Bezdzietność z Marsa, czyli męskie czekanie na potomka.

Walcząc z bezdzietnością nie walczę tylko z nią samą, ale jeszcze z męską obojętnością… (czasem tylko chwilową, czasem wielomiesięczną).

By walczyć z bezdzietnością trzeba mieć siłę, energię i jakieś duże zapasy paliwa, by dać radę utrzymywać się na powierzchni. Gdy trwa to miesiącami, a potem latami, nie chcę napisać dziesięcioleciami, bo aż boję się, bym czegoś nie wykrakała, to naprawdę potrzebna jest mega armia wsparcia.

I o tym wsparciu dziś kilka słów.

Otworzę puszkę Pandory.

Może to nawet będzie mój ostatni post….

Albo blog pojawi się potem pod innym adresem, a Wy będziecie musiały mnie jakoś znaleźć..:)

Ale może też komuś, może choć jednej z Was dodam otuchy, bo czekanie na dziecko (biologiczne czy adopcyjne) jest trudne również w aspekcie damsko – męskim.

Tak, dziś kilka słów o męskim podejściu. Nie dlatego że chcę ponarzekać, nie dlatego, że chcę znaleźć pocieszenie i wsparcie u Was, ale może ktoś mnie naprowadzi, bym zrozumiała choć odrobinę bezdzietność, która pochodzi z Marsa….

W 2011r zaczynałam przekopywać Internet, by znaleźć choć krztynę pocieszenia, gdy długo nie zachodziłam w ciążę. Mój mąż jeszcze wtedy nie widział problemu, właściwie to ja go wtedy „stwarzałam”. Pocieszenie dawały mi fora i blogi dotyczące niepłodności …. Wszystkie pisane przez kobiety.

Można uznać, że na początku 2012r już oboje „widzieliśmy” problem niepłodności, choć oczywiście, kreowałam go bardziej ja. I taka wersja utrzymywała się nawet do wejścia do gabinetu androloga, gdzie został zdiagnozowany nowotwór M. (z przekąsem napiszę „dzięki” mojej niepłodności).

Gdy choroba M. została „opanowana” na takim etapie na jakim się dało najlepiej, wróciliśmy do starań. Tzn. wróciliśmy, ale to tak naprawdę ja wróciłam do: chodzenia po lekarzach, a wcześniej wyszukiwania tych najlepszych w Internecie, do robienia badań, zażywania leków.  Tak, oboje chcieliśmy tego dziecka, tak oboje się staraliśmy, ale rozmów większych na ten temat nie było, niestety. Niby oboje jechaliśmy na tym samym wózku, ale więcej dyskutowaliśmy i wspólnie przeżywaliśmy zakup samochodu, niż to że walczymy o wspólne dziecko, które chcemy tym samochodem wozić.

Wiem, że mężczyźni inaczej przeżywają przygotowania do roli ojca. Wiem, że im jeszcze trudniej pogodzić się, że dziecka biologicznego nie będzie. Wiem że im trudno, gdy my mamy załamanie emocjonalne przez kolejną miesiączkę, wybuch hormonów lub kolejną dawkę turbo leków, które uaktywniają  w organizmie bombę wybuchową. Staram się to rozumieć, bo oni tego nie czują, tylko obserwują z boku. Mój mąż często był dla mnie wielkim wsparciem, albo rozweselaczem w gorszych chwilach.

Ale z drugiej strony…. No właśnie. To my jeździmy na wszystkie wizyty do lekarzy, mój mąż dołączył do mnie w 2015r. To my się faszerujemy hormonami, aplikujemy zastrzyki w brzuch, dajemy sobie wykonać wszystkie zabiegi. To my co miesiąc oprócz kolejnych nerwów i załamania przechodzimy tak po ludzku znów fizyczne cierpienia…. i to ze świadomością, że tak będzie kolejnych ileś tam lat, a z tych „miesięcznic” może ani razu nie przytrafić się żadna „nagroda”.

Decyzja o adopcji, to często znów walka podjazdowa. Choć tu nie ma miejsca na żadną walkę, tu trzeba iść razem ramię w ramię. Tu nikt nikomu nie może nic udowadniać i do niczego przekonywać. U nas dopiero trzecie podejście okazało się być tym, które zakończyło się w ośrodku adopcyjnym. Zawsze to ja musiałam czekać na gotowość M. Nie chciałam do niczego go przekonywać i namawiać.  Jeśli dziecko ma mieć rodziców adopcyjnych, to nie po to, by oni chwilę po adopcji się rozeszli. To musi być wspólna decyzja.

Wiele razy dostałam od Was pytanie, co zrobić, bo mąż nie jest przekonany do adopcji? Nie wiem. Nie mam prawa udzielać tu żadnych rad. Mój po pierwszych swoich dwóch decyzjach wstrzymał się od kolejnego ruchu. Dopiero w 2016 roku na jego prośbę poszliśmy do OA i złożyliśmy dokumenty. Wiedzieliśmy że będziemy musieli trochę dłużej czekać niż przysłowiowe 9 miesięcy. Czekamy już prawie 4 lata.

Ja próbuję się cieszyć i trochę przygotowywać na to co będzie, gdy rodzina się powiększy. Ale uwierzcie nie mam na tym punkcie żadnej fiksacji, żadnej. Czytam blogi, fora i czasem książki, na tym koniec. Nie kupiłam dla dziecka nic, nie przemeblowałam pokoju, nie zbieram ubranek od rodziny, ani zabawek. Nasz dom wciąż wygląda jak pary planującej życie we dwoje aż do grobowej deski.

Mam wsparcie innych mam adopcyjnych, czerpię wsparcie od Was i z innych blogów. Nigdzie jednak ani jednego męskiego głosu, co dla nich znaczy to czekanie. Jeśli im też jest tak trudno jak kobietom, to jak możemy pomóc? Z chęcią pomogę, tylko wersji – „przemilczmy” nie przyjmuję, przynajmniej nie przez 4 lata.

To fantastyczne, że tak można liczyć na kobiety, ale co czekanie na dziecko adopcyjne oznacza dla przyszłych ojców? Nie wiem. Na ten temat nie ma rozmowy w naszym domu, nie ma informacji w Internecie, książkach. Nie ma tematu, jest tylko głuche czekanie, 4 lata czekania. Jeśli Wy mamy adopcyjne, macie obserwacje z biernego albo może bardzo aktywnego czekania na dziecko adopcyjne przez Waszych mężów, proszę poratujcie wskazówką.

Pamiętam zaraz po studiach, jak bliska koleżanka zaszła w ciążę przypadkowo (i to mało powiedziane). Jej mama nie poruszała tego tematu prawie do porodu, choć mieszkały razem. Agata stwierdziła – „mama chyba liczy, że jeszcze rozchodzę tę ciążę i nie urodzę”. Czasem mam wrażenie, że moje czekanie też dobrze by było jakbym „rozchodziła”. Jakby tematu nie było.

Dziś, gdy patrzę wstecz na nasze leczenie niepłodności, można było je poprowadzić inaczej, szybciej, bardziej racjonalnie. Straciliśmy około 5 lat.

Z adopcją jest podobnie, wszystko trwa za długo. Nasz ośrodek już mało prawdopodobne, że da radę nam pomóc. Większość par z naszej grupy szuka innych placówek, jedna w ten sposób znalazła już swoje dziecko, co mnie bardzo cieszy.

Jeśli nie chcę się tylko oszukiwać, że czekam na dziecko adopcyjne, to powinnam coś zrobić. Gdyby wystarczył zastrzyk, a nawet seria, kolejny zabieg w szpitalu… pojechałabym sama, ale … nie ja sama będę adoptować.

Jestem już za słaba na ciągnięcie sama tych sanek. Mam nadzieję że „jutro” tą siłę odzyskam, bo przecież matka walczy o dziecko do końca. Mam nadzieję, że moja druga połówka z Marsa też odzyska siły i motywację. Ale mogłoby być łatwiej, moglibyśmy razem. Moglibyśmy ostatni rok już nie czekać, a dziś wesoło wspominać z naszym dzieckiem, jak do nas trafiło.

Nie mam już siły czekać na gotowość Marsa. Dzieci też nie będą czekać, aż Mars się przekona… że było warto wstać z kanapy. Całe szczęście, że one pewnie trafią do innych, gotowych i zdecydowanych o nie zawalczyć rodziców.

A może też to całe czekanie już do granic wyzute z emocji ma sens. Może tak musi być. Oby tak było..

Żebym tylko nie podsumowała drogi adopcyjnej, tak jak leczenia…. Można było inaczej, szybciej, bardziej racjonalnie. Można było ten czas czekania, przeznaczyć już na zabawę i przytulanie.

PS. W szkole zamiast tylu godzin historii, biologii i innych powinien być przedmiot

pt. „rozmowa klucz do wszystkiego”

 

Ściskam Was i tak najmocniej jak umiem z Wielkanocną Nadzieją!

44 myśli na temat “Bezdzietność z Marsa, czyli męskie czekanie na potomka.

