpowiedzieć:
      1. Przede wszystkim musisz się pogodzić i pozwolić sobie na to, że takie sytuacje będą się jeszcze zdarzały, wyprowadzały Cię z emocjonalnej równowagi i choć z czasem będziesz radziła sobie z nimi lepiej, to one będą. Reagujesz normalnie, jak każda kobieta pragnąca zostać matką, pozwól tu sobie na emocje

      2. Staraj się nie skupiać na wszystkich możliwych negatywnych aspektach bezdzietności (jak np co robi nasze państwo, ono na wielu płaszczyznach kuleje) – szukaj pozytywów swojego stanu!

      3. Moje motto od jakiegoś czasu: „Dziecko potrzebuje szczęśliwych rodziców, a nie rodziców, którzy czekają aż dziecko ich uszczęśliwi”
      Rób teraz wszystko co możesz dla swojej przyjemności. Nawet jak na początku miałabyś robić to z lekką niechęcią (bo niby po co mi to teraz? :), ale z czasem zobaczysz, że najbardziej żałuje się w niepłodności tego, że kupę czasu straciłyśmy na dziecko, którego nie było.

      Polubienie

      1. Lidio, opisałaś to idealnie.

        Drogi Gościu, dorzucam jeszcze coś z warsztatów.
        W dniu, gdy jest dobrze i masz dobry nastrój, napisz sobie na małych karteczkach rzeczy, które lubisz robić, które sprawiają Ci frajdę, wpisz osobę, do której możesz zadzwonić np o przysłowiowej 2 w nocy, gdy Ci źle. Wrzuć je do słoika. To będą Twoje konfitury na czarną godzinę. Jak będziesz mieć” zjazd”, wylosuj coś ze słoika i wpraw to w czyn. Najgorsze w niepłodności jest to, że ucieka nam życie przez palce w ciągłym oczekiwaniu na niewiadome.
        Wczoraj zaczęłam rozmawiać z koleżanką, która ma dwoje dużych dzieci i pierwszy raz powiedziałam komuś o mojej chorobie bez łez w oczach. Tak po prostu to że mnie wypłynęło. W sumie skąd ludzie mają wiedzieć, że mamy jakiś problem, jak o tym nie mówimy? Przecież się nie domyślą.
        A tak jeszcze apropo tych oszołomów, którzy zadają nietaktowne pytania albo nie kumają i nie przechodzi im przez myśl, że człowiek może być chory, leczy się i mimo starań nie ma dziecka: „Mózg jest jak spadochron. Żeby go użyć, trzeba go otworzyć”. Niektórzy skacząc, po prostu rozbili się o glebę.

        Polubienie

        1. Bosze, ten tekst z mózgiem genialny! Biorę go 🙂

          A pomysł ze spisaniem małych codziennych radości i wracaniem do niech w każdej gorszej, smutnej chwili jest bezcenny. Sama pamiętam jak uczyli mnie w pracy – spisuj, nagrywaj, zapamiętuj wszystko wtedy, gdy idzie ci bardzo dobrze. Gdy przyjdzie kryzys, porównaj o czym zapomniałaś – będzie łatwiej wrócić na dobre tory i odzyskać równowagę.
          Próbuję to teraz przełożyć z biznesu na życie prywatne z bezdzietnością i to naprawdę dobra metoda.

          Polubienie

        2. Pomysl ze sloikiem fajny. Najgorsze sa w tym wszystkim te emocje ktore doprowadzaja do klotni… O 2 w nocy nie mam niestety do kogo zadzwonic moja rodzina znajomi nie rozumieja tego problemu . Mam jedna kolezanke, ktora rozumie to co ja czuje bo sama ma z tym problem ale nie chce dokladac swoich . Rodzina robi mi wywody, ze nie chodzimy na wesela na urodziny… kazde wesele konczylo sie placzem urodziny docinkami jacy szwagrzy sa zajebisci ze rozmnazaja sie jak kroliki nie chcialam ranic siebie i meza swiadomie maz coraz gorzej to przezywal.

