10. rocznica naszego ślubu …. I 3 starszych Panów w Beskidzie Niskim.

13. luty 2010r. Co ja sobie wtedy wyobrażałam ??

Jakiś wirus jelitowy,  dzień przed „godziną zero” zmiótł mnie z  powierzchni świadomości i pędu ostatnich przygotowań przed ślubem. Miałam dopilnować kwiatów dla rodziców, odebrać tort, zrobić paznokcie. Nie dałam rady. Przeleżałam pół nocy na izbie przyjęć w szpitalu pod kroplówką. Izba przyjęć wtedy nie przyjmowała, na 3 leżankach spali lekarze, którzy mieli nocny dyżur, a obok ja – jeszcze niedoszła panna młoda. Przywiozła mnie tam ciocia pielęgniarka, która dowiedziała się od mojego taty, że wiszę nad toaletą od kilku godzin i chyba na ten własny ślub nie dojdę.

Dwie kroplówki postawiły mnie na nogi. Na drugi dzień pół przytomna, blada, ale już oderwana od toalety dojechałam do fryzjera, a potem do kościoła. Zapomniałam że miałam być księżniczką, że to nasz wielki dzień, koncentrowałam się na tym, żeby nie zemdleć, przynajmniej nie teraz… Cały dzień łącznie z weselem przetrwałam tylko na coca-coli. Dałam radę. Ale byłam przeszczęśliwa, marzyłam że to szczęście teraz razem z M. weźmiemy w nasze ręce i przeniesiemy przez życie razem.

Wiele robiliśmy na przekór. Od samej daty ślubu zaczynając, od miesiąca bez „r”, przez wybieranie sukni ślubnej z … przyszłym mężem, do sesji ślubnej w tonach śniegu i nad Morskim Okiem, zamiast w promieniach słońca na rajskiej plaży.

jazda na sankach nad Morskim Okiem

I to nie dało mi do myślenia…

Nigdy nie szłam na skróty.

Nigdy.

Dlaczego zatem myślałam, że teraz (po  ślubie) będzie łatwo, szczęśliwie i z górki? O ja naiwna.

Liczyłam na przeciętną pracę, ale dającą pewne utrzymanie, stabilne gniazdko rodzinne i dzieciaki… przynajmniej dwójkę, a gdzieś na samym dnie serca tliła się nadzieja na czwórkę. (Nie, nie zastanawiałam się czy ja w ogóle nadaję się na matkę choćby chomika, ja byłam pewna, że będę idealna).

PS. Dziwiłam się parom będącym bez dzieci 5 lat i więcej. Na te z 10-letnim stażem i większym patrzyłam jak na okazy muzealne.  Bez względu czy tak chcieli, czy życie tak za nich zdecydowało, wiedziałam, że ja bym tego nie zniosła.

Kilka lat po  ślubie.

2 przeprowadzki do innych miast na koncie związane z pracą, choć konto (to w banku) tego nie odzwierciedla.

Dzieci – 0

Nowotwór M.

Kłótnie i rozczarowania w związku z tym i sobą nawzajem – bez liku.

Lekarzy, którzy leczą i badają (cokolwiek) – 0. Ci co zgarniają kasę – wszyscy.

Nerwy, bezsilność, łzy, rozpacz – to nasza codzienność przez wiele lat.

Gdzie to szczęście, ta radość, ta nowa rodzina?

Luty 2020r.

Długo zastanawialiśmy się czy świętować 10-lecie naszego ślubu. Wiąże się z nim przecież wiele niespełnionych marzeń. Właściwie to plan niezrealizowany w 100% 🙂

Dzieci biologicznych – brak.

Decyzję o zgłoszeniu do OA podjęliśmy 4 lata temu. Za 3 miesiące minie 3 lata od naszej kwalifikacji na rodziców adopcyjnych. Dzieci adopcyjnych – brak.

Na horyzoncie pojawiło się ryzyko komplikacji zdrowotnych u M.

Chciałoby się wykrzyczeć „Czy my nie możemy Boże mieć zwykłych marzeń o rodzinie? Czy co rusz musimy się bać, że stracimy nawet tak niewiele, z tego co mamy”?