  1. Witam
    Bardzo mi bedzie smutno jesli nie napiszesz kolejnego postu czytam je i mam takie rozwazania my z mezem za kazdym razem gdy probowalismy zawalczyc o dziecko zawsze cos sie dzialo i nam w tym przeszkadzalo wyrazniejszych sygnalow nie moglismy dostac z nieba 5 lat walki o dziecko i taki koronawirus dopiwro sprawil ze oboje zrozumielismy ze dziecka nie bedzie ma to swoje plusy akceptujac taka sytuacje nie orzezywamy katorgi i cierpienia. Moim problemem bylo rowniez nalrecanie sie czytajac mase postow od dziewczyn na forum …. pozostal tylko Twpj blog gdybym mogla cofnac czas to napewno zmienilabym to myslalam ze losy innych kobiet albo wsparcie mi pomoze alez sie mylilam codziennie wiadomosc o ciazy jakiejsc dziewczyny nie byla dobrym pomyslem rownie bolesnie przezywalam straty innych bardzo w tym wszystkim sie nakrecilam. Jesli chodzi o ubranka czy pokoik mialam tone rzeczy dla malego dziecka zbierane byly przez moje rodzenstwo z mysla ze beda dla mojego dziecka potrzebowalam 3 lat aby wszystko wyladowalo w pck a lozeczko rozwalilam pamietam jak mnie to bolalo uwolnilam sie od tego myslenia po kolejnych 2 latach zrobilam krok do orzodu kupilam skarpetki dla swojego dziecka byc moze beda tam tylko lezaly ale zrobilismy wszysstko co moglismy musielismy odpuscic juz nie wywoluja one u mnie bolu czy smutku nie czuje nic akceptacja sytuacji w ktorej sie znajfujemy i nie liczenie na cud jest najlepsza sprawa.

    Polubienie

    1. Decyzja o zaprzestaniu walki o dziecko jest chyba najtrudniejsza decyzją, jaką trzeba podjąć. Bo przez wiele lat żyło się nadzieją i tej nadziei podporządkowywało się wszystko. A tu trzeba pogodzić się, że dziecko o ktore się tyle walczyło, nigdy się nie pojawi. Myślę, że ten stan można to porównać do żałoby.
      I prawdą jest to, że czytanie blogów, czy forum tylko nas nakręca. Najważniejsze jest to, by umieć powiedzieć sobie stop, jest czuje się, że nie tędy droga i nie chcemy już więcej żyć obok naszego obecnego życia. Trzeba szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę poświęcic swoje życie i zdrowie tylko jednemu. Dojrzeć inne możliwości. Bo może okazać się, że nasze bezdzietne życie wcale nie jest takie złe i ma wiele plusów.
      Osobiście stałam przed taką decyzją. Rozważałam wszystkie za i przeciw. To tyło bardzo trudne. Ja nie potrafiłam żyć bez dziecka. I bardzo cenię ludzi, którzy tyle przeszli w życiu, a jednak potrafią zawalczyć o to, by byli szczęśliwi bez dziecka.
      Życze Ci, drogi Gościu dużo spokoju i tak po ludzku – szczęśliwego życia.

      Polubienie

    2. Uświadomiłaś mi dziś ważną rzecz, ja też właśnie stanęłam pod ścianą. Wybór został niejako podjęty i to nie przeze mnie. Ja muszę ten wybór tylko jakoś tolerować, bo akceptować nie wiem czy kiedykolwiek będę umiała.
      Ja też nakręcałam się i dołowałam na przemian czytając blogi, fora, komentarze, ale dziś wiem, że dzięki temu zrobiłam tak po ludzku, to co w mojej mocy. Bez tego czytania nie doszlibyśmy nigdzie w leczeniu.
      Każdy lekarz, klinika, szpital, zabieg, suplementy, diety – wszystko było wyszukane przeze mnie. Włożyłam w to 200% siebie i przypłaciłam emocjonalnym dołem.
      Ośrodek adopcyjny też wybrałam ja, a nawet kilka, w zależności gdzie mieszkaliśmy zawsze miałam przygotowany adres, gdybyśmy jednak „zdecydowali” się pójść.
      Dziś wszystko zaczyna mi się składać w całość, tyle lat nieudanego leczenia (bez ani jednej ciąży), tyle lekarzy z całej Polski, tyle czasu w OA – mało kto tak jak my brawurowo zaniża statystyki…
      Chyba Bóg ma mi coś do powiedzenia, tylko ja nie umiem tego jeszcze do siebie przyjąć, bo nie umiem do końca wyobrazić sobie życia bez dzieci.
      Jak to na pewnym blogu przeczytałam: „Czasami największe dary od Boga, to niewysłuchane modlitwy”..

      Polubienie

  2. Droga Lidio nie wiem czy Cię to pocieszy ale muszą Ci powiedzieć że Twoja siła daje mi siłę do przyjmowania mojej niepłodności Twoja odwaga staje się po części moja odwaga Twoja szczerość i prawdziwość przynosi mi ulgę w przeżywaniu moich załamań emocjonalnych…A więc dobrze że jesteś…żałuję że nie mogę dac Ci bardziej swojego wsparcia A co do mężczyzn to mam wrażenie że to taki gatunek węży boa dusicieli…oni bardzo dużo przeżywają ale nie wyrażają tego na zewnątrz…Wiesz przyszło mi coś do głowy- rekolekcje dla małżeństw o dialogu byłam że swoim M. Na takich w Porszewicach forma Cię mile zaskoczy – obiecuje ….Może uda się tam w dobrej atmosferze porozmawiać o tym co boli co trudne czego brakuje …polecam Ci Wiewiórkowo ☺🌷🌻 życzę dużo wewnętrznego spokoju i niegasnacej nadziei Pamiętaj że my Pragnące Potomstwa Cię tu potrzebujemy! Ściskam Cię mocno i pozdrawiam 🙂

    Polubienie

    1. Ago,
      dziękuję za miłe słowa i wirtualne wsparcie. Podoba mi się porównanie do boa – dusicieli. W takim razie ja jestem już chyba uduszona:)
      Dziękuję za polecenie rekolekcji, na pewno obejrzę.
      Mam nadzieję, że jeszcze napiszę tu jakiegoś posta, że będzie o czym. Powodzenia na Waszej drodze!
      Ściskam
      L.

      Polubienie

    1. Napiszę po krótce jak było u nas.
      Ja już jako nastolatka wiedziałam, że chcę mieć dzieci. Dość szybko wyszłam za mąż, ale skupiliśmy się jeszcze na szkole i pracy.
      Mężowi nie spieszyło się do tego by mieć dzieci, a ja czekałam na jego krok. Gdy dowiedzieliśmy się o niepłodności, to dla mnie było oczywiste, kolejnym krokiem będzie wizyta w OA. I tu natrafiłam na mur i sprzeciw męża, bo on widział nasze dalsze życie we dwoje. Były kłótnie, była moja depresja. Dużo by pisać..
      Po jakimś czasie mąż zgodził się na wizytę w OA. Z zastrzeżeniem, że mąż może się wycofać. Gdy już czekaliśmy na ten telefon, to też nie było euforii że strony mojego męża. Wszystko inicjowała ja. Zakupy dla dziecka, rozmowy. Tak, czułam się w tym oczekiwaniu samotna.
      W zasadzie nawet przez pierwsze miesiące po pojawieniu się córki, to ja się głównie nią zajmowałam, bo mój mąż się bał. Potrzebował czasu by się przyzwyczaić do nowej sytuacji. To był prawdziwy sprawdzian dla naszego małżeństwa. Na szczęście wyszliśmy z tego wszystkiego obronną ręką. Tak się szczęśliwie dla nas złożyło, że mąż poszedł na 2letni urlop wychowawczy (wiele spraw na to w wpłynęło). Z perspektywy czasu wiem, że to było najlepsze, co naszą rodzinę mogło spotkać. Więź taty z córką – bezcenna!
      Ja nie potrafiłam odpuścić decyzji o dziecku.
      Nie wiem, co by było, gdyby mój mąż nie zmienił zdania. Na szczęście nie muszę o tym myśleć.

      Polubienie

      1. Poznałam już większą część Twojej historii i napiszę tylko tyle:
        Ty nie jesteś głową Waszej rodziny, Ty jesteś jej całym kręgosłupem.
        Niech Ci teraz obecność córki wynagrodzi tą długą walkę.
        Jeszcze raz bardzo dziękuję za Twoją historię Ewo.
        Przytulam najmocniej
        Lidia

        Polubienie

  3. Witaj, Jak tak czyta ten ostatni wpis to jakbym czytała o sobie. Po trzech latach jeżdżenia po lekarzach i klinikach miałam dość. Gdzieś w połowie tego czasu już widziałem że chce adoptować dziecko. Mój M. niestety w ogóle nie chciał o tym słyszeć. Podczas leczenia było cały czas między nami takie niszczące nieustanne napięcie. Jeździł że mną na każdą wizytę znosił humory robił zastrzyki, ale ja cały czas miałam poczucie że przechodzę przez to sama. Kiedy nie miałam już sił fizycznych i psychicznych odpuściłam powiedziałem sobie ,, szkoda czasu, szkoda życia,,. M. Nie protestował. Ale adopcji nadal niemal pod uwagę. Parę razy podjęła rozmowy na ten temat bezskuteczne. Potem już odpuściłam i czekałam. Doczekalm się jakiś rok później. Kiedy sam wyszedł z inicjatywą odwiedzin ośrodka. Do dziś nie wiem co działo się w jego głowie. I co dzieje się teraz. Jesteśmy prawie dwa lata po kursach. Szkolenia które mieliśmy przez 5 weekendów bardzo nas zbliżyła. W końcu poczułam że to nasz wspólną sprawa. Że jesteśmy w tym razem. Ale nadal nie wiem co dzieje się w głowie M. Wydaje się czeka cierpliwie znosi to dużo lepiej niż ja. Przynajmniej tak mi się wydaje…

    Polubienie

    1. Bardzo dobrze Cię rozumiem.
      Smutne to jest strasznie.
      Czekasz wiele lat na dziecko i stajesz na głowie by znaleźć nowe rozwiązania. Niby jedziemy na tym samym wózku, ale nieustanne napięcie ciągle towarzyszy. Nie wiadomo czy się odezwać, czy może lepiej nie. Czuję się tak, jakbym sama sobie swoją niepłodność zaplanowała, a potem sama wydłużyła kolejkę w OA i jeszcze robię problem.
      Trzeba mieć dużo cierpliwości do tego czekania, milczenia i niedopowiedzeń. A mogłoby być lżej, no ale cóż.
      Ściskam i trzymam kciuki, by Wam się udało!
      L.