          Polubienie

          1. Wiem, że to pewnie nie pocieszy, ale jeśli będziesz wiedziała o tej drugiej w nocy, że nie jesteś sama, to może odrobinę będzie Ci lżej – ja nigdy nie miałam i do dziś nie mam do kogo zadzwonić. Nikt nie wie, co przechodzę przez te 9 lat. Tzn. najbliższa rodzina się domyśla, mają zdawkowe informacje, z mamą 2x rozmawiałam bardzo ogólnie. W sytuacjach, gdy nachodzą te złe emocje, zawsze byłam sama z M. I naprawdę Cię rozumiem, bo kłótnie o 1 w nocy też mamy już przerobione 🙂

            Pamiętaj najważniejsze – masz święte prawo do chodzenia na te imprezy rodzinne, na które chcesz, a gdzie czujesz, że to się może skończyć dla Was zbyt emocjonalnie, to masz nawet obowiązek małżeński unikać takich spotkań. Jeśli rodzina robi wywody to znaczy, że zupełnie nie rozumie, to przykre. Jeśli słyszysz docinki o super szwagrach, to sobie pomyśl – „kto jest dla mnie ważniejszy – mój mąż i nasz komfort psychiczny w tym szczególnie trudnym czasie dla naszego małżeństwa, czy zadowolona rodzinka, która nie zauważa, że czasem rani?”
            Wiem, że to trudne. Wiem, że mogą pomyśleć że wydziwiasz, ale mnie niepłodność właśnie tego nauczyła – że mogę mieć inne zdanie, że jestem dorosła i mogę robić tak, jak dla mnie jest też dobrze, a nie tylko zadowalać innych.
            Nikt o Ciebie nie zadba, gdy Ty pierwsza tego nie zrobisz.
            Musisz zawalczyć o siebie, o męża, nie tylko o dziecko.
            Trzymaj się dzielnie 🙂
            Ściskam
            Lidia

            Polubienie

  3. Jak zobaczyłam zdjęcie z Chaty Wędrowca, aż się uśmiechnęłam – czułam, że o niej wspomnisz, czułam! Spaliśmy tam i jedliśmy podczas naszej krótkiej podróży poślubnej, więc mam ogromny sentyment do tego miejsca. Właściciele są fantastyczni!
    Kochana, życzę Ci jak najwięcej tych dziwnych „zbiegów okoliczności” 🙂 Tak pięknie widać, jak Ona działa…

    Polubienie

    1. To prawda, działa, działa 🙂
      A do Chaty powiem Ci, że miałam kiedyś uprzedzenie, na każdym kroku ją reklamowali i wyskakiwała z lodówki. Jakieś 5 lat temu byliśmy tam pierwszy raz na naleśniku z jagodami, wnętrze chaty bardzo nam się spodobało. Tym razem też odwiedziliśmy Wędrowca, już z sentymentu.
      Choć właścicieli nigdy nie poznaliśmy, to obsługa bardzo serdeczna i polecam dalej to klimatyczne miejsce 🙂

      Polubienie

  4. I powróciły wspomnienia 🙂 Byliśmy kilka razy w Bieszczadach – zawsze na przełomie maja i czerwca i w październiku.
    Tak, mało turystów. Spokój, cisza.. Na szlakach codziennie Ci sami ludzie.. Ech.. Zazdroszczę 🙂
    Aby dojechać Bieszczady musimy przejechać całą Polskę, więc to podróż na cały dzień. Nasza 3-latka jeszcze nie nadaje się na taką podróż i takie trasy. Ale myślę, że jeszcze 2-3 lata i powrócimy na Poloniny. Na razie trenujemy przechadzając się po lasach i łąkach.
    P.s. Kiedyś pani z OA powiedziała mi, że będziemy jeszcze robić wielokilometrowe trasy z naszym dzieckiem. I wiesz co? Nasza córeczka uwielbia lasy, łąki i strumyki. Uwielbia ciszę, szum drzew i śpiew ptaków. Potrafi wtedy przejść sama calkiem długą trasę. A nie cierpi galerii handlowych. Zupełnie tak, jak my 🙂