Postanowiłam jednak, że to święto nas dwojga, jako pary, a nie rodziny, a my w sumie mamy co świętować. Czas przestać porównywać się z innymi, tradycyjnymi małżeństwami. My jesteśmy inni, mocno inni. Mamy inną, specyficzną drogę do przejścia. Ale mamy nadzieję, że na jej końcu również jest szczęście. Mamy nadzieję, że nasza droga ma sens (i kiedyś go poznamy). Że te choroby się skończą, że za chwilę zacznie się radość i uśmiech.

Po 10 latach już wiem:

że może być bardzo ciężko, ale da się przeżyć bez dzieci nawet tyle lat,

że fajne małżeństwo zaczęło nam się dopiero po wielu latach różnych prób i dopiero teraz umiemy się naprawdę szanować, kochać, rozumieć i rozmawiać,

że to co my sobie zaplanujemy, tylko rozśmiesza Pana Boga, tak naprawdę Jego plany są dla nas najlepsze, choć zaskakująco inne od naszych,

że decyzja o adopcji w całej adopcji jest najłatwiejsza, a nie najtrudniejsza, że zawsze musi chcieć dwoje i to w tym samym czasie,

że da się przetrwać nowotwór, diagnozę genetycznej przyczyny bezdzietności i żyć ze stresem corocznych badań onkologicznych. Takie rzeczy zdarzają się również 20-sto i 30-sto latkom. To jest właśnie nasze życie i nie możemy poddać się przez to i wpaść w marazm.

Przynajmniej nie możemy wpaść w ten marazm razem. Jedno musi ciągnąć drugie ku górze. Teraz była moja kolej. Namówiłam M. że musimy gdzieś wyjechać z okazji naszej 10. rocznicy ślubu.

W końcu to wyczyn wytrwać razem 10 lat, mimo tylu przeciwności 🙂

Gościniec Banica

Głucha cisza w samym centrum ferii zimowych i  lekcja życia od 3 starszych panów.

Wylądowaliśmy w Gościńcu Banica w Beskidzie Niskim. Cudnej agroturystyce, z przemiłymi gospodarzami i jeszcze lepszym jedzeniem. Byliśmy przygotowani na towarzystwo rodzin z dziećmi (w końcu ferie zaczęła centralna Polska) i wieczorny hałas.

Beskin Niskitrasy biegowe Beskid NiskiGościeniec Banica

 

Tymczasem spełniło się nasze marzenie o głuchej ciszy, śniegu po pas, przemierzaniu szlaków bez ani jednego turysty i kolacji przy kominku. Jedynymi towarzyszami w całym gościńcu było 3 panów w wieku 68 – 77 lat, którzy przez przypadek dali nam sporą inspirację.

Nie było to 3 dziadziusiów, którzy gawędzili o pogodzie, popijali piwo i przechwalali się wnukami. Oj nie…

Przyjechali poszusować na nartach biegówkach. Spotkaliśmy ich raz na szlaku i wstyd mi się zrobiło.  Uważałam, że jako 34 latka mająca tylko raz w życiu narty na nogach (gdy miałam 6 lat) powinnam dać sobie siana z nauką tego sportu. Tymczasem najstarszy towarzysz z naszego pensjonatu był najdzielniejszy na trasie.

Wieczorem przy obiadokolacji siedzieliśmy we wspólnej sali kominkowej. Ja czytałam książkę, M. studiował mapę i układał plan trasy na następny dzień. Pies gospodarzy wylegiwał się na drewnianej podłodze przed kominkiem, a dwa koty odprawiały harce co rusz zaglądając do wazy z niedojedzoną zupą.

DSC02777

A nasi panowie… debatowali nad słusznością twierdzeń matematycznych, fizyką kwantową, twórczością Ewy Demarczyk i wyprawą do Nepalu. Wtrącili po zdaniu o swoich rodzinach i zaraz wrócili do ciekawszych tematów jak choćby gra na instrumentach. Jeden grywał na pianinie, drugi był świetnym gitarzystą i aktualnym uczniem gry na wiolonczeli, a trzeci … 2 lata temu (mając 65 lat) zapisał się na bębny afrykańskie…

Z każdą kolejną godziną spędzoną w ich towarzystwie robiło mi się co raz bardziej wstyd. Patrzyłam w swoją książkę i co kilka minut przerzucałam tylko omiecione wzrokiem strony, a w gruncie rzeczy słuchałam inspirujących współtowarzyszy w wieku dwa razy moim. Żadnych przechwał i opowieści o rodzinie, w powietrzu aż dało się wyczuć pasję i chęć do życia. Nagle najstarszy (77 lat i najszybszy za razem na biegówkach) zniknął na chwilę, by wrócić do naszej kominkowej sali z … gitarą i winem. Następne 3 godziny upłynęły na słuchaniu koncertu ballad po polsku, angielsku i francusku.