      Polubienie

  4. Pamiętasz jak blisko rok temu pisałam, że zaczynam leczenie, które w 100% uniemożliwia nawet „cudowne” poczęcie? Ten rok za moment się kończy a ja chwilę przed przeczytaniem twojego wpisu zapytałam M, czy chcemy próbować naturalnie…on- pewnie, że tak, ale to ostatecznie Ty zdecyduj. Ja- no to może najpierw nadrobimy zaległości z dentysta 😉 Jak to jest z moim Marsem? On niby wie Ile bólu i dyskomfortu kosztuje mnie leczenie. Niby, bo przecież sam nigdy tego nie doświadczy. Wie też ile kosztuje mnie to psychicznie bo tego akurat pośrednio doświadczył gdy mu się obrywało po hormonami, ale on tego nigdy nie pojmie tak DO KOŃCA no bo niby jak ma to zrobić…dla mnie najważniejsze jest to, że zdaje sobie sprawę z tego że mnie to obciąż i przyjmuje mój wybór za swój. Może ktoś powie, że tak prościej,ale ja wiem i widzę w tym autentyczną miłość do mnie. Mój M sam nie mówi i nie wywołuje tematu naszej bezdzietności, nie dzieli się też od siebie swoimi uczuciami…Dostrzegam jednak jak patrzy czasem na dzieci ale tez dostrzegam to, że patrzy na mnie z miłością i ja jestem dla niego najważniejsza…mam szczęście. Cały ten proces leczenia ukradł nam radosny i spontaniczny seks. Całe lata kalendarzowych rządów mocno się odbiły na tej sferze i niestety odbudowa jej potrwa pewnie tyle co czas niszczenia. Gdy sobie myślę czy mogę podjąć decyzje, że będę bezdzietna…odpowiadam, że nie. Jedyne co mi tu pasuje to tolerancja. Ja tą bezdzietność mogę tolerować jak kogoś nielubianego z kim muszę życi w sąsiedztwie. Może tak do końca życia…Nie wiem, jaka postawa naszych Marsów jest właściwa…pewnie tylko taka, która na ich własny sposób pozwala im przeżyć tą sytuacje. Przyjęłam kiedyś zasadę, że gdy czegoś od M oczekuje to nie będę robiła min i czekała aż się domyśli tylko powiem mu wprost. Całkiem to się sprawdza i w tym problemie. Czasem muszę się zadowolić zdawkową odp, ale czasem usłyszę coś naprawdę wartościowego. Bardzo się staram oddzielać moje wyobrażenia o tym jak niepłodność powinien przeżywać mój M
    od tego jak robi to naprawdę. Bo przecież to że nie udziela się na blogu nie znaczy ze tego nie przeżywa. Najważniejsze jest to, że ostateczny cel macie wspólny i godzicie się z wybraną drogą. A jeśli ktoś po drodze zwątpi albo osłabnie Zawsze może liczyć na partnera. Myślę, że ty masz takie wsparcie:)
    A żebyście dziewczyny nie myślały, że facecie mają tak hop-siup: mam kolegę gdzie niepłodność leży po jego stronie. Udało mi się namówić go na zwierzenia – powiedział że nie przeżył gorszego okresu w swoim życie niż ten gdzie faszerował się hormonami. Przytył, był ospały, smutny i nerwowy…skąd ja to znam 😉 wytrzymał rok. Niestety historia bez szczęśliwego zakończenia, wieloletnie leczenie bez powodzenia…czekają tylko na ewentualny cud

    Polubienie

    1. Soniu, to prawda masz ogromne szczęście 🙂
      Ten rok, Twojego leczenia bardzo szybko zleciał, cieszę się że możesz jeszcze starać się naturalnie i że macie jakieś „możliwości” w tym temacie.
      Widzisz, o ile męski udział w leczeniu niepłodności jest ograniczony i zazwyczaj to kobieta bierze na siebie więcej, bo to jej ciało będzie nosiło to maleństwo, to przy adopcji jest trochę inaczej.
      Tu już nie jest potrzebna moja macica, nie muszę robić sobie zastrzyków, nie ja sama powinnam podejmować decyzję albo ciągle ją prowokować. Tu powinno zależeć obojgu.

      A ten kolega uważam, ze powinien założyć bloga, choćby miał być tam tylko 1 post 🙂 Ile razy słyszałam od M. że ma już dość moich humorów, histerii, załamań emocjonalnych. Uważa to chyba za kobiecą cechę. Może jakby przez 1 miesiąc poczuł się tak, jak ten kolega i miliony kobiet, to zrozumiałby choć odrobinę 🙂

      Polubienie

  5. Dodam jeszcze, że ja cię czytam jakiś rok. I w tym czasie nie byliście bierni…ja tak tego nie odebrałam. Zrobiliście remont, mieliście wspólne wyjazdy wiele z nich świadczyło o tym, ze bardzo dbacie o swój związek, a to wasze jako Małżeństwa główne zadanie! Pisałaś tęż, że nie chcesz myśleć, że mogłaś lepiej/inaczej…zamień takie myśli na- zrobiłam wszystko co było w mojej mocy w tamtym momencie. Napewno tak było, tylko perspektyw czasu to zniekształca, zapominamy o różnych okolicznościach, które na nas wtedy wpływały.

    Polubienie

    1. Oj tu się z Tobą zgadzam w 100%, staramy się ten czas jakoś przeżyć, a nie tylko przetrwać. I jeśli chodzi o takie życie normalne, to nie byliśmy bierni, oj nie.
      Ale właśnie to spostrzeżenie jeszcze bardziej mnie dołuje. Bo wyraźnie widać, że tam, gdzie zależy nam obojgu, to potrafimy żwawo iść do przodu, albo przynajmniej na bieżąco iść na kompromis i toczyć to nasze życie do przodu, tak żeby było nam miło. Urządzając dom, planując wakacje, górskie wyjścia itp.

      Gdyby na adopcji zależało nam obojgu tak samo, bylibyśmy już dawno na niejednej wycieczce, ale z naszym dzieckiem, a remont robilibyśmy pokoju dla malucha. Nie czekalibyśmy w miejscu 4 lata, albo przynajmniej ostatni rok już nie czekalibyśmy. Ale tu ewidentnie nie zależy nam tak samo.
      I „odkrywając” tę prawdę o nierównym czekaniu na adopcję opadła mi chęć na normalne, wesołe toczenie życia do przodu.
      Ściskam
      L.

      Polubienie

  6. U nas też to głównie ja przeżywałam, płakałam, czekałam…tak na zewnątrz. Musiałam to przegadać, wypłakać, szukałam wsparcia. Mąż przeżywał to bardziej w sobie. Problem leżał po jego stronie. Dzielnie chodził na badania, łykał witaminy, chociaż widziałam, że średnio wierzy, że to coś pomoze. Oczywiście do adopcji tez musiał dojrzec. Było dużo rozmów inicjowanych z mojej strony. Decyzje podjeliśmy dość szybko bo po ok. 3,5 roku starań i leczenia. Jak mówi mój Mąz on do tego podszedł zadaniowo. Realizował kolejne punkty planu by dojść do celu. Rzeczywiście brak jest relacji mężczyzn jeżeli chodzi o niepłodność i adopcje. Mój Mąż nawet poruszył ten temat na kursie, że ciągle ma czytać książki o adopcji, ale wszystkie są pisane przez kobiety. W trakcie czekanie na adopcje byl raz na warsztatach dla przyszlych ojcow. Poza tym nie przezywal specjalnie tego czekania. Korzystał z wolnego czasu, czasem ocierał moje łzy i zawsze myslal tak bardzo pozytywnie co na pewno dodawalo mi sil.

    Polubienie

    1. Dzięki Ci za Twoją/ Waszą historię.
      To prawda, że nawet literatura adopcyjna pisana jest chyba zawsze przez kobiety. Na naszym kursie adopcyjnym, wśród prowadzących było 3 mężczyzn i drugie tyle kobiet. Z tego jeden z tych prowadzących to miałam wrażenie, że jest tam za karę i by wszystkim udowodnić, że i tak się nam nie uda:)
      To prawda, że mężczyźni podchodzą do wszystkiego bardziej zadaniowo i w adopcji jest identycznie. Mój mąż ciągle twierdzi, że „zrobiliśmy wszystko” co się dało – czytaj co wyszukała, posprawdzała i namówiła go żona. Oczywiście po dłuższym czasie zastanawiania i ostatecznym wyrażeniu zgody 🙂
      Teraz uznał, że jest ruch ośrodka, więc on czeka. Nie będzie przecież do listy zadań do odhaczenia sam dopisywał kolejnego zadania:)
      Ściskam
      L.

