Książka, która stanęła w mojej obronie.

Czytałam ją od maja. Może nawet powinnam napisać studiowałam, analizowałam, mentalnie męczyłam. To nie była książka „do poduszki”. To książka, która w dużym stopniu uświadomiła mi, że wszystko ze mną OK i że takich „nie z tego świata” jak ja, jest zdecydowanie więcej i że jesteśmy na tym świecie potrzebni.

Zaczęło się od tego, że gdzieś w internetach przeczytałam krótka notkę o „Wysoko wrażliwych” Elaine Aron, potem kilka zdań na okładce i wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

„Lubisz codziennie pobyć sam? Nie przepadasz za głośną muzyką? Drży ci głos, gdy masz odezwać się na zebraniu? Nie dajesz się wyciągnąć po pracy na kręgle?”

To króciusieńki opis z okładki książki. Na wszystkie te pytania odpowiedziałam TAK.

Jest zdecydowanie więcej podobnych pytań na które kiedyś odpowiedziałabym „niestety tak”. Dlatego, że moje usposobienie zawsze mi przeszkadzało. Zawsze myślałam, że coś ze mną jest nie w porządku, że to moja wada. Zawsze mi było z tym ciężko, a w liceum przeżywałam apogeum ciężkości. Z wiekiem dawałam sobie prawo do swojej inności, teraz zaczynam ją rozumieć i dostrzegać jej plusy.

Osoby wysoko wrażliwe

Już w szkole podstawowej, gdy prowadzący nauczyciel wyraźnie nie radził sobie z klasą, nikt go nie słuchał, wywoływał u mnie ogromne współczucie i stres. Siedziałam w ławce zdenerwowana co najmniej jakbym to ja stała na środku klasy i wszyscy ze mnie drwili.

Wystąpień publicznych nienawidziłam. A często byłam o nie proszona, bo dobrze się uczyłam i zawsze miałam trafne spostrzeżenia. Podziwiałam innych uczniów, którzy czasami nie mieli żadnej wiedzy, ale ogromną odwagę do wystąpień. Ja musiałam mieć wszystko przepracowane 10x i tak stres mnie zjadał.

Głośna muzyka mnie paraliżowała, choć muzykę uwielbiam. Paradoks – na szkolne dyskoteki chodzić nie lubiłam, byłam może na 2. Utwory w rytmie techno, to do dziś niezrozumiały dla mnie wytwór sztuki. Za to na sali treningowej przy głośnej rumbie, albo tangu mogłam spędzić kilka godzin. Zdrętwiałe i spuchnięte stopy nie były w stanie sprowokować mnie, by odejść od lustra, dopóki nie wyćwiczyłam nowych kroków.

Liceum to była dla mnie gehenna. Dobrze, że miałam swój taneczny świat, w który wpadałam po szkole. Rówieśnicy (z renomowanego liceum) przeżywali w tym czasie szał na imprezy do utraty przytomności i człowieczeństwa. Nie wiedziałam już jak mam odmawiać udziału w tych zlotach. Jedyne co pamiętam z tamtego czasu, to że chyba byłam jedyna, zawsze taka „inna”.

Na studiach było już dużo lepiej. Towarzystwo o wiele bardziej ogarnięte i mające jakieś pasje dało mi wiarę, że nie jest ze mną aż tak źle. Zaczęły docierać też do mnie sygnały, że jakoś „więcej” widzę niż większość moich znajomych. Umiałam bezbłędnie dostrzec, że znajoma ma kłopoty, mimo, że nic nie mówi, czytać między wierszami. Wtedy mnie to dziwiło, że inni tego nie dostrzegają.

Kumulację przeżyłam podczas starań o dziecko. A dokładniej przy kontakcie z lekarzami. Dziś wiem, że byłoby mi łatwiej, gdybym wiedziała wtedy to, co po przeczytaniu książki o wysoko wrażliwych. Nie marnowałabym czasu na lekarzy, którzy udawali, że mnie leczą. Szybciej poszłabym na terapię do psychologa, by zadbać o całą siebie, a nie tylko o jajniki, które każdy monitorował, nie wiem po co, bo one akurat działają najlepiej. Zaczęłabym 9 lat temu gimnastykę, jogę spacery, masaż, zdrową, płodną dietę, kurację ziółkami, czyli wszystko to, o czym lekarz Ci nie powie, bo żaden przedstawiciel medyczny nie będzie go przekonywał, by polecał „rumianek lub spacerek” 🙂

Kiedyś podejrzewałam się o osobę nieśmiałą i tak myślała większość mojego otoczenia. Teraz wiem, że mam prawie 90% cech osoby wysoko wrażliwej, czyli WWO. Mało tego, nieśmiałość, nawet chroniczna nie jest dziedziczona, a wrażliwość jest i to też mi się zgadza patrząc na moją rodzinę.