Pomyślałam tylko: „I co wiewiórka, da się? Da!”

Cudne 3 dni w Beskidzie Niskim dało nam ciszę o jakiej marzyliśmy, spokój jakiego pragnęliśmy i nauczkę pomieszaną z inspiracją jakich się nie spodziewaliśmy.

Dziś wyjechaliśmy w południe do domu, a ja pół drogi myślałam – „chcę tak jak oni, nie tak jak do tej pory”. Czasem trzeba zobaczyć kawalątek czyjegoś życia, by otworzyły się nowe drzwiczki. Niech to nowe dziesięciolecie będzie szczęśliwsze, a jeśli nie, to przynajmniej bardziej inspirujące… jak 3 starszych Panów w Beskidzie Niskim.

Gościniec banicaZagroda BanickaNo to goBanicki chleb

 

 

 

 

 

16 myśli na temat “10. rocznica naszego ślubu …. I 3 starszych Panów w Beskidzie Niskim.

  1. Jestesmy w podobnym wieku my tez nie dlugo -10 lat dobijemy z meżem moje zycie przelecialo praktycznie na staraniac i karierze. Wydawałoby sie, ze jestem wolna nie mam dzieci ale taka prawda, ze uciekałam w pracę żeby nie myśleć o problemach nieplodności. Co do naszego slubu to jakos tez nie mielismy szcześcia kwiaty okazały sie byc nie takie jakie potrzeba byly kolce na różach (a miało nie być ) były tez perły (pomimo że cos innego wybierałam) wszystko co symbolizuje nieszczęscie pogoda burzowa wrecz jak z angielskiego filmu a juz punktem kulminacyjnym byly nie zlaczone kieliszki i zapomnienie przez dj najwazniejszej kwestii na przyjęciu weselnym: zbierania na wózek teraz to wszystko analizuje i gdy mama mowiła mi co przynosi pecha u mnie to wszystko było jedyne co obilo się o uszy to że deszcz tez symbolizuje kase ale i płacz dużo w tym prawdy. Wiewiorkowo piszesz w punkt jesli chodzi o lekarzy a może oni chcieliby pomóc ale sa beznadziejne przypadki którym sie nie da pomóc podczas gdy innym wszysyko tak łatwo przychodzi my mamy o tyle pecha że jak juz dopadnie jakaś choroba to cieżko z tego wyjsc o ile się w ogole wyjdzie moja mama zachorowala na raka nawet nie bylo dla niej lekarstwa. U mnie od 16 roku zycia bolesne miesiaczki problem mial byc rozwiazany gdy urodze dziecko minelo od tego czasu 16 lat i dalej problem nie jest rozwiazany dalej zwijam sie z bólu co miesiac jedyne lekarstwo to albo leki silne albo antykoncepcja. Kolejna sprawa to ja bardzo rzadko choruje ale jak juz zachoruje na grype to ciezko z tego wychodze. Ospe przeszlam w wieku 25 lat strasznie ją wspominam. Nieplodnosc i rozwoj wydarzen mnie zmienilo tutaj jestem otwarta a w rzeczywistosci bardzo zamknieta czytam bardzo duzo ksiażek gdy jedną skończe druga zaczynam pozwala mi to troche sie wyciszyc zauwazylam kolejna rzecz, że wygadanie komuś w cale nie poprawiało mi nastroju wiec przestalam innym mowic o sobie szczegolnie o oroblemach z poczeciem dziecka. 5 lat staran o dziecko bardzo mnie zmienilo myslalam, ze zajscie w ciaze to pstrykniecie palcem, ze wystarczy ze sie nie zabezpieczysz i juz zaskoczysz dla mnie okazalo sie to gora nie do przejscia tak bardzo kocham góry ale tej nie potrafie udzwignac dodatkowo ta nieplodnosc nawet gdy sie nie starasz gdy juz sie nie leczysz dalej tkwisz w czekaniu wlasciwie nigdy nie lubilam na nic czekac