      Polubienie

  7. Lidio, mam nadzieję, że ta wzmianka o ostatnim poście jest po to, by podnieść nam ciśnienie od rana, żebyśmy kawy nie musiały pić, co? 😉 No bo niby czemu miałabyś to robić, nawet jeśli mąż to przeczyta to może i dobrze by się stało…
    Ale do rzeczy. Poruszyłaś temat, do którego sama zbieram się już chyba 2 lata… Bo o tym można w zasadzie napisać całą książkę i sama nie wiem od czego zacząć, bo tu nie ma rzeczy czarno-białych. Wszystko ma swoje podłoże i uzasadnienie, począwszy od wychowania, na charakterze skończywszy.
    Może zacznę od tego, że w większości przypadków kobieta kocha już samą myśl posiadania dziecka, natomiast mężczyzna kocha dziecko, gdy ono fizycznie już jest (mam również na myśli ciążę) W przypadku oczekiwania na telefon, dziecko przez długi czas pozostaje gdzieś tam w wyobraźni, marzeniach, pragnieniach. Jest takie trochę abstrakcyjne… My kobiety odczuwamy to inaczej, każdy dźwięk telefonu porusza nasze serce, bo może dzwonią z ośrodka? Szukamy innych przeżywających to co my, pragniemy „przegadać” do upadłego to, co się dzieje. Mężczyźni aż tak bardzo tego nie potrzebują. Podjęli przecież decyzję o adopcji, więc czekają. Tylko co jeśli oczekiwanie przedłuża się tak jak u Was? No właśnie, tu reakcje mogą być różne, w zależności od relacji i przede wszystkim osobowości i charakteru mężczyzny. Jeżeli w swoim domu rodzinnym chłopiec został nauczony dialogu, to podejmie rozmowę na ten temat, bo będzie jej potrzebował. Ale ilu jest takich mężczyzn? Ja znam niewielu. Większość będzie żyła normalnie, gdzieś tam dusząc to w sobie, bo nie umieją rozmawiać o uczuciach. Rodzice, społeczeństwo uczy ich, że nie mogą pokazać słabości, że muszą zawsze być twardzi, przynajmniej na zewnątrz. Często ich duma i ego nie pozwala im więc na podjęcie dialogu, bo nie wiedzieliby co powiedzieć. To nie jest tak jak z dziewczynami, że pogadamy nawet o tym, że nie wiadomo co robić, popłaczemy i już nam lepiej. I cóż, pewnie Ty to wszystko wiesz, nie odkryłam Ameryki, a to co piszę wygląda jak usprawiedliwianie Twojego męża. Nie chciałabym nikogo usprawiedliwiać, ale zrozumieć mechanizm jaki kieruje ludzką psychiką w obliczu tak wielkiej tragedii dla pary jak niemożność posiadania potomstwa. Kobieta oczekuje wsparcia, mężczyzna nie potrafi go jej dać. Kobieta jest dumna, po jakimś czasie wycofuje się i przestaje próbować, mężczyzna nie wie jak ją „otworzyć”, koło się zamyka, frustracja narasta. To ogromny sprawdzian dla nich, bo wszystko fajnie, jeśli telefon dzwoni szybko, ale co jeśli nie dzwoni jak u Was? Jak żyć normalnie? Nie każdy to potrafi. Udawać, że wszystko jest ok? No, bo w końcu ileż można rozmawiać o tym samym… Rozmawiać o uczuciach? Ale jak o nich rozmawiać. Powiedzieć żonie, że się boję? Powiedzieć, że nie mam tej pewności co 4 lata temu? Że im dłużej trwa to czekanie tym większe problemy mogę mieć z akceptacją dziecka? O adopcji pisze się zwykle jaka jest piękna, jak bardzo dziecko jest „nasze”, jak nieważne jest czekanie, gdy maluch jest już z nami itd. Owszem. Ale czekanie na nie bardzo zmienia człowieka. Nie jesteśmy tacy sami jak wtedy, gdy z wypiekami na twarzy szliśmy pierwszy raz do ośrodka.
    Lidio, przepraszam, że znów tyle piszę, ale jak wspomniałam na początku temat trudny i obszerny. Mój mąż nigdy nie umiał mówić o uczuciach. Po latach powiedział mi, że bał się mówić o czymkolwiek, żeby mnie nie zranić. Nie wiedział jak dobrać słowa, bo nikt go tego nie nauczył. Dlatego milczał. Ale był ze mną zawsze. Przytulał gdy płakałam, podnosił, gdy upadałam, trzymał za rękę, gdy nie miałam siły iść. A przede wszystkim nie zostawił mnie. Tak jak Twój mąż. Może właśnie to jest to, co on Ci daje? Może też nie potrafi więcej? Mój milczał, by mnie nie zranić. A ja czekałam, że coś powie. Cokolwiek. Nawet to, że nie wie co powiedzieć. Paradoks prawda?
    Dużo mogłabym jeszcze pisać. Myślę, że z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić, nigdy z mężem nie pogadasz na temat niepłodności tak jak z koleżanką. Oni zawsze są gdzieś obok, bo to jednak w naszym ciele powstaje lub nie powstaje nowe życie. Na pewno jednak warto rozmawiać też z mężem i mówić o tym, co się czuje. Nie raz, nie dwa, ale do skutku. To my mamy być razem plus dziecko, a nie kobieta plus dziecko – a mąż? No właśnie, gdzie jest jego miejsce…
    Ściskam mocno, może właśnie ten czas oczekiwania to ogromny dar, który pozornie wydaje się ciężarem. Wszystkiego dobrego dla Was :*

    Polubienie

    1. Izzy, o w życiu! Kawa już była i będzie jeszcze, żaden post (nawet blogowy) jej nie zastąpi 🙂 I nie przepraszaj, że tyle piszesz, bo bardzo mądrze piszesz! (ustawię Ci chyba zaraz status redaktora na moim blogu:))
      Tak, masz znowu rację. Każdy w tej sytuacji i kobieta i mężczyzna ma swoją rolę, każdy to przeżywa inaczej. Niebagatelny też wpływ ma z jakiego domu pochodzimy, bo potem łatwiej albo trudniej się porozumieć albo wspólnie milczeć. Jak widać, my z M. pochodzimy w tej materii z dwóch totalnie różnych domów. Na takiej kanwie budowanie wspólnego domu, często kończy się wojną domową.
      Pisząc o uczuciach i emocjach znów się z Tobą zgodzę – mężczyźni na ogół ich nie wyrażają i w sumie ja na to nie …czekam, tzn byłoby miło, ale nie jestem aż taką marzycielką.
      Mój mąż ma podejście bardzo zadaniowe i raczej podobnie jak napisała Veritas – odhacza punkt po punkcie swojego planu. Ale bardzo nie lubi też, jak… do planu ktoś, albo coś dopisuje mu kolejny punkt – on lubi patrzeć na pełną „odhaczoną” listę zadań i móc powiedzieć zrobiłem wszystko.
      A długie czekanie na adopcję wiele zmienia. W nas, w otoczeniu, w relacjach z innymi i czasami wymaga też jakiejś zmiany … od nas, bo inaczej nie pójdziemy do przodu.
      Możemy ją ciągle oddalać i mówić sobie, „za miesiąc”, „za 3 miesiące”, po wakacjach, jak to… czy tamto.
      Ale trzeba też być świadomym, że z każdym kolejnym rokiem czekania … jesteśmy rok starsi, mamy o rok mniej motywacji i niestety siły do adopcji, dziecko na które tak czekamy też jest już starsze i musimy przestać się oszukiwać, że czekamy na niemowlaka. To jest bardzo trudne do zaakceptowania.

      Czasem przychodzi mi takie pytanie do głowy – w którym miejscu drogi bylibyśmy dziś, gdybyśmy robili tylko to, co nasi mężowie uznaliby za słuszne i kiedy uznaliby za słuszne.
      Ja chyba przypuszczam, bo prawda jest taka, że to „moje babskie” nudzenie, którego mąż nie może wytrzymać sprawiło, że utknęliśmy na punkcie 10. a nie np. na 3. Ja ciągle dopisuję coś do listy, on jest tym sfrustrowany, że „znowu coś”, a potem powie: „zrobiliśmy wszystko”.:)

      A na to pytanie: „To my mamy być razem plus dziecko, a nie kobieta plus dziecko – a mąż? No właśnie, gdzie jest jego miejsce…” chciałabym, by odpowiedział jakiś ojciec – mąż.

      Mam nadzieję, że ten czas oczekiwania niesie jakiś ogromny dar. Ale jeszcze bardziej mam nadzieję, że kiedyś się skończy, jakkolwiek, ale niech się już skończy.
      Uściski znad filiżanki kawy 🙂
      L.