    Także życzę Ci kolejnych podróży w Bieszczady. We trójkę 🙂

    Polubienie

    1. Dokładnie, o tej porze roku mało jest turystów, właściwie wszędzie ci sami 🙂 My jedziemy tylko pół dnia w Bieszczady, ale rozumiem, że z maluchem tyle godzin w aucie to byłoby wyzwanie.
      Można powiedzieć, że Wasza córeczka jest dokładnie „Wasza”, skoro nawet wędrowanie ma we krwi, ale super!
      Liczę na to, że za jakiś czas wyprawa w Bieszczady będzie już w większym gronie.
      Pozdrawiam 🙂

      Polubienie

  5. Wiewiórkowo to piekne co napisalas tego mi bylo trzeba dla mojej duszy dziekuje Ci bardzo. Rodzina moja wie o problemie i tak zaluje, ze to wie, spotkania no coz gdy odmowilismy pojscia na jedno uznali nas za dziwolongi a moze nie mieli sie z kogo nabjac i juz tak zabawnie nie byloby… dla Nich… to przykre ze rodzenstwo nie potrafi w rakiej sytuacji sie zachowac i zrozumiec powiedziec cos milego traktuja jak powietrze nie raz plakac mi sie chcialo z tego powodu . Moj maz wie ze to strasznie boli mowi mi powtarza ze rodzina teraz on jest dla mnie a siostry maja swoje zycie pewien etap zycia sie zakonczyl. Ciesze sie, ze obca osoba w takich moemnatch potrafi jednym slowem podniesc na duchu.

    Polubienie

  6. Ja w tym roku planuje pierwszy raz pojechać w bieszczady. Pd kilku lat chcialam i w t roku nie odpuszczę. Zawsze było za daleko – niestety muszę przejechać całą Polskę. Jako że Bieszczasy znasz, czy jesteś w stanie podpowiedzieć w jakiej miejscowości się najlepiej zatrzymać, masz jakieś ulubione miejsca?

    Polubienie

    1. Oj coś czuję, że to będzie Twój pierwszy i nie ostatni raz 🙂
      Natalio, oczywiście nie wiem co lubisz i w jakim wypoczynku gustujesz, ale…
      my spaliśmy wiele lat temu w Ustrzykach Górnych w schronisku Kremenaros – jest klimat, ale zero komfortu – jak to w schronisku, wtedy nam to nie przeszkadzało 🙂
      – potem również w Ustrzykach Grn. w zajeździe „Pod Caryńską”- wtedy to był nowy obiekt i ceny miał rozsądne jeszcze
      – innym razem mieliśmy noclegi na dosłownym końcu świata, czyli w Wołosatem, nawet nie pamiętam nazwy, ale tam jest chyba tylko 3 gospodarstwa, które wynajmują pokoje. Plusem było to, że blisko do wyjścia na Tarnicę
      – w tym roku spaliśmy w Wetlinie w Biesówce – bardzo fajna duża drewniana chata, z dostępną kuchnią, salonem i kominkiem dla gości – polecam. Jest umiejscowiona bardzo blisko drogi co jest plusem – bo blisko do sklepu, restauracji, ale mniej intymności. Choć po wędrowaniu całodziennym na szlaku, potem kolacji w knajpce / schronisku, raczej nie mieliśmy już siły na inne aktywności.

      Jeśli nie jesteś typem imprezowiczki i nastawiasz się bardziej na wędrowanie, ciszę, spokój to polecam Wetlinę i właśnie Biesówkę, albo Ustrzyki Górne. Na imprezy zdecydowanie bardziej nadaje się Cisna (ale tu nie znam miejscówek) albo coś nad Soliną – tam jest imprezownia największa.
      Oczywiście wszystko zależy też w jakim terminie jedziesz, bo ja uważam że Bieszczady do „chłonięcia”, wypoczęcia są najpiękniejsze gdy jest mniej ludzi, czyli w trakcie roku szkolnego.
      Udanego urlopu życzę!

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s