    Polubienie

    1. Wiesz, ja wszystkie „przepowiednie” i zwyczaje które to trzeba pielęgnować, bo inaczej przyniosą pecha traktuję zawsze z przekorą i … robię odwrotnie 🙂 Ze ślubem było podobnie, z premedytacją wybierałam suknię z mężem, a o takim zwyczaju jak zbieranie na wózek to nawet nie słyszałam:) Ale to prawda, gdy przeleje się czara goryczy niepowodzeń, wszystko zaczyna się przypominać i zaczynamy interpretować te zdarzenia na naszą niekorzyść jakby faktycznie miały moc sprawczą.
      Trzeba czasu by nabyć psychicznej odporności i umieć olać przykre sytuacje, ludzi, którzy ranią przez przypadek i mieć siłę, a przede wszystkim chęć by codziennie maszerować dzielnie na przód.
      To jest bardzo trudne, ale wykonalne. Nie zawsze przy tym czuje się radość i szczęście. Częściej ma się tylko poczucie, że to nasza droga i po prostu musimy iść dalej. Bo przecież musi być jakieś dalej. Inaczej to wszystko nie miałoby sensu.
      Trzymaj się dzielnie na swojej, trudnej trasie i pamiętaj, że jest nas więcej które idą tym „poboczem” 🙂

      Polubienie

  2. Dziękuję Ci Lidio za tego bloga, za cudowne miejsce, które w chwilach, kiedy wydaje mi się, że dłużej nie wytrzymam tkwienia w tej beznadziei, mówi mi: „jeszcze dasz radę, zobacz, Lidia mówi, że da się”, no więc wchodzę tu, czytam, czytam, myślę i mówię sobie: „da się”, choć sama w środku nie zawsze w to wierzę. Czytam tego bloga od dawna, a moje starania trwają 3,5 roku. Wiem, pomyślisz, pomyślicie, zaledwie tyle, ale nasza diagnoza jest bardzo drastyczna. Mąż ma FSH około 40, co oznacza nieodwracalne uszkodzenia i chociaż wyleczyliśmy kompletną azoospermię (dzięki operacji żylaków powrózka), to nadal wyniki są załamujące. A ja stałam się przez to psychicznym wrakiem. Za nami 2 lata naprotechnologii u sławy w tej dziedzinie, a leczenia, oprócz suplementacji, nie ma. Mój mąż też jest w grupie ryzyka, jeśli chodzi o nowotwór. Stoimy przed decyzją o in vitro, którego tak bardzo chciałam uniknąć. Wierzyłam w cud, ale z jakiegoś powodu on się nie dzieje…
    Co do ślubu, wiele bym zmieniła z dzisiejszej perspektywy. Wszystko chcieliśmy zrobić sami i żeby ludziom było dobrze (i bawili się zresztą wspaniale). Przez to chyba nie miałam kiedy poczuć się księżniczką, bo tu rano w dniu ślubu jeszcze wiezienie tortów, wieczorem jeszcze byliśmy na sali, spaliśmy kilka godzin, w ostatnich dniach nie miałam czasu przymierzyć sukienki i okazało się, że niedostatecznie mi ją krawcowa zwęziła, co niestety widać na zdjęciach. Właściwie to postawiłam siebie na ostatnim miejscu, wmawiając sobie, że najważniejsza jest ceremonia, a w ogóle to moje życie zacznie się dopiero po ślubie – myślałam oczywiście o rodzinie. Bardzo pragnęłam, abyśmy szybko stali się rodzicami. Właściwie nie żyłam dniem, chwilą, tylko cały czas czekałam…. Dopiero ta cholerna niepłodność pokazała mi, że ważne jest dziś, bo to, czego spodziewamy się jutro, nie musi przyjść…

    Polubienie

    1. Droga Elli, to wszystko prawda co piszesz. Często staramy się zadowolić innych, siebie stawiamy na szarym końcu, swoje szczęście odkładamy na później, albo uzależniamy od innych…. choćby od dzieci.