      Polubienie

      1. Eh no coś Ty, nie umiałabym tak ładnie pisać jak Ty. Żałuję, że nie założyłam bloga wtedy, kiedy jeszcze nie miałam dzieci, ale to już pisałam, powtarzam się 😉 Kochana Lidio, jeszcze napiszę jedną rzecz. Wiem, że jest Ci bardzo, ale to bardzo trudno. Ale czasem po prostu trzeba odłożyć na półkę przeczytaną książkę pt. „Co było” i czekać na wypożyczenie kolejnej. Nie wiem jeszcze o jakim tytule, ale na pewno nie wracać do tamtej. Wiesz, że ja nie z tych co by się umartwiały razem z Tobą, raczej wezmę Cię za rękę i dam po głowie, żebyś się otrząsnęła 😉 Masz fajne życie, jesteś super babeczką tylko dziecka Ci potrzeba. A że mąż nie odczuwa czekania tak jak Ty? No cóż. Każdy jest inny, chciałabym coś na to poradzić. Ważne, że podjęliście decyzję o adopcji, czekacie, cholera wie, czemu aż tak długo, ale widocznie tak ma być. Wyluzuj, wybacz sobie, zaakceptuj, że tak jest. To najlepsze, co mogę Ci poradzić. Kupcie dobre wino (tylko koniecznie załóż maseczkę i rękawiczki) i siądźcie przy wyimaginowanym kominku. I słuchaj. Nic nie mów. Odpuść i zdejmij z siebie ten ciężar, który nosisz…. czasem po prostu nie można tyle myśleć, analizować, zwłaszcza jak nie masz na coś wpływu. Może warto nad tym popracować, po to, by było Ci lżej, lepiej. By lepiej było dla Was :*

        Polubienie

    2. Iza – czuję się niniejszym wywołany do tablicy przez Ciebie 😉
      Udzielam się tu pierwszy raz i chciałbym zaznaczyć, że nie mam lekkiego pióra.. jak Wy.. no ale w zaistniałej sytuacji..
      Napiszę tak – czy człowiek, który urodził się bez ręki ma całe życie cierpieć z tego powodu? Czy musi ów kwestia epatować (negatywnie) na wszystkie elementy/dziedziny i chwilę w jego życiu? Czy musi nosić to brzemię do końca swojego życia i nigdy tak naprawdę nie móc do końca cieszyć się swoim życiem?
      Wg mnie nie musi – jednemu pogodzenie się z daną kwestią przyjdzie szybciej innemu zajmie to dłużej, ale bardziej lub mniej się przyzwyczai/dostosuje. I zacznie w końcu cieszyć się życiem, korzystać z niego – bo jak wiadomo nikt nie zna dnia ani godziny.
      10 lat to szmat czasu – z koszykiem pełnym egzotycznych rajskich owoców, ale również z wieloma nie łyżkami a garami dziegciu..
      Czy życie jest po to, żeby wręcz za wszelką możliwą cenę (prawie po trupach) dążyć do realizacji danego celu?
      Wg mnie – nie!
      Trzeba robić wszystko co w swojej mocy (i tak też czynimy), ale nie dać się zwariować i wciągnąć w wręcz obłędną histerię, która nie tylko nie przybliża Nas do celu, ale wręcz oddala poprzez gorsze relacje i pogorszenie zdrowotne.
      Jak zaczniemy oceniać małpę i rybę wg ich zdolności wspinania się na drzewo – to wpędzimy rybę w kompleksy i damy jej do zrozumienia, że do niczego się nie nadaje..
      Także konkludując, życzę Wam Wszystkim Drogie Panie zdrowia, miłości i nadziei..
      Patrzący z nadzieją i niemal pewnością pozytywnego zakończenia 😉

      Ps. Dziękuję, że tu zaglądacie. Myślę, że jest to dla Nas wszystkich „źródełko pokrzepienia”😉

      Polubienie

      1. Wszystko ok, ale ja nie urodziłam się bez ręki…ja się o utracie ręki dowiedziałam nagle, tak jak ktoś kto staje się bezręki w wyniku niespodziewanego wypadku. Ja się w życiu nie zmagam tylko z tym, że ręki mi brak, ale też z żałobą po jej stracie. Ból fantomowy to ból pustego łona…Kobiety niepłodne to siłaczki, które walczą z naturą. Nie znam nikogo kto z naturą wygrał, można zbudować tamę, odgrodzić się…ale nie da rady się z tym pogodzić. Co nie oznacza, że nie można z tym, żyć.

        Polubienie

        1. Soniu – zgadzam się z Tobą w 100%. Nie do końca rozumiem dlaczego odebrałaś to jako „atak”.

          Po pierwsze to była tylko i wyłącznie przenośnia. A nie dosłowny przykład..może nie do końca trafiony..
          A po drugie wszyscy jedziemy na tym samym wózku – zarówno Panie jak i Panowie..nie wchodząc w anatomie itd.

          I chodzi mi tylko i wyłącznie o to, żeby mimo tego co Nas spotkało jakoś dalej w miarę normalnie żyć i cieszyć się tym życiem..choć nie zawszę jest to łatwe bo jest bo jesteśmy tylko ludźmi.

          Polubienie

      2. Oj, to narobiłam, no. W czasach, kiedy to szkoły są zamknięte wywoływać do tablicy… 😉
        No to jeszcze coś napiszę 🙂 Kilka razy do roku mam przyjemność uczestniczyć w spotkaniach z kandydatami na rodziców adopcyjnych. Staram się na nich nie tylko opowiadać jak to jest być mamą, ale również pytać ich o różne sprawy i odczucia. Na ostatnim spotkaniu poruszyłam właśnie kwestię męską i tego jak Wy to wszystko odbieracie. Zdziwisz się, ale faceci bardzo chętnie rozmawiali, tak na luzie, jakby potrzebowali tego, by się wygadać przed kimś obcym, przed ludźmi, którzy przeżywają/przeżyli to co oni. Wszyscy jednoznacznie stwierdzili, że nie czują się mniej męscy, czy mniej wartościowi, podjęli decyzję o adopcji i grzecznie będą czekać na dziecko. Koniec kropka. Nie traktujmy niepłodności jako inwalidztwa, czy porażki życiowej. Czy prócz tego, że nie macie (póki co) dziecka, coś Wam się nie udało? Dlaczego ten jeden czynnik ma determinować, czy nasze życie jest sukcesem, czy nie? Owszem, jeden pogodzi się z tym szybko, inny będzie potrzebował więcej czasu, a jeszcze inny nigdy nie zaakceptuje tego, że nie mógł wydać na świat potomka. Wszystko zależy od podejścia do życia, charakteru, wychowania i wiele innych. Ja wiem, że nigdy nie byłabym szczęśliwa bez dziecka, ale nic na siłę, nie za wszelką cenę i nie po trupach.

        Może mnie dziewczyny tu zlinczują, ale często mam wrażenie, że my kobiety w tym całym pędzie po ciążę zapominamy, że nie jesteśmy w tym same. Owszem, po naszej stronie są wizyty u ginekologa, robienie testów, to my wiemy jak się czujemy, a mąż jest gdzieś z boku tego wszystkiego. To po części naturalne, bo inaczej się przecież nie da. Ale w momencie podjęcia decyzji o adopcji, powinniśmy jednak jechać na tym samym wózku. Pewien etap został na ten moment zakończony – starania o ciążę, zaczął się nowy, przygotowanie do przyjęcia dziecka adopcyjnego. Pytanie tylko, jak wykorzystamy ten okres oczekiwania. I tu dochodzę do Twoich małp, ryb i ludzi bez ręki 😉 Ja mogę powiedzieć, że przez wiele lat żyłam właśnie w takim jak to określasz obłędzie i histerii, walki prowadzącej donikąd. Ale w momencie decyzji o adopcji odzyskałam swoje życie, mogłam na nowo się nim cieszyć, mogłam robić to, na co miałam ochotę spokojnie czekając na szczęśliwe rozwiązanie. Byłam pewna, że się doczekam. Ale masz rację, nie każdy potrafi się pogodzić z tym co było, z tym co jest, jak długo to trwa. Czy człowiek bez ręki nie zasługuje na szczęście? Każdy zasługuje na szczęście. Tylko nie każdy potrafi się cieszyć. Czasem dziecka pragnie się tak mocno, że człowieka na dłuższą chwilę nie cieszy nic innego. Wakacje? Super. Praca? Też super. Pogaduszki na blogu? No fajnie, cieszę się, że inni dają mi wsparcie. Ale czasem po prostu człowiek nie potrafi zmazać tej rysy na szkle, tego uczucia głodu, gdy mówią Ci, żebyś o tym nie myślał i był dzielny. No można być dzielnym, jakie się ma wyjście. Wyskoczyć z okna? (wiem, że to ekstremalny przykład) Dlatego nawet jeśli ktoś zachowywałby się irracjonalnie, to nie robi tego z wyboru.Nie powinno się zaprzeczać uczuciom, mówić, że ktoś przesadza. Gdzieś w środku ta tęsknota jest tak ogromna, że nie potrafi się nad nią zapanować. Jedyne co pozostaje to nałożyć bardzo gruby pancerz i wyjść do świata ćwicząc uśmiech w lustrze. Instynkt samozachowawczy.

        Tak jak napisałam wyżej. Większość facetów nie umie rozmawiać. A czasem po prostu nie mają potrzeby. Bo dla Was wszystko jest jasne. Czekamy. Jeśli tu jest źle, przenieśmy się gdzie indziej. Czekamy. Nie ma o czym rozmawiać. Póki co żyjmy możliwie jak najlepiej, cieszmy się, nie popadajmy w paranoję. To, że nie rozmawiam, nie znaczy, że mi nie zależy.
        Wszystko byłoby takie proste, gdyby nie to, że nie każdy tak potrafi.
        Kurczę, czasem tak jest, że myślimy o tym samym, jednak zupełnie nie potrafimy się dogadać z drugim człowiekiem.
        Pozdrawiam serdecznie

        Polubienie

        1. Izzy, pewnie w emocjach nie wyraziłam się zbyt klarownie, wyszło jakbym chciała międlić temat, rozmawiać o adopcji, o dziecku i przeżywać to czekanie na różne sposoby.
          Kiedyś tego chciałam, to prawda. Chciałam cieszyć się trochę tym czekaniem, tak jak czekaniem cieszy się kobieta w ciąży.
          Musiałam odpuścić, pogodzić się, bo nie miałam z kim tym się cieszyć. Musiałam się zamrozić, tak samo jak zamraża się dziecko w domu dziecka czy rodzinie zastępczej, bo już nie umie wierzyć, że i po nie ktoś przyjdzie.

