W którym momencie tracimy „cud życia” ? I jak powoli go odzyskać?

Gdy zaczynaliśmy starać się o dziecko (2010/ 11r) zmieniłam moje podejście do życia. Tzn. ja się nastawiałam, że nasza codzienność zaraz się zmieni i układałam w myślach co będzie, jak już będę w ciąży, jak będę gruba, jak dzidziuś się urodzi, jaki wózek kupimy itd. Żyłam życiem, którego jeszcze nie było i nadzieją, że już za chwilę, już za moment….

Dziś wiem, że właśnie to doprowadziło mnie na psychiczne dno! Nie cieszyłam się już dotychczasowymi osiągnięciami prywatnymi, czy zawodowymi, zrezygnowałam z dotychczasowych dobrych nawyków i przyjemności, bo ja teraz przecież mam inne priorytety- zaraz będę mamą! Jedyne co robiłam, to porównywałam się do koleżanek, które już były w ciąży, albo panicznie bałam się, że któraś kolejna w nią zajdzie, oczywiście szybciej niż ja 🙂

No i co? No pewnie, że wszystkie zaszły i to już po 2-3 razy, a ja nie dość że mamą nie jestem, to straciłam kupę swojego życia. Nawet jak próbowałam go odzyskać, to zawsze miałam wrażenie, że to wszystko nie ma sensu…. bo przecież nie ma dziecka. Zapominałam o moim życiu, próbowałam grać rolę, której jeszcze nie dostałam.

Dlaczego dziś wzięło mnie na taki temat?

Bo na urlop wzięłam ze sobą książkę, dość często polecaną przez biznesmenki internetów :). Jakie było moje zdziwienie, gdy z każdą kolejną przeczytaną stroną uśmiechałam się do siebie, że to przecież dla mnie nic nowego, że ja to kiedyś robiłam. Byłam nawet lekko na siebie zła, bo przypominałam sobie czasy, gdy dawało mi to radość i napędzało do życia! Czemu z tego zrezygnowałam? Bo chciałam żyć życiem, którego jeszcze nie było.. Odstawiłam na bok większość z dotychczasowych czynności, które mi towarzyszyły, by zrobić miejsce dla dziecka i popadłam w totalny marazm, bo dziecka nie ma.

Od jakiegoś czasu czuję się już sama ze sobą i swoją bezdzietnością dobrze. To nie jest stan super, bo jeśli ktoś ma pragnienie rodzicielskie to nigdy nie uzna bezdzietności za idealny stan. Ale wróciłam na dawne tory, do tego co mnie cieszy, do mojego życia.

Nieświadoma, że jest to zgodnie z ideą „Fenomenu poranka” wprowadziłam kilka miesięcy temu poranne rytuały. Udowodniłam sobie, że można zdecydowanie lepiej przeżyć dzień i pod kątem organizacji, ale przede wszystkim efektywności, radości i zadowolenia. Wtedy dostrzegam, że mimo że nie mam dziecka, to mam coś innego. Na końcu zobaczycie jak sama już wcześniej ułożyłam sobie moje poranki, a teraz kilka słów o samej książce.

Myślę, że może przydać się każdemu, kto nie jest w 100% zadowolony z siebie, swojego życia, pracy itd, ale jednocześnie chce coś z tym zrobić, albo przynajmniej dać sobie szansę. Nie wiedziałam, że książka jest w pewnym sensie poradnikiem i może dobrze, bo nie przepadam za taką literaturą i nie wiem czy bym ją wtedy kupiła. Wiele treści mnie nie zaskoczyło i to właśnie było dla mnie najcenniejsze! Pomyślałam sobie – jaka ja głupia baba jestem, przecież ja o tym wszystkim wiem i świadomie z tego rezygnowałam, sama odbierałam sobie szansę na lepszy dzień, miesiąc, lata, bo czekałam … wiadomo na co.

"Fenomen poranka" Hal Elrod

Hal Elrod zatrzymał mnie na dłużej w pierwszym rozdziale książki. To zdanie postawiło mnie do pionu (choć założę się, że nie myślał o nas – bezdzietnych)

„Dlaczego tak się dzieje, że gdy rodzi się dziecko, mówimy o „cudzie życia”, a później godzimy się bez żalu z miałkością i przeciętnością swojej egzystencji? W którym momencie tracimy z oczu ten cud – fakt, że żyjemy?”