      Zrobiłam to samo. Byłam przekonana, że będę szczęśliwa jak zostanę mamą. Przecież to moje powołanie, przecież to oczywiste, przecież wszystkie kobiety wkoło powtarzały, że dzieci są sensem ich życia.
      Czyli ja nie mam sensu? Jestem gorsza? W kółko głupie myśli w głowie, jakby prokurator siedział mi tam 24h/dobę.
      3,5 roku starań to mało i dużo.
      Wystarczająco dużo, by poczuć rozczarowanie, smutek, żal, by zamęczać się głupimi myślami, by zacząć tracić swoje poczucie wartości jako kobiety. Ja tak właśnie miałam i ten czas – po 3/4 latach starań wspominam jako najcięższy.
      Ale to też za mało by się poddać, załamać, przekreślić marzenia o rodzicielstwie.
      Najważniejsze już osiągnęłaś (i to dużo szybciej niż ja) – dostrzegłaś, że ważne jest dziś, tu i teraz.
      Przenieś to „dziś” przez resztę swojego życia i niech któreś „dziś”, kiedyś cudnie Cię zaskoczy.
      Ściskam

      Polubienie

  3. Cześć Lidia! Dziękuję za ten śnieg, co prawda tylko na zdjęciach, ale przepiękny!:)

    Ja podczytuję Cię tutaj w ciszy cały czas, odkąd odkryłam Twojego bloga, teraz już w oczekiwaniu na adoptowane szczęście (co prawda to początek drogi, ale co tam, jestem w ado-ciąży!).

    Od kilku postów, tak ja to czuję, przebija mi od Ciebie jakiś taki smutek… i już jakiś czas nosiłam się z chęcią napisania komentarza, ale post o rocznicy spowodował że piszę, a nie tylko się przymierzam. Nie obraź się proszę, za to co powiem, i nie obraźcie się dziewczyny, Wy, którym posty te pomagają i być może nie odbieracie przesłania Lidii w ten sposób co ja.

    Kochana, ja strasznie Ci kibicuje, zdaje sobie sprawę jak wiele przeszłaś i ile mogło Cię to kosztować (sama nie miałam lżej, uwierz mi, ale nie o to chodzi by się licytować nieszczęściami). Ale jak przeczytałam Twój post to pierwsza myśl jaka mi się nasunęła to – czy Wy w ogóle przez te 10 lat chociaż chwilę byliście szczęśliwi? Czy jest coś, co w życiu Was cieszy? Czytając Twoje zwierzenie (bardzo to cenię że się otwierasz) mam wrażenie że ostatnia dekada to dla Ciebie lata spisane na straty, kupa nieszczęść. Przykre było czytać coś takiego! Przecież na pewno były dobre chwile. Nie chciałabym w 10 rocznicę ślubu zastanawiać się, czy chcę ją obchodzić. I bardzo dzielnie postanawiasz sobie po raz kolejny że nie, że chcesz inaczej, że teraz to już na pewno będziesz brać z życia garściami i to co jest, a jednak po raz kolejny robisz smutne podsumowania…Wiem coś o byciu siłaczką, super-bohaterką która na swój garb bierze szczęścia i nieszczęścia tego świata, swoje i nie swoje, i zawsze daje radę. Daje, ale po co? Po to by w końcu tak się wykobylić, że nie będziesz miała siły się podnieść? A wtedy wiadomo, wszyscy, którym Ty pomagałaś w potrzebie jakoś dziwnie nie zauważają, że Ty teraz potrzebujesz ich. Nie warto. Takie jest życie, jednym daje więcej, drugim mniej, równo, nierówno. Czasem dostajesz kilka kłód na raz pod rząd. Nie ma sensu zastanawiać się czemu tak jest. Ale zawsze mamy wybór! albo się paprać w tym błocie cały czas, albo wziąć życie za rogi i żyć po swojemu! Nie za karę, nie na przekór, nie po to by coś komuś i sobie udowadniać. Nie brać udziału w tej samospełniającej się przepowiedni, że przecież ja zawsze mam przekichane, i na co ja liczyłam. A no, trzeba liczyć na najlepsze! Dużo piszesz o wierze, zaufaniu dla Tego Na Górze. Każdy z nas ma swoje powołanie, i nie zawsze równa się ono rodzicielstwu.A może jest coś nad czym trzeba jeszcze popracować, by sen się spełnił? Pisałaś kiedyś o terapii. Może warto wrócić do tematu, przyjrzeć się znów swoim emocjom? Przecież życie takim życiem „obok” to też marnotrawstwo i grzech! Nie wiem czemu ten pobyt w ośrodku u Was tak się wydłuża, ale może trzeba coś zadziałać? Tak jeszcze myślę..czy masz kogoś z kim rozmawiasz o tym co przeżywasz, o niepłodności, oczekiwaniu na dziecko? Wiecie dziewczyny, to jest za duży ból by móc udźwignąć go samemu. Wiadomo, jest mąż, ale facet to facet, nieszczęśliwych jajników on nie zrozumie. Ja tam sobie bardzo cenie moje pogaduszki o niepłodności/adopcji z moimi psiapsi. Na początku były łzy, teraz już częściej żarty:) I nie mówię, że nie można się smucić z powodu niepłodności. Trzeba być dla siebie łagodnym, wyrozumiałym, trzeba to przepracować. Jednym zajmuje to więcej drugim mnie. Ale żaden blog, żaden post, żaden dodający otuchy komentarz Was nie pocieszy tak naprawdę. To coś jest w środku, ta energia do życia jest w Was , musicie ją odnaleźć! Nie ma co brać życia za bardzo na serio:) bardzo chciałabym, i tego Ci życzę, byś przeżyła niedługo coś miłego, i nam o tym napisała.