          Teraz chodziło mi nawet nie o rozmowę, tylko o szczere podsumowanie w 2 zdaniach: czy my jeszcze czekamy na dziecko, bo jak tak to musimy zrobić kolejny krok, a jeśli zostajemy tu gdzie jesteśmy, to nie oszukujmy się wzajemnie, że czekamy.
          Tylko tyle i aż tyle.

          Nie pozostaje nic innego, jak znów się zamrozić.
          Dam radę, wiem jak się to robi. Ale wiem też, że po tym zamrożeniu nie ma już nic.

          Polubienie

  8. Kochane Mailowiczki i FB-kowiczki!

    Po tym poście dostałam więcej wiadomości prywatnych niż po wszystkich poprzednich razem wziętych.
    I niestety w 90% te wiadomości prywatne, były prywatne, bo …. były bardzo smutne. Tylko jedną wiadomość czytałam z prawie suchymi oczami, przy pozostałych wyłam jak bóbr. Dziękuję Wam wszystkim, które podzieliłyście się swoimi historiami, nie tu na blogu tylko w mailach.

    To bardzo smutne, że często kobiety, by zostać matkami muszą prowadzić podwójną walkę: o dziecko i o to, by o to dziecko walczyć.

    Tym z Was, którym się udało, bardzo serdecznie gratuluję cierpliwości, wytrwałości i odwagi. Bo o adopcji pisze się tak, jak wspomniała Izzy, jaka to jest cudna, wyczekana itd, bo oczywiście jest. Ale często co dzieje się za drzwiami domu, w którym czeka się na tą adopcję (wiele lat) lepiej nie mówić. Napisałam ten post, bo ja jestem z tych niepokornych, co ukrywać nie będą.

    Dostałam też takie wiadomości od Was, które nie zakończyły się rodzinnym szczęściem i wcale nie było ich dużo mniej niż tych szczęśliwych. Taka jest prawda, ta droga nie zawsze kończy się wyczekanym dzieckiem. Bardzo Wam współczuję i jeszcze bardziej gratuluję siły, bo próbować dalej żyć jest bardzo ciężko, gdy już nic więcej nie da się zrobić.
    Od jakiegoś czasu co raz bardziej czuję, że stoję razem z Wami. Że wchodzę w kolejny etap konieczności pogodzenia się z tym co dzieje się w moim bezdzietnym życiu, z biernością, która została mi narzucona. Jeszcze bardziej nie mogę w to uwierzyć, niż w to że jestem bezpłodna.

    Na koniec nasuwa mi się jeszcze taki głupi dowcip, który idealnie kwituje hasło „przecież zrobiliśmy wszystko”:

    Chłop wjechał do wsi z wozem pełnym węgla. Stanął na rynku i zachęcając do kupna krzyczy: „węgiel przywiozłem”. Na co odwraca się koń zaprzęgnięty do wozu i mówi: „taaak, ty przywiozłeś” 🙂

    To dla tych, co dały radę pociągnąć ten wóz, zostały matkami, a potem jeszcze długo musiały ciągnąć go same, bo mąż … musiał się przyzwyczaić, odnaleźć w nowej sytuacji, bo się bał, albo jeszcze nie wiadomo co… bo przecież nie powiedział. Jesteście bardzo dzielne!

    Polubienie

  9. Lidio ja tylko zaluje jednej rzeczy ze wiele rzeczy sobie zalowalam bo balam sie ze zaszkodze chocby cwiczenia sauna itp co sie okazalo i tak to nic nie pomoglo moj oszczedny tryb zycia zarowno cwiczenia jak i brak nie wnosily nic tak jak suplementy i leki aleeee cwicze nie ze wzgledu na starania to juz dawno odpuscilam cwicze aby lepiej wygaldac bo w koncu skoro nie mam dziecka to powinnam sie dobrze czuc chociaz w swoim ciele a tak w kazdej kwestii do kitu bylo. Dzisiaj okropne slowa uslyszalam od swojej siostry zebysmy sie skupupili na dzialaniu P.S. tak jakbysmy nie dzialali przez te 5 lat :/ jestem tez z kilku rzeczy zadowolona bo zmienialam prace wyprowadzilismy sie od taty i dzieki temu zyskalismy siebie a ostatnio z mezem przeprowadzilismy rozmowe ze niestety moze byc tak ze jedno z nas kiedys zostanie samo czasem jest tak wlasnie ze my bardzo chcemy ale Pan Bog ma dla nas inny plan my chcemy go obejsc roznymi drogami zeby dojsc do celu ale Pan Bog wie lepiej co jest dobre dla nas to ze sie nie udaje zajsc w ciaze nie udaje sie z adopcja nie jest wina nasza byc moze mamy jeszcze cos do zrobienia innego zanim zostaniemy rodzicami moze tez sie okazac ze nie mozemy miec w ogole dzieci bo taki plan jest Bozy to rowniez trzeba zaakceptowac

    Polubienie

    1. Gościu, nie żałuj tych rzeczy, których sobie żałowałaś 🙂 Dziś przynajmniej możesz stanąć przed lustrem i ze spokojem powiedzieć – zrobiłam wszystko co mogłam. Inaczej zawsze z tyłu głowy tliłaby Ci się myśl, a co gdybym tak podarowała wtedy sobie tą saunę, może by się udało?
      Słów siostry nie skomentuję, domyślam się, że ona ma dzieci i to bez większej „gimnastyki”.
      To jest właśnie chyba najtrudniejsze w tym akceptowaniu Bożego planu – musieliby go zaakceptować też inni. Bo co z tego, że Ty wbijesz sobie w głowę, że trudno, jakoś musisz próbować żyć bez dzieci, jak zawsze znajdzie się jakaś życzliwa dusza, która złośliwie lub troskliwie przypomni Ci o Twoim daremnym losie.
      Ja w te święta, niby tylko telefonicznie, ale też doświadczyłam tej „troski”. I taka myśl – czemu z tymi życzeniami – propozycjami dzwonią do mnie, a nie do męża? Czemu on potem nawet nie chce słuchać jak mu powtarzam, te radosne nowiny? Gdzie ja mam to wszystko upuszczać?

      Ale też próbuję sobie tłumaczyć, że skoro Bóg ma taki plan dla mnie, tzn. że ratuje mnie od czegoś gorszego. I tego się trzymam. Choć myśli, że któreś z nas zostanie kiedyś zupełnie samo, też mam.

      Polubienie

  10. Kochana Lidio. Twój post dał mi do myślenia. Podobnie jak Ty, też mam wrażenie, że główna inicjatywa działań była po mojej stronie. Kiedyś bardzo się frustrowalam tym, że mojemu M. tak na tym nie zależy i nie przeżywa tego tak jak ja. W końcu zrozumiałam, że po prostu jesteśmy na innym etapie (On – na tym, na którym byłam jakieś 4-5 lat temu) i na to się składa wiele rzeczy. Ja od małej dzieczynki przygotowywałam się do bycia mamą (lalki, miś pod bluzką jako ciąża itp. i nawet w pamiętniku w 5 klasie miałam wybrane imiona dla dzieci 😉 ). U facetów, których znam, na palcach jednej ręki wymienię takich, którzy marzyli o dzieciach, raczej to był po prostu kolejny etap, ta miłość pojawiała się z czasem. Mamy inne wzorce (choćby w jakim wieku nasi rodzice zostali rodzicami). Dla mnie bycie mamą jest częścią tożsamości, definiowało, kim chcę być. On był sobie w stanie (do niedawna) wyobrazić nas szczęśliwych tylko we dwoje. Różni nas też biologia i czas, który nam „daje” na zostanie rodzicem. Inaczej przeżywamy ból i smutek. Ja potrzebuję się wygadać, czasem wypłakać. Jemu, jak o tym mówi, jest trudniej, więc woli zająć się czymś innym, oderwać myśli. Ale może to i lepiej, że się tak różnimy, bo dzięki temu mam ramię, na którym mogę się wypłakać i spojrzenie kogoś, kto potrafi popatrzeć na to z dystansu. M. inspirował mnie też do tego żeby „żyć nie tylko czekaniem na dziecko”, tylko dbać o nas i naszą relację. To, co mi pomaga, to po pierwsze zaakceptowanie tego, że się różnimy, więc też inaczej przeżywamy naszą niepłodność. Polecam Wam obejrzeć cykl „Przez śmiech do lepszego małżeństwa” (najlepiej we dwoje), dostępny na youtube – nam wiele się tam zgadza i pomogło zrozumieć reakcję drugiej strony :). I druga rzecz – otwarte mówienie o swoich potrzebach. Tutaj odkryciem dla mnie była książka „Porozumienie bez przemocy”. Myślę sobie, że gdyby to była lektura obowiązkowa na kursie przedmałżeńskim, to byłoby dużo mniej rozwodów. Wiem, jak bardzo to frustrujące, kiedy masz wrażenie, że głównie to Ty ciągniesz ten wózek. Życzę Ci więc z całego serca, aby udało Wam się tak szczerze spotkać ze sobą, otwarcie porozmawiać, może też razem przemodlić i wspólnie podjąć najlepszą dla Was decyzję.