No ja już tam dobrze wiem, kiedy straciłam swój cud życia – wtedy, gdy uznałam, że czas zostać mamą. W tym momencie jakby prysło moje życie, bo chciałam tą „cudowność” przełożyć na życie mojego dziecka. To, że ja żyję nie miało  dla mnie już żadnego znaczenia.

Jakiś czas temu postanowiłam z tym skończyć. Postanowiłam: muszę zrobić wszystko, ale z tym co mogę – czyli najpierw z własnym życiem i tak zaczęłam układać nieświadomie swoje poranki, ale o tym na końcu.

Byłam już tak zmęczona swoim życiem, albo może bardziej przerażona tym, ile lat przeleciało mi przez palce i zaczęłam sama małymi krokami pracować nad sobą. Było to nieświadome, tzn. nie przypuszczałam, że takie drobiazgi poranne zdecydowanie poprawią jakość mojego życia.

„Jeżeli chcesz, aby twoje życie było inne niż dotychczas, najpierw musisz zrobić coś innego niż zwykle” 

Jak mogłam wcześniej ogarnąć się do życia, skoro tylko czekałam aż to życie się zmieni, czyli pojawi się dziecko? Dziecka nie ma do dziś, więc oczywistym jest, że to ja muszę coś zmienić.

Autor książki pokazuje jak krok po kroku postawić swój dzień na nogi. Proste czynności jak: wykorzystanie porannej ciszy na modlitwę / medytację/ oddychanie/ wdzięczność oraz praktykowanie afirmacji, wizualizacji, ćwiczeń ruchowych, czytanie i zapisywanie notatek mogą diametralnie zmienić nasz dzień, tydzień, rok, sporą część życia. Hal proponuje przeznaczyć na te praktyki około godziny, ale przy dużym niedoczasie da się cały rytuał skrócić do 6 minut.

"Fenomen Poranka"- Hal Elrod

Książka

Dlaczego tytuł książki „Fenomen poranka” (ang. The Miracle Morning)? Skoro możemy poprawić cały nasz dzień to dlaczego zaczynać w południe i tym samym pół zmarnować:) Wiem, na początku opcja wcześniejszego wstawania nie brzmi kusząco. Ba, nawet demotywuje do podjęcia działania.

Jeżeli jesteś śpiochem do trzeciej drzemki w telefonie, jedzenia śniadania w biegu i wkurzania się na odjeżdżający przed nosem tramwaj, to polecam Ci przeczytać tę książkę. To, że ja zdecydowanie lepiej ogarniam swoje życie dzięki takim porankom, to nie jest wyznacznik, ale może jak przeczytasz historię Hal’a zaczniesz działać. Jego przykład bardziej motywuje, bo jest zdecydowanie cięższy i trudniejszy. (A to w myśl zasady: nie pokazuj mi kto ma tak samo źle, pokarz kto ma gorzej :))

Ja dzięki moim porankom funkcjonuję bez bólu kręgosłupa, zaczynam pracę w firmie z opracowanym planem działania, mam ustalone priorytety i przede wszystkim wyciszoną głowę.

Ale musisz być świadoma jednej ważnej rzeczy, o której wspomina też sam autor:

„Zapamiętaj, twoja sytuacja życiowa poprawi się dopiero wówczas, gdy będziesz na to gotowy i staniesz się osobą, która będzie w stanie tego dokonać.”

Nie jest to łatwe, bo pamiętam siebie w stanie mocnej depresji i 3-4 lata temu nic nie zmusiłoby mnie do zmiany myślenia, a tym bardziej działania. Jeśli Ty jesteś w takiej sytuacji, to pamiętaj – to jest przejściowe, ale też daj sobie pomóc. Ja już na skraju wytrzymałości poszłam na terapię i polecam to rozwiązanie wielu osobom. Dzięki temu etapowi w życiu, dziś jestem tu gdzie jestem. Jeśli nie potrzebujesz wsparcia, to zabieraj się od razu do działania.

Gdybym ja zaczęła tą praktykę kilka lat temu, to na pewno nie byłby to dla mnie miracle morning, tylko raczej one torrible morning 🙂 Wtedy pewnie uznałabym poranny rytuał za nic niewartą próbę i nigdy do tego nie wróciła.

Ja musiałam do tego dojrzeć i dostrzec cud swojego życia.