    Dziewczyny nie marnujcie czasu,nie czekajcie bo jutra może nie być wcale. On jest Wam dany tylko raz, jak w tej piosence Kwiatu Jabłoni pt. Huśtawki:

    raz tylko dany ten czas
    ani on twój ani czyj
    z czasem się wszystko ustoi
    więc żyj na huśtawce, żyj

    Pozdrawiam,
    Aniutek

    Polubienie

    1. Czytam wpis Lidi i Twój i mam takie wnioski że trzeba przed sobą samym stanąć w prawdzie a gdy się już tam jest i widzi siebie to niestety prawie zawsze widać rozczarowanie światem, sobą, innymi ludźmi. Tak widzą się bezdzietni, wielodzietni biedni, bogaci…wszyscy, którzy są świadomi…są też tacy którzy udają że tego nie ma, którzy wszem i wobec dosładzają już i tak zbyt przesłodzony nastrój.
      Widzieć życie takim jakie jest i nazywać to to nie smutek a prawda. Czuć smutek a jednocześnie żyć i walczyć to siła
      Dla mnie Lidia stworzyła miejsce autentyczne, pełne i radości i smutku przez co normalne…nie cukierkowe jak 100 innych profil na insta ale właśnie takie akurat. Ja tu nie czuje smutku ja czuje dumę z 10 lat i nadzieję na kolejne 10 bez względu jakie będą.

      Polubienie

      1. Tak Soniu, zgadzam się. Życie ma różne smaki, nie tylko słodkie. O tym też pisze w komentarzu. I zgadzam się że najważniejszą jest ta prawda o sobie, poznanie jej i życie w zgodzie. Pytanie, co z tą prawda zrobisz i dokąd Cię ona zaprowadzi.

        Pozdrawiam,
        Aniutek

        Polubienie

        1. A żeby się pośmiać z siebie to dodam, że jakiś czas temu wspominałam ze odprowadziliśmy na droga stronę naszą koteczkę i było nam jakoś pusto wiec się dokociliśmy małym czarnym Brytyjczykiem. Bawi mnie ekwilibrystyka Językowa i poprawność polityczna znajomych i rodziny kiedy wysyłam im fotki z kotem na rękach:))

          Polubienie

    2. Droga Aniutek,

      Można powiedzieć, że przynajmniej śnieg uratował mój wpis 🙂

      Z jednym trafiłaś w 10. Smutek, a właściwie lęk towarzyszy mi od kilku miesięcy. Mam nadzieję, że będzie to strach nieuzasadniony, że wszystko skończy się dobrze, że obecne życie nie wywróci nam się do góry nogami, że nie będziemy musieli zapomnieć o tym, o co tak mocno walczyliśmy wiele lat.

      I uprzedzę entuzjazm, wewnętrznego powera i euforię, która bije z Twojego komentarza – są takie problemy w życiu, że człowiek zapomina, jak się nazywa, że chciał być rodzicem, że o coś walczył latami…. Chce tylko, żeby nie popsuło się jeszcze bardziej to co jest….

