Telefon, na który czekałam, którego się bałam, który przewrócił nasze życie na dół nogami. Nareszcie…

Listopadowa mżawka i szaruga za oknem w ogóle mi nie przeszkadzały. Siedziałam w pracy, a dokładniej w nowym gabinecie, który stworzyłam z E. i gapiłam się w komputer. Nastrój, aura za oknem i rozkręcanie biznesu – wszystko było listopadowe. Postawiłyśmy wszystko na jedną kartę, uniezależniły od starych, dziwnych szefów i obiecały, że wszystko będzie działać i rozkręcimy ten biznes, choćby korbką. Ale listopada nie oszukasz…

M. od miesiąca pracował w nowym miejscu, w którym nikt nie wiedział o naszych planach adopcyjnych, a nawet chyba bezdzietności. Z resztą od 2 miesięcy nasza nadzieja na większą rodzinę była na poziomie minus 10. Za długo wszystko trwało, zawodowo musieliśmy walczyć pazurami o swoje bardzo mocno, co też działało deprymująco. Sens życia gdzieś uciekł i chęć by go szukać również.

Było blisko południa, pomysły na kolejne działania marketingowe zaczynały mi się kończyć, a na telefonie co chwilę migały wiadomości od starych zawodowych znajomych z pytaniami badawczymi – „i jak tam?” Nie miałam ochoty odpisywać, ani odbierać telefonu, a ten zadzwonił kolejny już raz. Spojrzałam niechętnie – a tam „OA”, znów jakieś problemy pewnie, znów się coś przeciąga, pomyślałam. 

Odebrałam jeszcze z nastrojem listopadowym. Nie nastawiałam się na nic, albo raczej na kolejne uzupełnienie i doniesienie czegoś tam, albo wybadanie sytuacji (jak na wiosnę) czy koronaświrus coś u nas pozmieniał.

Nasz ośrodek nie ogłasza przez telefon radosnych nowin, więc zaczęło się jak zwykle. Usłyszałam kilka wstępnych pytań z serii: czy jesteście zdrowi, czy wszystko w porządku, czy pracujemy i co robimy dziś, bo….. dobrze żebyśmy przyjechali do 16.

Czy dało mi to do myślenia?  Tak, ale ogarnął mnie bardziej strach niż radość, bo przypominało mi to sytuację sprzed 1,5 roku, której nie chciałabym już nigdy przechodzić. Właściwie wiedziałam, że jeśli spotka nas to jeszcze raz, to może być to nasz ostatni.

Zadzwoniłam do M. Odebrał telefon z taką samą dużą rezerwą jak ja. Nie wiedział, czy pozwolą mu tak po prostu dziś wyjść z zebrań w pracy. Spotkaliśmy się jeszcze w domu przed wyjazdem do ośrodka. Oboje byliśmy dalecy od radości, szczęścia, a nawet neutralności. Mieliśmy w głowie, tylko jedno – żeby to nie była powtórka, bo jej nie udźwigniemy, przynajmniej nie teraz.

OSTATNIE TAKIE ZDJĘCIE

W drodze z parkingu do ośrodka wyjęłam telefon i mówię – zróbmy sobie razem zdjęcie. „No dobra” burknął  M. Na zdjęciu szaruga, mżawka i nasze średnie miny, oczywiście w maseczkach. Podświadomie gdzieś czułam, że może to będzie nasze ostatnie zdjęcie bezdzietnego, bardzo słabego już psychicznie małżeństwa, ale nie robiłam sobie nadziei.

Usiedliśmy w ośrodku z naszą opiekunką i po krótkiej rozmowie, że u nas OK – tzn. że koronawirus nie odebrał nam zdrowia,  źródeł utrzymania, no i nadal jesteśmy małżeństwem usłyszeliśmy, że jest dla nas propozycja adopcji.

Na stole wylądowała teczka z którą mieliśmy się zapoznać. Zrażona wcześniejszymi doświadczeniami, poprosiłam o 2-3 zdania o dziecku zanim zajrzymy w dokumenty.