Musiałam zechcieć zawalczyć o to co mam, czyli na razie o siebie, a nie tylko o to co będzie.

Musiałam zechcieć się zmienić.

Ale było warto, dlatego Was też zachęcam, jeśli czujecie potrzebę takiej zmiany.

Jak wyglądały moje poranki jeszcze przed przeczytaniem książki?

Zazwyczaj wstaję ok 6.15-6.30. Zaparzam zioła albo napój cytrynowo-imbirowy, myję twarz, włosy i rozkładam w salonie matę do ćwiczeń. Kilka pierwszych minut tak siedzę i popijam po łyku ziółka. Taki błogi stan trwania w ciszy, przy śpiewie ptaków i rytmie swojego oddechu bardzo mnie relaksuje.

Potem włączam YT i Paulę (treningfitness.com) z jej którymś filmem z ćwiczeniami, najczęściej stretchingiem i kolejne 10-30 min ćwiczę. To jest najfajniejsze uczucie, gdy jeszcze chwilę temu, wstając z łóżka czułam się jak z krzyża zdjęta, a teraz czuję jak rozciągają się powięzi i wszystkie mięśnie. Te ćwiczenia są dla mnie dodatkową inspiracją, mianowicie rozkładam matę w pokoju na wprost regału z książkami (tam mam najwięcej miejsca). Wtedy właśnie migają mi przed oczami tytuły książek, które czekają w kolejce do przeczytania, albo te, które już przerobiłam ze 2-3x i przypominają mi się jakieś inspiracje z takiej książki. Normalnie tylko przechodzę koło tego regału, a podczas ćwiczeń zawsze gapiąc się na grzbiety tych książek wpada do głowy jakiś pomysł 🙂

Następnie robię chwilę przerwy na dokończenie porannej toalety, ułożenie włosów, makijaż itd. i wracam do kuchni przygotować śniadanie, kawę i drugie śniadanie do pracy. Zazwyczaj w międzyczasie słucham o.Szustaka, a potem siadam przy stole z filiżanką kawy i czytam kilka cytatów z Biblii. To mi zawsze przypomina – cokolwiek dziś się zdarzy, to i tak nie ma większego znaczenia. Jedyne co muszę, to starać się, ale pamiętać, że  i tak nie wszystko zależy ode mnie.

Na koniec jem śniadanie i planuję w kalendarzu dzisiejszy dzień w firmie. Czasami ważne sprawy zapisuję już 2-3 dni wcześniej, więc wiem, że wstać muszę przed 6, ale czasami jest odwrotnie, mogę ten budzik przestawić o 30 min.

Po przeczytaniu książki Hal’a Elrod’a chcę nanieść kilka poprawek na moje poranki. Nie jestem przekonana do wszystkich praktyk (np. afirmacji) choć pewnie to moja przekora, bo skoro tak wielu ludziom pomagają, to coś w tym  musi być. Wiem, że muszę dołożyć jeszcze chwilkę na swoje zapiski i czytanie.  A może nawet zastosuję zalecany przez autora „e-mail, który zmieni moje życie”- to odważny pomysł, ale trochę mnie kusi 🙂

 

Nie wiem jak wyglądają Twoje poranki, ale jeśli czujesz, że życie z niepłodnością Cię wykańcza to czas coś zrobić dla siebie. Nie jest to co prawda sposób na odzyskanie płodności, ale na pewno dostaniesz w zamian spokój, równowagę i masz szansę odzyskać najpierw cud własnego życia.

 

 

 

Reklamy

15 myśli na temat “W którym momencie tracimy „cud życia” ? I jak powoli go odzyskać?

  1. Wyobrażam sobie  Od blisko dwóch lata wstaję wcześniej, ćwiczę jogę z Gosią Mostowska z YT (polecam!!!) staram się 20 minut. Potem włączam sobie oj. Adam Sz. itp. robię koktajl albo wyciskam sok, jem śniadanie i dopiero szykuję do pracy. Raczej mnie to nie uzdrowiło, ale na pewno mój dzień jest lepszy, czuję się lepiej fizycznie (nie wiem co to ból karku itp.) . Fenomenem, jest to że ja jestem typową sową. Siedzę do późna i późno wstaję, a mimo to uwielbiam te poranki, czekam na nie, a kiedyś były koszmarne. Nie czytałam tej książki, ale widzę po sobie, że istniej fenomen poranka.
    Kompletnie nie nadaję się do prowadzenia dzienników i robienia list…Już dawno sobie to odpuściłam, ale taka moja uroda.
    PS. Od kilku tygodni do porannej rutyny doszło ściganie kotów po ogrodzie. Rano musimy je wypuścić, bo wyją w niebogłosy a potem to mi przypada ten zaszczyt zabierania ich do domu…spóźniam się przez nie do pracy.

