Zupełnie inna niedziela

M. jeszcze spał, słońce bez pytania wpadało do biurowego / dziecięcego pokoju. Usiałam jak zwykle przy biurku. Za oknem z daleka, ale za to bardzo wyraźnie widziałam skrzące się pokłady śniegu na Babiej Górze. O tej porze roku rzadko kiedy miałam taką widoczność. Słońce grzało przez szybę bardzo intensywnie, zrobiłam kawę do czerwonej filiżanki, wystawiłam nogi na kaloryfer i oparłam się wygodnie na kręconym krześle.

I co teraz?

Tydzień temu miałam w sobie siłę Pudziana, by ruszać do walki o nasze dziecko, by szukać ośrodka, by weryfikować nasze oczekiwania i próbować przegadać temat z M. (tu mam trochę mniej siły, bo M. ma jasno określone widełki i ani rusz z nimi).

Tej niedzieli wszystko było tak bardzo inne niż zawsze. Marzyłam już dawno, by poczuć, że w najbliższym czasie mam wolne, by rzucić wszystko i zmienić pracę na zupełnie inną. Do tej pory brakowało mi na to odwagi, albo instynkt samozachowawczy włączał się szybciej niż działanie. Tej niedzieli było inaczej, wiedziałam że już mam wolne, takie przymusowe, dziwne uczucie..

Patrzyłam na tą kapryśną Babią Górę i nie wiedziałam co myśleć. Wszystko się zatrzymało do odwołania, czyli do nie wiadomo kiedy. Moja firma, którą sama musiałam (czułam się odpowiedzialna) zamknąć. Tzn. zamknąć tak praktycznie, na klucz, bo teoretycznie istnieje dalej, musi płacić rachunki, utrzymać pracownika, choć nie zarabia. Jak długo dam radę to ciągnąć? Nie wiem, ale będę próbować ile się da.

Zatrzymały się ośrodki adopcyjne, w tym nasz i tak już dawno „przytrzymany”. Zatrzymały się sądy i wszystkie rozprawy o odebranie praw rodzicielskich i te o przysposobienie. Próbuję zrozumieć sytuację i wierzę, że tak trzeba. Ale jak wytłumaczyć dziecku w rodzinie zastępczej, które już poznało przyszłych rodziców adopcyjnych, że nie wiadomo kiedy będą mogli przyjechać następny raz, bo wszędzie jest epidemia? Ono będzie się czuło kolejny raz porzucone…

Zatrzymały się kliniki, procedury, wizyty lekarskie. Ile kobiet „nafaszerowanych” hormonami usłyszało – przykro nam musi pani poczekać aż sytuacja się unormuje?

Siedziałam w idealnej ciszy, w naszym jeszcze niedziecięcym pokoju i myślałam o piątkowej rozmowie moich 3 koleżanek z pracy. Każda z nich ma 2 dzieci, każda w tym trudnym czasie zostaje w domu. Naszej pracy nie da się wykonywać zdalnie, no może czasem odbiorę jakiś telefon konsultacyjny od klienta i tyle, ale to dotyczy mnie i drugiej, która też prowadzi firmę. Pozostałe 2, zatrudnione na etacie mają zupełne wolne. I to wolne już ich kłuło w tyłek. Już w piątek… bo co tu zrobić z dziećmi przez cały dzień? A co robić przez 2 tygodnie? Nie chciałam już dopowiadać, że to pewnie będzie dłużej…

Nie będę tego rozwijać, bo nie jestem matką, ale w tym temacie polecam post u Izzy . Ja napiszę tylko, że …. poczułam zazdrość i kolejny raz niesprawiedliwość…

Siedziałam tak jeszcze chwilę popijając kawę i myślałam, że to jednak dobrze, że:

Mogę zamknąć firmę i chronić siebie i najbliższych. Trudno, nie zarobię, a może będę mieć długi, ale są sprawy ważne i ważniejsze.

Nie poznaliśmy ostatnio naszego dziecka i  nie kazali nam na ten „koronny” czas zaprzestać wizyt u niego.

Nie czekam na żaden zabieg, wizytę u kolejnego profesora od wielu miesięcy, które teraz odwleką się za kolejne pół roku, ani na kurs w OA, który przełożą o następne nie wiadomo ile czasu.

„#Zostań w domu” w ogóle nie kłuje mnie w tyłek. Ze wszystkich możliwych zaleceń, to jest dla mnie najmilsze. Właściwie, gdyby ten wirus zmutował na odmianę #Koniecznie OpuśćDom to dopiero byłabym chora 🙂

 

Po chwili z ogromnym spokojem zaczęły napływać do mnie pozytywne myśli. Bóg ze wszystkiego potrafi wyciągnąć Dobro. Zaczęłam powoli szukać, jak mogę wykorzystać tą sytuację. Odstawiłam na chwilę lęk o zdrowie, finanse, pracę, a zaczęłam myśleć co dobrego może przynieść mi #ZostańWDomu.