    Polubienie

    1. Kiwi, jak zwykle masz garść mądrych przemyśleń.
      To prawda, że mężczyźni zaczynają myśleć o dzieciach dużo później, to prawda, że ja też jako nastolatka miałam wielkie pragnienie zostać mamą. Może dlatego teraz tyle „zderzeń” między nami? Mnie od pierwszych maminych marzeń minęło ponad 20 lat i dalej nic, a mężczyznom włącza się jakiś licznik ojcowskiego czasu dopiero koło 30-stki (o ile się włącza)
      To prawda, że różnice między małżonkami też często wychodzą na plus. Mój mąż wiele razy mnie wspierał, nie da się tego ukryć. Ale sięgnę na pewno po Twoje polecajki, by bardziej umieć docenić te różnice:)
      Pozdrawiam
      L.

      Polubienie

  11. Długo się zastanawiałam co napisać żeby nie było długo 😉 .
    Tak – u nas ja też byłam motorem naszych starań o dziecko. Wybierałam lekarzy, ośrodki adopcyjne, proponowałam zmiany jeśli widziałam, że to co mamy nie działa. Teraz też jestem tą osobą, która temat „dzieci” ma w swoim obszarze odpowiedzialności przede wszystkim jeśli chodzi o tak przyziemne kwestie jak zapewnienie ubrań, umówienie wizyt u lekarza (choć często chodzi na nie mąż), zarządzenie urodzinowym przyjęciem, wybór prezentów na Święta itp., itd. Czy mi z tym źle? Czy to znaczy, że szanowny małżonek i tata rzeczonych dzieci ma takie kwestie w głębokim poważaniu? W momencie kiedy nachodzą mnie takie myśli uświadamiam sobie, że od ślubu (czyli od prawie 14 lat) nie zapłaciłam ani jednego domowego rachunku, na cotygodniowych zakupach owocowo/warzywnych na lokalnym targu byłam kilka razy, ani razu nie skosiłam trawnika (i pewnie mogłabym tak jeszcze trochę wymieniać). Czy to znaczy, że nie obchodzi mnie czy nam prąd odetną albo co włożymy do przysłowiowego garnka? No chyba nie… Każdy w rodzinie ma jakiś tam zakres odpowiedzialności – najczęściej sami wybieramy to w czym czujemy się dobrze. A jeśli nie jest nam z tym dobrze to chyba po prostu warto porozmawiać.

    Polubienie

    1. Droga A.
      to wszystko prawda, co napisałaś. Nie każdy w rodzinie musi mieć taki sam udział we wszystkich obowiązkach. Dałaś mi do myślenia, chyba swój zakres odpowiedzialności ustawiłam na złym poziomie.
      Ściskam mocniutko
      L.

      Polubienie

  12. Nie pamiętam już, od kogo bardziej wyszła decyzja o adopcji, ale przez długie miesiące, a wręcz lata od złożenia papierów do pojawienia się dzieci wielokrotnie przeżywaliśmy momenty zwątpienia. I to oboje. Mam wrażenie, że na zmianę. To przez to czekanie. Najpierw w kolejce na kurs, później na ten telefon. W międzyczasie żyliśmy zwyczajnie swoim życiem, nie odwoływaliśmy wakacji, nie przygotowywaliśmy pokoju, nie gromadziliśmy zabawek czy rzeczy. Ale co jakis czas temat powracał i jedno z nas pytało, czy dziecko lub dzieci kiedykolwiek się pojawią, a z upływem czasu – czy to jeszcze ma sens. Tak naprawdę byliśmy już zrezygnowani i dawaliśmy sobie czas. A to do moich urodzin, a to do końca roku, itd. Ten telefon bardzo nas zaskoczył, w sumie w momencie, gdy nie wiedzieliśmy już, czego właściwie już na tym etapie chcemy. Tak więc u nas okresy milczenia czy zwątpienia dotykały przez ten czas nie tylko M. , ale też i mnie. Rozmawialiśmy o tym, ale w sumie do niczego to nie prowadziło, bo czuliśmy się zawieszeni w czasie.

    Polubienie

    1. Wnioskuje, że wszystko dobrze się skończyło i zostaliście jednak rodzicami. Dziękuję Ci za Twój wpis.

      Może powinnam sobie siąść na tyłku i nie szukać żadnej innej drogi, ośrodka, itd. Albo samo się rozwiąże kiedyś w naszym OA, albo zostaniemy bez dzieci i tyle.
      Co prawda bierność potem będzie mi samej sobie ciężej wybaczyć niż bezdzietność, bo zależy ode mnie, ale trudno.

      Polubienie

      1. Myślę, że to nie jest dobra droga… czekanie aż los sam się do nas uśmiechnie… Jeżeli przez tak długi czas Twój ośrodek pracował w żółwim tempie, to oczywistym dla mnie jest, że należy go zmienić na taki, którego działanie można porównać do szybszych zwierzątek 😉 na jaki to już Ci pisałam w mailu 🙂 nawet w tym trudnym teraz czasie, w piątek przed świętami udało się jednej parze z naszego kursu córeczkę zabrać już do domu. Myślę, że 3 pary na 8, którym rodzina się powiększyła w ciągu 4 m-cy od ukończenia kursu to bardzo dobry wynik 🙂 inną sprawą jest to, że ten czas izolacji nie sprzyja podejmowaniu ani ostatecznych decyzji ani nakręcaniu się z powodu zachowania partnera, ja mojego męża już kilka razy miałam ochotę udusić 😉 stres związany z pracą, niewiedza co będzie jutro, ile to jeszcze potrwa… wiele osób ma już mocno obniżony nastrój, który jest prostą drogą do depresji. Trzeba przetrwać ten trudny czas, żeby z nowymi siłami zawalczyć o swoje szczęście kiedy tylko będzie to już możliwe, czego Ci z całego serca życzę 🙂
        P.S.
        Mój mąż nie chciał słyszeć o adopcji przez kilka lat, łatwo nie było… czekałam aż sam dojrzeje do tej decyzji, wiem że teraz oboje tego chcemy tak samo, a mimo to i tak nie da się z nim pogadać o tym tak „od serca”. Tak to już jest z większością facetów… Natomiast tak jak napisała Justycha, długi czas oczekiwania przynosi momenty zwątpienia, dlatego tak ważne jest żeby zrobić wszystko by go skrócić.
        Życzę Wam siły i wytrwałości tak samo jak wiary i miłości 🙂 tak mi się na koniec zrymowało 😉

        Polubienie

        1. Luno, dziękuję Ci Kochana, za wsparcie tu i mailowe. Tak zgadzam się z Tobą w 100%, no ale co z tego? Samej to ja sobie mogę zadecydować czy paznokcie pomalować na czerwono czy różowo..
          Znam już wiele przypadków, od Ciebie i innych kobiet, jak można „znaleźć swoje dzieci” tylko trzeba dać temu odrobinę szansy. Ale muszą chcieć obie strony.
          To prawda, ten czas nie sprzyja dobrym decyzjom i każdy ma nastrój trochę inny niż zawsze. Ale staram się w tym nie upatrywać przyczyny. Gdy wirusa nie było, to u nas zawsze był inny, bardziej lub mniej „poważny” powód dla którego dobrze było odsunąć jakieś ruchy w sprawie OA. Nie wiem, pewnie tylko ja się starzeję i mam uczucie straty tego czasu, wobec dzieci, które mogłyby z nami już być.
          Albo nazwijmy to – przesadzam jak zwykle.
          Muszę się oswoić z tą myślą, że będzie inaczej i tyle.
          Dziękuję za zrymowane życzenia, ślicznie Ci wyszło 🙂

          Polubienie

      2. Wszystko skończyło się dobrze, mamy 2 wspaniałych synów, ale czekaliśmy 3,5 roku od złożenia papierów, byliśmy ostatni z naszej grupy, sądziłam już, że ośrodek bierze nas na przetrzymanie, bo chce byśmy sami zrezygnowali 😉 Warto było czekać. Jednak 4 lata to bardzo długo. Jeśli nic się dalej nie dzieje, może faktycznie warto pomyśleć o innym ośrodku, choć wiem po sobie, że gdybyśmy ostatecznie nie otrzymali telefonu, pewnie byśmy nic w tej kwestii nie zrobili, nie szukali już innego ośrodka.

        Polubienie

        1. Fajnie, że tak się dobrze u Was skończyło.
          To dużo szczęścia i teraz zdrówka dla Waszej 4-ki.
          My pewnie też nie będziemy zmieniać ośrodka, choć u nas to kwestia, że wszystkie pary są nadal bez dzieci, nie tylko nas „biorą na przetrzymanie”. Ta jedyna para, która już ma dziecko, to dzięki innemu OA.