    Polubienie

    1. Ja tez jestem / byłam sową. Tzn. jak jest okazja, to robię sobie wakacje w sobotę lub niedzielę i śpię dłużej, ale zawsze po takim spaniu mam poczucie straty kawałka dnia i większy ból pleców, czyli bilans na minus.
      Ja soki wyciskam wieczorem, choć wiem, że powinnam rano, bo najświeższy, najwartościowszy itd. Ale tyle wcześniej już nie wstanę:) Właśnie przed chwilą skończyłam robić porcję soku dla siebie i M. na jutro do pracy.
      Muszę zobaczyć tą Gosię Mostowską, dziękuję za polecenie, może się przekonam do jogi.
      A dzięki kotom masz porządny argument na spóźnianie się do pracy. A co, tylko matki w korku do przedszkola mogą utknąć? Ty możesz w ogrodzie:)
      PS. Zawsze marzyłam o kocie, ale na 4. piętrze nie mam sumienia go męczyć.

      Polubienie

  2. Ha ha, koleżanka się spóźnia bo dziecko nie chce zostać w przedszkolu a ja w tym czasie ganiam za kicia!!! A co! Nie myślałam o tym nigdy w ten sposób:) Ja wzięłam dwie kotki, siostry, dachowce. Przez 7 lat mieszkały w bloku i nigdy nie wychodziły z mieszkania. Teraz gdy się przeprowadziłam do domu bałam się jak się zachowają, ale dogodnie z nowymi metodami wychowawczymi 😉 poprostu obserwowałam. Zaczęły wychodzić na podwórko (całe ogrodzone), bardzo to lubią i co ciekawe chyba przez to mieszkanie w bloku nie maja pojęcia ze mogą przeskoczyć przez płot…takie głuptaski.
    Ja ćwiczę jogę bo to jedyne co lubię, próbowałam biegania, Ewy ale musiała się zmuszać a to chyba nie o to chodzi.
    Gosia, która poleciałam jest osoba, od której bije mnóstwo ciepła. Uczy też uważności. Cenie też to, że nie ma wokół tego tej całej jogowej otoczki, którą można spotkać np w szkole jogi. Jest poprostu gimnastyka i miłości do siebie.

    Polubienie

    1. No to mnie co raz bardziej zachęcasz i do jogi i do posiadania kota 🙂 Ja tylko w sprawie kota muszę męża przekonać, bo mi zawsze gada – „będzie drapał meble”, „firanki podrze” itd, jakbyśmy co najmniej barokowe meble mieli 🙂 Achhh
      Ja już wiem, że dyscypliny bardzo intensywne jak bieganie, mocny fitness dla mnie odpadają. Już mam słabą wydolność, choć kiedyś bardzo intensywnie trenowałam. Astma i tarczyca dają się we znaki i lepiej się czuję gdy wysiłek mam umiarkowany.
      No to sprawdzę tę jogę w weekend 🙂

      Polubienie

  3. Też polecam Gosię! Bije od niej taki spokój, ciepło i dobro:-) Ja ćwiczyłam z nią jogę na kręgosłup, na nadgarstki(!!!) i jogę hormonalną. Pora do tego wrócić, niech no tylko skończy się rok szkolny;)

    Polubienie

      1. Jak Ci trzy osoby mówią, że masz ogon, to się obejrzyj za siebie😉 i chyba u Gosi (albo gdzieś indziej?) znalazłam informację, że osoby z chorą tarczycą powinny ćwiczyć coś spokojnego w stylu spacery, joga lub pływanie, a nie hardkorowe biegi, skalpele czy inne siłownie.