Dopisywałam punkt, po punkcie na czystej kartce. Na twarzy nawet nie wiem kiedy pojawił mi się uśmiech. Zaczęłam głośno mówić do siebie i do Niego- serio, aż takie rzeczy musiały się stać bym znalazła na to czas? Potrzebny był taki syfny wirus, by przewartościować priorytety? Po chwili dotarło do mnie, że każdy z nas teraz zauważy to, czego nie widział na co dzień, albo świadomie spychał w czarny punkt, by nie zwracał uwagi.

Wzięłam głęboki wdech i poczułam ulgę… że mogę.

Już zapomniałam jak to jest nie móc nabrać powietrza, bo moja astma odpuściła wojnę ze mną już wiele lat temu. Ale znam to uczucie bardzo dobrze i jest chyba najgorszym jakie przeżyłam.

Teraz sobie przypomniałam, że każdy oddech ma znaczenie, szczególnie przy takiej chorobie, jaka teraz się rozpanoszyła.

Zapisałam całą kartkę A4….

ale o tym później.

Trzymajcie się zdrowo i dbajcie o siebie.

 

 

 

8 myśli na temat “Zupełnie inna niedziela

  1. 🙂 cieszę się, że w wiadomościach od ciebie jest tyle nadzieii…paradoksalnie. Miło się to czyta.
    Ja niestety przestane chodzić do pracy dopiero jak przyjdzie wojsko i rozkaże mojemu szefowi opuścić biuro (a i tak by pewnie następnego dnia sprawdził czy już można). Nie mam dzieci wiec- hura wszystkie dyżuru moje :/
    Pewnie jak piszesz oczekiwanie na kurs nam się wydłuży…ja złożyłam papiery w Gda, czekam już blisko 2 lata na kurs…długo.
    Ostatnio mam znów ochotę powalczyć naturalnie, został mi immunolog…ale nie wiem czy się odważę bo znam Psychiczna cenę…Rozumiem cię że wizja 2+0 jest u was brana pod uwagę bo u mnie opcja 2+koty zaczyna być również brana pod uwagę…albo może nazwę ją tak jak na samym początku- jak Bóg da…i wymowne spojrzenie. Pozdrawiam cieplutko 🙂

    Polubienie

    1. Cześć Soniu, ja zastanawiam się nad pierwszą wizytą w OA w Gdańsku. Staramy się o dziecko 6 lat, nie mam już sił … A Ty piszesz, że na kurs czekasz 2 lata?? Matko… Nie wiem, czy to dla mnie. Może zostaje już tylko 2+pies….

      Polubienie

    2. Soniu przytulam bardzo mocno i wysyłam całą swoją energię na ten czas, gdy musisz pracować. Właśnie dlatego staram się zachować optymizm, mimo, że grozi mi bankructwo 🙂 bo wiem, jak wiele osób jest w sytuacji że pracować musi i to o wiele więcej teraz. Na mnie też próbowali wymóc odgórnie inne decyzje, ale że jestem na DG to finalnie mogłam się sprzeciwić i to zrobiłam.
      Ale myślę właśnie o tych wszystkich, „którzy dzieci nie mają, więc mogą / muszą”. To jest przykre i tyle.
      Kochana odnośnie OA, to skoro jeszcze nie zaczęliście kursu nie myślałaś, by zgłosić się jeszcze do innego OA? JA cały czas czytam o ekspresowym tempie pracy OA na północy, ale nie Trójmiasto, tylko np. Elbląg, Olsztyn. Ja tam mam całą Polskę do przejechania, a Ty może bliżej? Próbuj, żebyś nie wpadła w takie błędne koło jak ja. Już niby po kwalifikacji 3 lata, a w innych OA pary już 2 lata temu zostały rodzicami.
      Ale wszystko „jak Bóg da” 🙂
      Ściskam gorąco.

      Polubienie

      1. Trochę się boje pracować…na początku bagatelizowałem tego wirusa, ale teraz może nie panikuje ale czuję że sytuacja jest zła i że będzie gorzej…
        Potwierdzam to co słyszałaś o OA, bo ja również słyszałam, że szybciej się sprawy toczą szczególnie w Elblągu. W 3 mieście można się zgłosić do ośrodka państwowego lub do fundacji dla rodziny. My wybraliśmy fundacje kierując się opinią koleżanki, która za jej pomocą adoptowała już 2( rodzeństwo) opinia jest taka że długo czeka się na kurs, ale na dzieci do roku…My mimo tych namów że gdzie indziej jest szybciej nie zmieniliśmy zdania…może też czas to przemyśleć.