I wtedy wszystko zaczęło w nas pękać..… dystans, rezerwa, z którymi przyjechaliśmy zaczęły topnieć, pewność, że wszystko znów skończy się tak samo ustępowała miejsca niedowierzaniu i rodzącej się nadziei, że to może nasze dziecko. Pani opowiadała krótko, ale z sercem, czego nie da się wyczytać z papierów.

Zostaliśmy sami. W ciszy, strona po stronie czytaliśmy kartę dziecka, opinie, badania lekarskie. Zamknęliśmy teczkę i oboje z M. byliśmy tego samego zdania, tak samo jak 1,5 roku temu.

Popatrzyliśmy na siebie i wiedzieliśmy, że właśnie nasze życie przewraca się i w końcu staje na nogi. Mamy Córkę!

M. zapytał tylko – czy to możliwe?

To naprawdę jest nasze dziecko. Na Nią czekaliśmy.

Ja siedziałam oniemiała próbując opanować wzruszenie. Nie umiałam zadać żadnych sensownych pytań oprócz kiedy możemy do niej pojechać.

M. zapytał czy są jakieś zdjęcia Malutkiej. Była na nich przesłodka, ślicznie ubrana przez ciocię z rodziny zastępczej i wyglądała jak nasza 3 miesięczna córcia.

Mimo, że nie potrzebowaliśmy, dostaliśmy ustawowy jeden dzień do przemyślenia propozycji i prośbę o informację telefoniczną, czy nadal chcemy poznać córkę. Nie mieliśmy co przemyśliwać, od początku byliśmy pewni naszej decyzji. Drugiego dnia byliśmy umówieni z naszą opiekunką z ośrodka na odwiedziny w rodzinie zastępczej.

Mało miałam czasu na zakupy i totalnie brakowało mi do tego głowy, ale bardzo chciałam kupić coś dla załogi zastępczej i naszej Córeczki. Nie podejrzewałam, że trafi nam się taka Malizna, nie wiedziałam nawet gdzie kupić coś, dla malucha. Podpytałam znajome mamy, gdzie robiły zakupy swoim dzieciom – w Internecie, albo galerii.  No cóż, ja miałam 1 dzień, więc Internet odpadał, galerie zamknięte, znalazłam jakąś hurtownię dziecięcą, gdzie kupiłam kocyk i kilka grzechotek. Bardziej ogarnięte zakupy robiłam w kolejnych dniach.

PIĄTEK 13-GO

Ten piątek zapamiętamy na zawsze. Ubraliśmy się ładnie, ja od początku wiedziałam, że „zostanę” mamą w czerwonej ukochanej sukience. Tak, Mała tego nie będzie pamiętać, ale chciałam być pogodną, kolorową mamą, przecież kiedyś będziemy te zdjęcia oglądać w kółko. To najważniejszy dzień w naszym życiu. Przyjechaliśmy we trójkę do rodziny zastępczej jeszcze przed umówioną godziną. Nasza Córcia już na nas czekała. Nakarmiona, uśmiechnięta, ślicznie ubrana, leżała na łóżku cichutko gaworząc. Nie wystraszyła się nas wcale. Przyglądała się swoimi ogromnymi oczkami raz mnie, raz mężowi. Po chwili na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech. Dała się wziąć na ręce i poprzytulać. Po pół godzinie zmogła ją już drzemka. Mieliśmy czas na pytania do cioci z rodziny zastępczej, bo reszta dzieciaków również miała drzemkę.

Wzięłam ze sobą zeszyt, by zapisać wszystkie ważne szczegóły. Zapisałam 5 linijek, emocje i radosna pustka w głowie nie pozwalały na rzeczowe myślenie.

Nasza pani z ośrodka podczas tej wizyty i wspólnej podróży wiele razy zaznaczała, że jedziemy dopiero poznać dziecko i mamy czas na przemyślenie decyzji o adopcji, że to jest tylko propozycja.