        Polubienie

        1. Dobra, to już żeby nie zostać na samym ogonie, obiecuję ogarnąć temat jogi 🙂
          A z tematem intensywnego wysiłku przy chorej tarczycy faktycznie masz rację, czytałam o tym już wiele razy i przetestowałam również na sobie. Niestety tak jest, że maratony nie dla mnie i w sumie sprinty też nie. Choć w sumie nie żałuję tego za specjalnie, jest tyle fajniejszych aktywności 🙂

          Polubienie

  4. Ja też przyłączam się do poleceń poprzedniczek 😉 dawno mnie tu nie było jeśli chodzi o komentarze, ale zaglądam regularnie i czekam na każdy Twój wpis z niecirpliwością 😉 co do jogi też nie byłam wcześniej przekonana ale coraz bardziej się przekonuje a Małgosia tylko pomaga, tym bardziej, że w ostatnim czasie joga to jedyne co mogę ćwiczyć (w związku z moim permanentnym napięciem mięśniowym) i nawet ma specjalny odcinek dotyczący jogi mięśni dna miednicy 😉 to moje początki z joga ale zarówno u Gosi jak i na simplife.pl odnajduje takie prawdy życiowe o których piszesz niejednokrotnie a które są tak ważne w naszej niepłodnej (a może właśnie płodnej ;)) sytuacji – by zadbać o siebie i wreszcie żyć pełnią życia! By wreszcie wyjść z tego zawieszenia i z poczekalni w której stoimy w kolejce po „szczęscie”.
    Ja mam duże problemy żeby rano wstać choć chwilę wcześniej, ale Ty i Twój wpis daje motywację by podjąc wyzwanie porannego wstawania, by dzień stał się przyjemniejszy i by nie było uczucia, że kolejny dzień przeleciał miedzy palcami.
    Pozdrawiam serdecznie i ściskam mocno 🙂

    Polubienie

    1. Aga, mnie poranne wstawanie też nie przychodzi łatwo, no nie będę oszukiwać.
      Ale zauważyłam, że to było błędne koło: dłużej spałam, wstawałam mniej wypoczęta i z bólem pleców, potem wszystko w biegu, o części spraw zapominałam, bo się zawsze spieszyłam. Dochodziła do tego frustracja, bo skoro nie zdążam, zapominam, jestem niezorganizowana no i nie mam dziecka oczywiście, czyli w sumie nie wychodzi mi NIC.

      Moje poranki zaczęły układać mi dzień, mimo, że „wyrywają” mnie z łóżka, to i tak dzięki nim jestem bardziej zadbana i inne obszary mojego życia okazują się bardziej „płodne”. Czyli nie jest tak źle, jak sobie wmawiałam 🙂
      Buziaki

      Polubienie

  5. Ksiazke przeczytam napewno. Dzieki za.polecenie. Lubie pospac ale moze choc troche przyjemnosci uda sie wplec w poranek. Wspomnialas o napoju imbirowo cytrynowym. Jak go przyżądzasz?

    Polubienie

    1. Myślę, że warto przetestować te wcześniejsze poranki na sobie, ale już podejrzewam, że zauważysz więcej radości, wydajności i innych obszarów swojego życia, czyli to co masz, a nie to na co wciąż czekamy.

      A napój cytrynowo imbirowy znalazłam kilka lat temu gdzieś w internecie i sprawdza mi się genialnie, choć zdecydowanie jest najlepszy na zimne dni. W te upały nie ryzykuj, bo rozgrzewa 🙂
      Zestaw podstawowy:
      Wrzucam do dużego kubka 4-5 plasterków cytryny, albo 2-3 małe ćwiartki i ugniatam chwilę łyżeczką
      Dodaję 1-2 plasterki imbiru i zalewam chwilkę odstanym wrzątkiem.
      Po dłuższej chwili dodaję łyżeczkę miodu, albo lepiej pierzgi w miodzie.
      Zestaw rozszerzony, który polecam:
      Dodaję do napoju jeszcze kilka goździków, kawałek laski cynamonu, albo odrobinkę sproszkowanego cynamonu i gotowe 🙂
      Piję go często przed posiłkiem, bo ma dużą ilość cytryny i wspomaga dzięki temu mocno wątrobę.
      Długo odstany robi się ostry za sprawą imbiru. Czasami gdy mam gości to robię go w naczyniu do grzanego wina i stawiam na podgrzewaczu. W zimie jest super, bo rozgrzewa i zastępuje kolejną herbatę.

      Polubienie

  6. Dzieķuję za przepis. Ja ostatnio czytałam „jak działa życie” – książka głownie o tym że nie możemy żyć przyszłością i im mniej skupiamy się na tym co chcemy osiągnąć t więcej otrzymujemy.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s