Wysoko wrażliwi

Kilka cech, sytuacji, które uświadomiły mi, że jestem w dużym stopniu WWO

By zapobiegać trudnym sytuacjom życiowym naturalne jest, że każdy próbuje się zabezpieczyć, znaleźć jakąś przystań fizyczną, materialną, pisze autorka. WWO jednak, cokolwiek by się im zdarzyło, stawiały zawsze na przystanie nienamacalne – miłość, wiarę, kreatywność, praktyki duchowe.

Czytając ten rozdział zaraz stanęły mi przed oczami różne sytuacje: zamiast iść na imprezę, wolałam wieczorne pogaduchy z mamą, chodziłam do kościoła nie dla kościoła, nie że tak mnie nauczono, tylko dostawałam tam pokłady wewnętrznego spokoju i nieopisanej siły.  Nawet gdy przebywałam z dala od domu, od bliskich (za granicą, przez kilka lat mieszkając w innym, zupełnie obcym mieście), wiedziałam, że staną na mojej drodze właściwi ludzie i że to Jego zasługa.

Gdy będąc w grupie ludzi, byłam proszona o zabranie głosu, zawsze bałam się, że zachowam się niezręcznie, że nic nie przyjdzie mi do głowy. Analizowałam potem wypowiedziane swoje 2-3 zdania, jakby to była przemowa prezydenta. Tymczasem odbiór był zazwyczaj bardzo dobry. Często słyszałam- „jeśli Lidia powie, że to dobry pomysł, to faktycznie jest dobry”. Wiedziałam o tym, ale i tak nie dodawało mi to odwagi następnym razem.

WWO podobno często wybierają na swoje powołanie życiowe zawody, gdzie można nieść komuś pomoc. To prawda, moja praca w dużym stopniu na tym polega. Często jednak ulegamy w tej pracy wypaleniu i  to też prawda w moim przypadku. Dużo czasu zajęło mi, by nauczyć się rozpoznawać tzw. wampirów energetycznych i nie dać się wyssać do końca. W pracy zawodowej nigdy nie mam kontaktu z drugą osobą dłużej niż 6 godz. Ale i tak wychodzę bardziej zmięta niż np. po kilkunastogodzinnej sobotniej pracy w domu. Wsiadam do samochodu i przez 15 min nie przekręcam kluczyka, jedynie czuję jak spada ze mnie napięcie, delektuję się ciszą. Chyba muszę jednak zmienić pracę, bo taka w pojedynkę, zadaniowa mnie wcale nie męczy.

Na spotkaniach rodzinnych najlepiej czuję się w kuchni. I nie, raczej nie jestem szefem kuchni, zazwyczaj kończę na zmywaku. Mogę nawet powiedzieć, że przy zmywaniu naczyń się relaksuję (dlatego nie mam zmywarki i pewnie mieć nie będę). Już się utarło, że jak pytam co pomóc, zawsze pada: „no to pozmywaj”, więc już od lat nie pytam, tylko delektuję się szumem wody..:)

Kiedyś analizowałam każdą sytuację 100x, a i tak nie byłam zadowolona ze swojego wyboru. Iść na to spotkanie? Wypadałoby, ale nie będę się czuła dobrze w tym imprezowym towarzystwie. Tylko jak się wytłumaczę? Nie będę się męczyć, jednak zostaję w domu. A jak oni się dobrze teraz bawią, a ja znów stchórzyłam? Analizowałam wszystko na każda stronę. Finalnie nie cieszyłam się z własnego wyboru, ani z czasu który mogłam spędzić po swojemu. Zadręczałam się w kółko, że zawsze mam rozterki i jestem niezdecydowana.

Dziś już wiem, że WWO tak czasem mają i jedyne co powinnam, to powiedzieć sobie: tym razem podjęłam taką decyzję i cieszę się z wieczoru z mężem przy filmie, następnym razem może pójdziemy na imprezę. Dziś pozostanie w domu może być tym czego potrzebuję najbardziej, a następnym razem to może będzie wyjście do ludzi.

Dziś łatwiej mi dać sobie prawo do bycia inną i co najważniejsze nie czuć się z tym głupio.

Dziś dostrzegam plusy bycia WWO.

Już wiem, czemu nie zadaję pytań o ciążę, dzieci, wychodzenie za mąż i czemu mnie dziwi, że inni potrafią być tak nietaktowni w tych sprawach.

Dziś już wiem, czemu na szkoleniach w pracy, które gromadzą ok 100 os. jeśli sama nie zabiorę głosu, prezes i tak zawsze mnie wyrwie do odpowiedzi. „Chcę wiedzieć co Ty o tym myślisz” zazwyczaj słyszę. Kiedyś mnie to denerwowało, że innych się nie „czepia”, dziś już rozumiem, że moje spostrzeżenia zazwyczaj coś wnoszą.