      Moje 10 lat małżeństwa to nie czas spisany na straty. To cudowne chwile wplecione w trwanie w trudnej czasoprzestrzeni z najlepszym Kompanem jakiego mogłam dostać do życia. To duma i radość (ale nie euforia), że razem daliśmy radę. To wiele „wykobyleń”, taplania w błocie i niesienia na swoim garbie bólu raz mniejszego, raz większego. Tak, pomiędzy były fantastyczne wakacje, spontaniczne atrakcje, stawianie na siebie, rozwój, rozrywkę. Ale błoto w którym się taplamy od lat jest dalej błotem i nawet najpyszniejsza kawa w najpiękniejszym kubku jest dalej kawą wypitą w błocie. I nie będę Was oszukiwać robiąc instagramowe zbliżenie, że błota nie ma. Błota jest kupa.

      Jeśli czytając moje wpisy będzie Ci przykro, dalej czytasz na własne ryzyko, bo dalej może być tylko gorzej.

      Energia młodego Labradora opuściła mnie już dawno, etap „a może spróbujmy tego / śmego / owego/ poszukajmy lekarza nowego/ przyjrzyjmy się swoim emocjom – mam już za sobą.
      W pewnym momencie przychodzi spokój i przynajmniej częściowa zgoda na to co jest. Wewnętrzna energia ustępuje miejsca wewnętrznej pewności, że zrobiłaś wszystko co mogłaś i chciałaś. Że masz prawo postępować zgodnie ze swoim komfortem psychicznym, a nie złotymi radami innych. Jeśli czujesz że plotki z koleżankami o niepłodności podniosą cię na duchu, to popieram, plotkuj. Jeśli nie masz pewności że inni będą dla ciebie wsparciem, nawet boisz się że super radami lub współczuciem pogorszą twój nastrój, to ja mówię – zachowaj swoją tajemnicę, bo masz do tego prawo.

      Jeśli będziesz kiedyś chciała podzielić się swoim świadectwem, pokazać jak Ty dajesz sobie radę z trudnymi sytuacjami w niepłodności, to gorąco Cię do tego zapraszam. Zapraszam Cię nie do „zagrzewania” do odkrywania wewnętrznej siły, ale do zainspirowania na konkretnych przykładach, jak być, cieszyć się, być szczęśliwą, mimo błota i kłód pod nogami w bezdzietności.
      Pozdrawiam
      Lidia

      Polubienie

      1. Lidio,

        Tak jak pisałam w komentarzu – uwierz mi, wiem jak to jest bać się. Wiem jak to jest, kiedy wieczorem zasypiasz i jedyne o co się modlisz, to by jakoś przetrwać noc. Potem gdy rano się budzisz, modlisz się by mieć siłę na kilka kolejnych wdechów. Gdy Twój świat rozpada się nagle na milion kawałków i nie wiesz co będzie jutro. Nie musisz mi tego tłumaczyć. Energia młodego labradora też dawno mnie opuściła. Nie namawiam Cię do rzucenia się w wir działania na ślepo – to już masz za sobą, ja tez o wiele bardziej cenię sobie ten stan, aniżeli ten poprzedni i rozumiem Cię doskonale. To że masz już dosyć, że chcesz żyć po swojemu. Trafiło to do mnie, umiem czytać ze zrozumieniem:)
        Owszem, było mi przykro czytając tego posta.ale nie mi jako mi, było mi przykro za Ciebie, za Twój smutek. Mój wpis nie miał na celu Cię skrytykować. Raczej zachęcić do tego by wyjść ze swojej strefy komfortu, być może spróbować coś zrobić inaczej niż zwykle? Złapać inną perspektywę.
        Rozumiem i szanuję Twoje uczucia. Szkoda że zamiast przemyślenia tego co powiedziałam, dostałam porównanie do nastolatki koloryzującej rzeczywistość na instagramie, zagrzewającą pustymi frazesami do udawania perfekcyjnego życia.

        Pozdrawiam,
        Aniutek

        Polubienie

  4. Wiewiórko kolejny raz Twój nowy wpis podnosi mnie na duchu w trudnym momencie. Staram się aby niepłodność nie odbierała mi radości życia, ale w niektórych momentach jest mi ciężko ( ciąże w najbliższej rodzinie, pracy itp ).Wszędzie tylko nie u mnie. Jestem w o tyle innej sytuacji ,że mój partner ma dziecko z poprzedniego związku , więc nie czuję aż takiej presji ze strony teściów ( bo są już dziadkami ). Zostało nam już tylko in vitro do wypróbowania, jeśli i to nie zadziała po kilku próbach to odpuszczamy- taki mamy plan. Cieszę się ,że Tobie wyjazd dał chwilę wytchnienia i inspirujące spotkanie 3 starszych panów.