          Polubienie

          1. Wiewiórko, my po prawie 3 latach bezskutecznego oczekiwania na drugie dziecko w „naszym” ośrodku zdecydowaliśmy się jednak na złożenie papierów również w innym ośrodku, w sąsiednim województwie. Nie zrezygnowaliśmy przy tym z naszego ośrodka ale zrobiliśmy to niejako obok i spotkało się to z pełnym zrozumieniem (nawet byliśmy zaskoczeni takim podejściem). Co nam to dało – przede wszystkim poczucie, że robimy wszystko co w naszej mocy, poza tym drugi ośrodek miał zdecydowanie bardziej przejrzyste podejście – dostaliśmy jasne info – teraz „obsługujemy” pary z grupy, która skończyła szkolenie w grudniu 2015, potem są jeszcze dwie grupy każda po 10 par, potem wy. Jak będzie szło tak jak teraz poczekacie około 2 lat. Nasz ośrodek z tym mitycznym doborem rodziców do dziecka dawał nam w tym zakresie zdecydowanie mniejszy komfort. Oczywiście życie napisało swój scenariusz i nieco ponad rok po wizycie w drugim telefon zadzwonił z naszego macierzystego ośrodka. Jednak nie żałujemy tych kilku godzin, które poświęciliśmy na procedurę gdzie indziej.
            Wydaje mi się, że czasem jednak warto dać życiu drugą szansę. Pozdrawiam cieplutko i życzę miłego tygodnia.

            Polubienie

  13. Witam,
    Czytam Cie od dawna, sami staramy sie o dziecko od ponad 5 lat, nasza 10 rocznica malzenstwa w sierpniu, wiec troche nas laczy. Budowalismy przez wiele lat nasz wymarzony dom, chcielismy zadbac o stabilizacje dla przyszlych dzieci, zeby mialy lepszy start niz ny, a pozniej wyszlo co wyszlo. Ostatecznie po trudach leczenia, wielu perypetiach zdrowotnych podjelismy decyzje o tym, ze nic na sile, bedziemy zyc sami, a jak Bog da to z checia przyjmiemy. U mnie jesli chodzi o leczenie moj maz byl bardzo bierny, ale to on namawial mnie na wizyte w osrodku adopcyjnym. Ostatecznie sie nie zdecydowalismy. Jestesmy we dwoje. Jestesmy na etapie wybierania zwierzakow do naszego domu. Obejrzyj filmik na Youtube Aron Jasnowidz – programy i blokady, ktore utrudniaja zajscie w ciaze, dlaczego nie mamy dzieci. Z tego filmiku dowiesz sie wiele o adopcji, programach jakie w nas siedza i tym, ze w poprzednich wcieleniach bylas mama, babcia, tysiace razy. W tym zyciu masz wybor i mozesz odpoczac, skupic sie na sobie i swoim rozwoju duchowym, bo zyjemy w czasie ogromnych przemian. Pozdrawiam i zycze powodzenia w dalszych wyborach i wewnetrznego szczescia!!@@

    Polubienie

    1. Abigail, masz rację, nic na siłę. Jeśli wspólnie podjęliście tą decyzję i odnajdujecie się w niej, to najlepsze co mogliście sobie dać wzajemnie. Cieszcie się małżeństwem, domem, zwierzakami. Wam też dużo szczęścia!
      L.

      Polubienie

  14. Lidio,
    Dziękuję za ważny i jak zwykle niesamowicie wartościowy wpis. Przeczytałam go z wielkim zaciekawieniem, z uwagą i od tamtej pory ten wpis we mnie siedzi, rezonuje, wywołuje różne przemyślenia… Cieszę się, że podjęłaś ten temat. Wiele już tutaj powiedziano, a ja Lidio, chciałam Ci powiedzieć, co we mnie wywołałaś tym wpisem.

    Myślę, że kobieta potrzebuje czuć, że mężczyzna jest sprawczy, że ma jakąś moc zmieniania rzeczywistości, że ma siłę, dzięki której kobieta czuje, że wszystko idzie do przodu. Pamiętam, że kiedy byłam młodą dziewczyną, to denerwowała mnie bierność facetów, którzy nie palili się do poważniejszych relacji, zobowiązań, mieli tzw. „wywalone”. Może dlatego czekałam dość długo na mojego księcia, który po roku znajomości wziął się i oświadczył, a w rok później przysięgał przed ołtarzem i z taką werwą zabierał się potem do remontu naszego gniazdka, planowania wyjazdów, itp. Co prawda do leczenia nie miał takiego zapału (w ogóle żadnego zapału…), ale kiedy okazało się, jak bardzo jest chory, to miał kilka zrywów, zresztą do dziś umawia nam od czasu do czasu różne wizyty i swoje badania też sam ogarnia, a nawet ostatnio powiedział, że może byśmy do OA poszli (kiedy to będzie możliwe…), ale nie o nas ten wpis, więc wracam do głównej myśli.

    No więc, potrzeba kobiecie męskiej energii i męskiej stanowczości – i o tej stanowczości – mężczyzna jest często w stanie wiele zdziałać dzięki tej cesze. Na przykład moja koleżanka mi dała do myślenia – sama żałuję, że nie wpadłam na ten pomysł, kiedy byłam po histeroskopii – kiedy ona była w szpitalu, zauważyła, że jak idzie do gabinetu lekarza z mężem, to ci lekarze szpitalni mniej ją zlewają, lepiej tłumaczą różne rzeczy, kazała też mężowi zadać konkretne pytania i lekarz – jak twierdzi – udzielił pełniejszej informacji niż kiedy sama wystawała pod gabinetem. Potem kiedy wyszły jej bardzo niepokojące i podejrzane komórki w endometrium i nie dostała dosyć wyczerpującej informacji, mąż zadzwonił ponownie do lekarza i zdaje się, że więcej od niego wyciągnął. Znam tę kobietę, to naprawdę ogarnięta babka i myślę, że nie daje się odesłać z kwitkiem, ale jednak obecność męża zawsze dobrze działała na lekarza w szpitalu. Pewnie analogia, którą teraz zrobię, będzie słaba, ale w tej bezsilności niewiele sensownego przychodzi do głowy.. Może naciskania na ośrodek adopcyjny ze strony męża byłoby dobrym pomysłem…? Choć akurat w OA oni mają taką moc i władzę nad tym procesem, że stanowczość jakiegokolwiek mężczyzny pewnie niewiele dla nich znaczy, ale niech wiedzą, że mu zależy i jako głowa rodziny dzwoni, dopytuje, interesuje się. Tak sobie myślę, gdyby w takiej sytuacji mąż obdzwonił inne ośrodki, poszukał informacji, to też by już żonie dało takiego większego kopa? Czasem potrzebny nam jest ten impuls od tej drugiej połówki. Nie wiem… Denerwuje mnie to, że tak długo czekacie, naprawdę sama jestem zniecierpliwiona, kiedy będziecie rodzicami. Może przeczuwam, że u nas za te X lat, kiedy uda nam się to wszystko przejść, będzie jeszcze dłuższe czekanie?

    Takie luźne moje przemyślenia. Uwielbiam ten blog, stworzyłaś miejsce, które daje ludziom siłę, tchnie taką otuchę prosto w serce. Naprawdę czynisz dobro!!!!:) Wracam tu zawsze z takim ciepłem w sercu, a jak przychodzą święta czy dłuższe weekendy, to myślę Lidio o Tobie, czekam, że może pojawi się jakiś wpis przy tej okazji, a więc dzięki temu miejscu stałaś się bliska wielu ludziom, dziękuję, że się tu otwierasz. Jak już będzie z Wami maluszek/maluszki, to proszę już teraz, już dziś, nie kończ tej przygody z blogiem. Wiem, że pewnie nie będziesz miała na niego czasu, w końcu najlepiej poświęcić go w stu procentach maluszkom, ale mam nadzieję, że jednak wiewiórkowy blog przetrwa.

    Polubienie

    1. Oj to prawda Ellisio, ja zdecydowanie jako główną pożądaną cechę wybrałabym męską energię i zapał:) Tego mi brakuje. Ciekawe spostrzeżenie opisałaś z tymi wizytami, aż próbowałam sobie przeanalizować nasze leczenie i trudno mi to potwierdzić. W sumie łaziłam po lekarzach 6 lat, a potem to już tylko kilka takich epizodycznych wyjść było. Udział w wizytach mąż brał niecały rok, ale były to już tylko wizyty u naprotechnologów, którzy ogólnie mieli inne podejście, więc ciężko mi powiedzieć czy faktycznie byłam tam lepiej traktowana dzięki obecności męża, czy ogólnie bardziej się angażowali. W ciągu tego roku, wypadło mi też kilka wizyt w innym mieście i mąż ze względu na pracę nie mógł w nich uczestniczyć, a podejście lekarza było równie rzetelne.
      Ale coś w tym na pewno jest. Jak mężczyzna decyduje się poświęcić na coś swój czas, zabrać głos, pokazać inicjatywę w sensie, że np. on gdzieś zadzwoni….. no to już musi być grubsza sprawa 🙂
      Twój pomysł z wyjściem z inicjatywą od mojego męża w kierunku OA, poszukania innego, obdzwonienia itd uważam za świetny. Ale jedyne co mogę Ci obiecać, to że zdam z chęcią relację z jego aktywności, jak tylko będę się miała czym pochwalić. Jeśli Twój komentarz będzie miał aż taką moc sprawczą w moim M. to jesteś Gigantką 🙂

      PS. Obiecuję, że jeśli w niedalekiej przyszłości dojdzie do jakiegoś kolejnego kroku w kierunku adopcji, to na pewno napiszę na blogu. Gorzej gdy będzie odwrotnie, wtedy chyba powinnam podarować sobie moje wynurzenia, bo taki czas czekania na macierzyństwo siadł mi mocno na psychikę.
      Ściskam gorąco
      L.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s