Często po rodzinnych świętach słyszałam, że „Lidia zawsze ma świetny pomysł na prezent dla kogoś”. Czasem to było z przekąsem. Tymczasem ja słucham i patrzę cały rok, potem upominek świąteczny mam już w głowie albo zapisany w notesie dla każdego.

W pracy, gdy mam kontakt z klientką, często płyną łzy. Moje koleżanki zawsze pytają- „czemu tobie wszystkie płaczą, a przy nas się tak dobrze maskują?” Nie wiem, ja po prostu widzę, czy ktoś jest w nieustającym stresie od wielu lat, czy ma charakter mrówki i nie usiedzi na miejscu, czy faktycznie cierpi fizycznie, czy przyszedł, bo potrzebuje pogadać. Jedno, dwa pytania i mam zdemaskowanego największego twardziela. Dopiero dziś to u siebie doceniam.

 

Wrażliwość…

Często utrudnia życie.

Ale gdy jest się jej świadomym, można ją wykorzystać do wyższych celów.

Przestałam o sobie w końcu myśleć, że jestem nie z tego świata.

Może ten świat potrzebuje też wrażliwców.

Mam nadzieję, że moje dzieci będą potrzebowały właśnie wrażliwej mamy.

7 myśli na temat “Książka, która stanęła w mojej obronie.

  1. Ale fajnie być tym wrażliwym prawda? 🙂 Ja może nie jestem wysoce, ale napewno wrażliwa. Lubię pracować sama, lubię ciszę, nie lubię wielodniowych odwiedzin, imprez z dużą ilością nowych osób lub takich na których trzeba się lansować i sprzedać. Kiedyś gdy odmawiałam nocowania u koleżanki i wracałam do domu wieczorem miałam wyrzuty do siebie że jakaś dziwna jestem. Dziś staram się sobie nic nie narzuca ale czasem trudno jest wytłumaczyć komuś że na urlop to my wolimy we dwoje a całą grupą to niechętnie. Że większą rozrywką dla mnie jest pogapić się przed siebie w ciszy niż rozmawiać przez telefon kolejną godzinę. Co ciekawe o wyborze męża też zdecydowało to, że był pierwsza osoba, z która mogłam być 24h i czuć się komfortowo, tak samo jak czułabym się będąc wyłącznie z sobą. Nie mam pojęcia jak sobie radzą ci, którzy nie są wrażliwi 🙂 trochę im współczuje 😉

    Polubienie

    1. Czytam Twój wpis i po kolei na każdy Twój przykład sobie przytakuję – „ja też tak mam” 🙂
      To prawda, są ogromne plusy bycia wrażliwcem – widzimy i czujemy więcej. Możemy dzięki temu szybciej komuś pomóc, czemuś zapobiec, albo szybciej zaradzić. Ale łatwiej też nas zranić, zepchnąć na bok, bo mniej pasujemy do ogółu.
      Jak ja nie lubiłam dużych imprez, zawsze się z nich wymigiwałam, nikt mnie nie rozumiał i myślał „nieśmiała” albo „dzikuska”.
      Dopiero teraz do mnie dotarło, że mam prawo być inna i czuć się z tym dobrze. Nawet czasem niektórym współczuję, że nie dostrzegają tych szczegółów, które ja widzę z daleka.

      Polubienie

  2. Czytalam Twwoje wpisy ostatnio mniej 😦 w czartek pozegnalismy mojego psiaka byl z nami 17 lat pomimo nieplodnosci dawal mi przeogromna milosc i szczescie dzieki niemu sie trzymalam byl moim kochanym przyjacielem teraz jestem rozbita choc wiem zw taka kolej losu jest to jedbak ciezko mi sobie z tym poradzic .Jestem rowniez wysoce wrazliwa nie mam zbyt wielu znajomych a jak juz ich mam to oddalabym wszystko to samo z pieskiem moim staram sobie przetlumaczyc ze byl tobjuz staruszek ze nie doslyszal ze ostatnio nie jadl i mial tego strasznego raka ktory mu chec na wszystko 😦

    Polubienie

      1. Oj, miałaś ciężki czas, bardzo współczuję, choć nie miałam nigdy zwierzaka i do końca nie wiem jak to jest.
        Czasem jednak jeden rozdział w życiu się zamyka, a niespodziewanie otwiera inny.

        Swego czasu M. męczył, by kupić psa. Nawet to byłby fajny pomysł w tej całej naszej niepłodności, ale żadne z nas nie zgłosiło się na ochotnika do porannego wyprowadzania go na spacer 🙂 Jednak są momenty, że żałujemy że żaden przytuliński psiak nie kręci się nam koło nogi. Fajnie, że miałaś takiego przyjaciela przez tak długi czas.
        Ściskam mocno
        L.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s