 My już wiedzieliśmy że to nasza Córeczka i to było najpiękniejsze. Nie mieliśmy wątpliwości, nie musieliśmy przegadywać tematu, nie było rozterek. Po pierwszej wizycie ustaliliśmy z rodziną zastępczą nasze kolejne odwiedziny, a ośrodek mieliśmy powiadomić następnego dnia o naszej decyzji, mimo że dla nas była oczywista.

ZACZĘŁA SIĘ RODZINNA PRZYGODA ZWANA SZCZĘŚCIEM.

Rodzina zastępcza mieszkała w innym mieście, ale całe szczęście nie na drugim końcu Polski. Mogliśmy dzięki temu odwiedzać córeczkę  3 x w tygodniu. Od drugiej naszej wizyty dostaliśmy od zastępczej cioci zielone światło na opiekę nad córką. Ten 3 miesięczny bobasek wpadł w ręce wyczekanych i stęsknionych, ale mało doświadczonych rodziców. Daliśmy jednak radę i już pierwszego dnia ogarnęliśmy karmienie, odbijanie, przewijanie i kąpiel. Każdy kolejny dzień, a raczej popołudnie uczyliśmy się siebie wzajemnie. Córcia była dla nas bardzo wyrozumiała. Była najmłodsza w rodzinie zastępczej, a starsze dzieciaki mocno artykułowały swoje potrzeby, dlatego ona przyjęła pozycję cichutkiej i grzecznie czekającej na swoją kolej, co nam na początku ułatwiało zadania.

RODZINA I PRZYJACIELE

Tego samego dnia po poznaniu Córci przekazałam radosną nowinę rodzicom, którzy oczywiście popłakali się ze wzruszenia. To ich trzecia wnuczka, ale najbardziej wyczekana i wymodlona. Właściwie wszyscy, którym powiedzieliśmy zareagowali łzami i łamiącym się głosem – nasze rodzeństwo, przyjaciele, a nawet dalsi, nowi znajomi z pracy M. Jestem pewna, że informacja o tym że jestem w ciąży nie wywołałaby takich rozczulających reakcji.

W dni, które nie jechaliśmy do córki, ja pracowałam po 11 godzin, by jeszcze wspomóc koleżankę w gabinecie. E. była wtajemniczona od początku w naszą adopcję i gdy przyjechałam na pogaduchy na jej zmianie, to podejrzewała już powód. Ucieszyła się bardzo i obiecała ogarnąć w najbliższych miesiącach sprawy zawodowe sama. Ja będę ją wspierać w marketingu i onlineach.

Kolejne dni to był dla mnie wyścig z czasem.

Nasz trzeci pokój, który zawsze domyślnie miał być dla dziecka, ale nie wiadomo w jakim wieku, miał 100 funkcji. Do tej pory stanowił pokój gościnny w razie odwiedzin rodziny, pokój ćwiczeń oraz pracy zdalnej i biurowej. Musieliśmy szybko przeorganizować go i pozbyć się zbędnych mebli, zostało jedynie ogromne biurko, przy którym pracował do tej pory M., a ja szyję.

Pierwszym wyzwaniem był zakup szafy na ubranka córki, bo… sklepy meblowe były zamknięte. Nikt nie zrobi nam szafy na zamówienie w kilka dni, pozostał kochany olx J M. załatwił szafę, moja mama wyjęła ze swoich schowków wyprawkę, którą robiła starszym wnuczkom i okazało się, że ubranka mamy na pierwsze 1,5 roku chyba wszystkie. Moja E. przywiozła mi łóżeczko, wanienkę, stelaż, zabawki  i kupę „przydasi”. Dziadkowie od razu zaoferowali kupno pierwszej karety, więc wózek mieliśmy za kilka dni.