    Polubienie

    1. Czytelniczko,
      cieszę się, że choć trochę mogę pomóc mentalnie. Chciałabym byś miała jak najmniej tych momentów, gdy jest Ci ciężko przez tą zołzę niepłodność. Jakkolwiek skończy się Wasza droga, nie zapomnij o sobie i o tym, że w kółko musimy zaczynać od nowa.
      Taki wyjazd polecam każdemu, szczególnie, gdy trafi się towarzystwo patrzące z zupełnie innej perspektywy, wtedy życie nabiera nowych kolorów.
      Trzymaj się cieplutko
      L.

      Polubienie

  5. Wiecie ta nieplodnosć przeciez jest choroba zniej sie nie da wyleczyc chyba ze juz osiagniesz cel. I gdy myslisz, że juz stanęłaś na nogi i teraz bedzie dobrze przychodzi chwila zalamania mam tak od 5 lat juz zaakceptowalam to czasem potrzebuje sie wyplakac a nie dusic albo udawac ze jestm szczesliwa skoro wszyscy mi pokazują jak pięknie jest mieć dziecko. Dziwne to by bylo gdzyby ktos czul sie smutny a pisal posty pozytywne dlatego Lidio cenie Cie za autentyczność i chyba w zyciu trzeba wyznaczyc sobie cel a jesli cos dlugo trwa obrac inny tor pwłwn szacunek za decyzje o adopcji. Ja ostatnio podjelam decyzje o ponownym zabiegu wiele mnie to kosztowalo. Po tej decyzji bedzie in vitro i trzeba odpuscic bo adpotowac nie chcemy. Czesto mam łzy w oczach a na codzien jestem pogodną osoba chyba silniejsza niz inni.

    Polubienie

  6. Lidio, pewnie nigdy się nie spotkamy w realu, ale chciałabym, abyś wiedziała, że Twój blog jest dla mnie niesamowitą pomocą i wsparciem w naszej bezpłodności. W przerwach między postami wchodzę na Twojego bloga kilkanaście razy, żeby sprawdzić czy jest coś nowego. Twoje słowa podnoszą mnie na duchu, wiele Twoich emocji jest mi dobrze znana. Trudno pogodzić się z faktem, że nie będziemy mieli dzieci biologicznych. Trudno przejść z tym do porządku dziennego, bo potrzeba rodzicielstwa mam wrażenie jest zapisana w nas bardzo głęboko. To nie jest żaden kaprys, a naturalne pragnienie, które gdy niespełnione, potrafi nieźle pogruchotać psychikę i związek między dwojgiem ludzi.
    U nas przyczyna jest też genetyczna.
    6 lat po ślubie, 14 miesiąc po kwalifikacji.
    Pozdrawiam😊

    Polubienie

  7. Drogi Anonimie,
    Każdy jest inny, każdy przeżywa po swojemu.
    Dla Ciebie lepiej jest wyżalić się swojej psiapsi – dla mnie jest to nie do pomyślenia. I myślę, że żadna z nas nie robi nic złego.
    Ktoś może taplać się w swoim nieszczęściu jak ma ochotę – nawet jak gdzieś obok, na wyciągnięcie ręki jest to szczęście. A ktoś tryskać energią, czerpać z życia ile się da – nawet jak świat wali mu się na głowę.
    Każdy ma prawo potem się zestarzeć i płakać, że zmarnował życie – pomimo, że mógł coś zmienić.
    Każdy ma prawo przeżyć swoje życie jak chce.
    „To coś jest w środku, ta energia do życia jest w Was , musicie ją odnaleźć!” – nikt nic nie musi 😉
    Uszczęśliwianie każdego na silę. Cieszymy się, że znalazłaś swoją energię ze środka, naprawdę super! Tak trzymać, ale nie narzucajmy tego stylu życia wszystkim dookoła. Choć o ile świat byłby piękniejszy jakby każdy był szczęśliwy bez względu na okoliczności. I ja to rozumiem, ale rozumiem też że nie każdy jest w stanie to szczęście odnaleźć. Czy to z powodu niepłodności, choroby, złego koloru włosów itd.

    Pozwólmy innym przeżywać życie tak jak chcą.

    Pozdrawiam.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s