        Polubienie

  2. Mnie wpis Izzy wydał się nieco hm…idealistyczny? oderwany od moich realiów – czytaj: życia mamy żywiołowej 2,5-latki? Nie chcę wracać do oczywistości, ale muszę: dzieci są różne. I to, że jest ich dwoje, a nie jedno, to ogromna różnica. I to, czy mają 4, czy 2 lata (my córki nie możemy na moment spuścić z oka, bo robi rzeczy niebezpieczne, kaskaderskie…chybotliwy wieszak na pranie staje się drabinką, chce skakać z oparcia kanapy itd…). I to, że posiadanie ogrodu, w którym dzieci mogą się wyszaleć, to w tych czasach wielka wartość. Tak, ja też daje się córce „ponudzić”, czasem zajmuje się sama sobą całe 10 minut ;-)) Nie żebym narzekała – to w końcu nasza ukochana córka, poza tym jesteśmy teraz z mężem w domu razem, w ten sposób udaje mi się wygospodarować jakieś 2-3h dziennie na pracę. Ale rozumiem tych, którzy narzekają, bo sytuacja jest nienormalna (niczyja w tym wina oczywiście, ograniczenia są ze wszech miar uzasadnione). A naszej córce izolacja od dziadków, od znajomych z dziećmi, albo choćby dzieci spotykanych na placach zabaw, nic dobrego nie przyniesie… .Zdrowia nam wszystkim!

    Polubienie

    1. Haniu masz rację, tu wiek dziecka i to czy ma rodzeństwo ma ogromne znaczenie. Ba, nawet to że dziewczynki u Izzy są w podobnym wieku myślę, że też sporo ułatwia. Ja mam siostrę młodszą o 4 lata i jak byłyśmy małe, to wspólne zabawy były, ale raczej krótkie, bo każda miała swój świat:)
      Wyobrażam sobie, że 2,5 latki i to z duszą kaskaderki nie da się zostawić samej sobie, to jeszcze taki wiek. Ale nawiązując do tematu przypomina mi się tekst opublikowany na onecie kilka dni temu. List zdenerwowanej matki, która musi pracować zdalnie z domu i opiekować się jednocześnie sama córką w wieku 9 lat. Opis był naprawdę groteskowy, bo wskazywał ile to ona zabaw i zajęć musi dziecku wymyślać, gotować obiad i cały czas spędzać z córką, więc kiedy ma siąść do tego komputera? I o ile Twój przykład opieki nad 2,5 latką rozumiem w pełni, to opieki nad 9 latką nie pojmę nigdy. Wiem, że są przypadki arcy różne i nie wolno porównywać, ale jak miałam 9,5 lat urodził się mój brat. Bardzo często ja się nim opiekowałam (plus 4 lata młodszą siostrą) i nie pamiętam by mama wymyślała mi zajęcia. Ale ja byłam do takiej sytuacji przyzwyczajona i pewnie dlatego do dziś mam w nawyku „opiekę nad kimś”, czego nie ma mój brat i pewnie ta 9-latka, która oczekuje ciągłej uwagi od matki.

      Wierzę, że wytrzymamy ten czas i jeszcze wyciągniemy z niego tyle dobra ile się da.
      Ściskam mocno i zdrówka życzę! Małej Kaskaderce też 🙂 – to znaczy że ma się dobrze.

      Polubienie

  3. Kochana Wiewiórko i inne oczekujące na adopcję przyszłe Mamy, zastanawiałam się czy napisać… bo brak mi słów nad tym , co teraz przeżywacie 😦 ja do ośrodka zgłosiłam się w czerwcu 2017, kurs luty – maj 2018, kwalifikacja maj 2018 roku. Telefon zadzwonił w lutym 2019 roku. Dzidziuś 3 miesiące. Wygrałam miliard w totolotka, zdaje sobie z tego sprawę. Czasem zadtanawiam się czym sobie na to zasłużyłam… i czemu Wy nadal czekacie. Dla mnie jigdy nie było opcji 2… i nic więcej. I może to, że ja bym chyba tego nie przezyła, choć pewnie bym musiała… Bardzo mocno trzymam za Was kciuki!!! Cuda się zdarzają, teraz już to wiem.

    Polubienie

    1. Droga Biała, bardzo się cieszę (naprawdę), że nie musiałaś przechodzić takiej drogi jak my.
      Widzisz, gdy Ty zgłaszałaś się do ośrodka, my mieliśmy już kwalifikację 🙂 Ty przez te 3 lata zdążyłaś szczęśliwie przejść każdy etap drogi do macierzyństwa adopcyjnego, a ja dostać pierdolca (przepraszam) bo nic się nie zmienia. Jak ktoś mi pisze, że mam się cieszyć, że wszystko będzie dobrze, że ta droga ma zawsze swój koniec, to nie powiem co mnie trafia.
      „Znam” internetowo tylko parę osób, które czekają jeszcze dłużej i one też mają już myśli, że może to jest „po coś”. Może to jednak nie dla nas, tylko tak dyskretnie przekazywane.
      Nie wiem,ale chcę wierzyć, że jeszcze chwilę i skończy się koronawirus, zawieszanie rozpraw i dawanie w nieskończoność szans rodzicom biologicznym, a odbieranie dziecku szansy na życie w spokoju, miłości i bezpieczeństwie. Próbuję przynajmniej w to wierzyć.
      Ściskam mocno i życzę zdrówka dla całej adopcyjnej rodzinki:)

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s