Ja zrobiłam sobie pewnego popołudnia przyjemność i pojechałam na zakupy do sklepu Bukowskiego po śliczne króliczki maskotki. Pamiętam, że ten sklep otworzył się gdy byłam w liceum i zawsze marzyłam, by móc w nim zrobić zakupy. W drodze powrotnej wciągnął mnie sklep z tkaninami i po nocach szyłam potem pościele, podusie, kokon niemowlęcy, baldachim do łóżeczka. Tak, bardziej dla własnej satysfakcji.

To był piękny, choć wymagający czas, gdy jeździliśmy w odwiedziny do Córci. Ciężko mi było ją tam zostawiać, choć wiedziałam, że ma dobrą opiekę. Już po drugich odwiedzinach w RZ zaczęliśmy kompletować dokumenty. Zgromadzenie nowych zaświadczeń od lekarza, z pracy M, NK zajęło nam 3 dni i pół nocy na napisanie wniosków do sądu: o powierzenie pieczy i o przysposobienie. Baliśmy się, że w dobie koronawirusa, ciągłego przekładania rozpraw, okresu przedświątecznego i urlopów pracowników sądu nie wszystko pójdzie po naszej myśli, bo prognozy były na 2-3 miesiące czekania.

 Została mi tylko modlitwa i ufność, że Ktoś namiesza w tej sądowej kolejce. Tak też się stało, dostaliśmy szybszy termin rozprawy niż się spodziewaliśmy. Sąd był wyjątkowo wyrozumiały i faktycznie rozprawa mimo, że była prawdziwym przesłuchaniem odbyła się w miłej atmosferze. Zaraz po niej, przeszczęśliwi, że już będziemy we trójkę i że szykują się pierwsze cudne święta, pojechaliśmy po Córeczkę.

Nasz pierwszy wspólny dzień rozpoczęliśmy lekką klapą, ale o tym następnym razem.

8 myśli na temat “Telefon, na który czekałam, którego się bałam, który przewrócił nasze życie na dół nogami. Nareszcie…

  1. Cudownie🥰
    Ja poznałam córkę w żółtej słonecznej bluzce w upalny sierpniowy dzień.
    Dziękuje za przypomnienie tych emocji.
    Przesyłam dobre myśli i służę wsparciem. Pozdrawiam serdecznie
    Magda

    Polubienie

  2. Pięknie 🙂 zasłużyliście na taką idealną historię, która osuszy to co było przed. Cieszę się, że ją napisałaś, zrobiło mi się ciepło na sercu.

    Polubienie

    1. Przypomniały mi się słowa ks Pawlukiewicza, nawiązując do momentu pojawienia się waszej córki bo bez wątpienia był to moment dla
      Was trudny- deprymująca konieczność kolejnej kwalifikacji, która tylko podkreśliła jak długo już czekacie; bolesna odmowa przyjęcia dziecka; zawirowania zawodowe; epidemia- Bóg zawsze przychodzi z pomocą 15 minut za późno i zawsze zdąży.

      Polubienie

  3. Pięknie napisane ❤ Minęły ponad dwa lata od naszej pierwszej adopcji, od poznania naszej córeczki, a emocje, wspomnienia wróciły! Z taką samą siłą, dokładnością zdarzeń, minuta po minucie. Pamiętam pogodę, zapachy, słowa, uczucia…. Jakby to było wczoraj. Dziękuję Ci za ten wpis, przypomniał mi to, co naprawdę ważne❤

    Polubienie

  4. Dziękuję za ten wpis i czekam na kolejny. Ogromnie ciesze sie Waszym szczesciem! Ja tak dlugo czekalam na dziecko. Wreszcie dzieki napro sie udalo. A tu trafil nam sie taki urwis (nienawidzi spac, zabkowanie to masakra, chodzic zaczela w wieku 9,5 m i nie usiedzi w miejscu itp.), ktory ma juz 16 miesiecy, ze czesto zapominam jak ciemno bylo w moim zyciu zanim Malenstwo sie pojawilo i narzekam tylko… Twoj blog pomaga mi cieszyc sie z macierzynstwa.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s